Ponad 12 godz. przedzierania się przez zaśnieżone pola, lasy i wąwozy na własne życzenie. Udziału w XI Ekstremalnej Imprezie na Orientację Skorpion 2012 nie sposób określić inaczej niż masochizm. Ale gdybym miał jeszcze raz podejmować decyzję o starcie to byłaby ona taka sama: warto było! I za rok też będę chciał się pojawić:)
Akapit dla niezorientowanych: bieg na orientację polega na tym, że dostaje się mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, które trzeba znaleźć w terenie i je zaliczyć. Robi się to wpisując kod zapisany na punkcie lub też dziurkując kartę startową przyczepionym do PK perforatorem. Czasami są tzw. punkty stowarzyszone (czyli fałszywe, mające na celu zmylenie uczestników), które są umieszczone w podobnych miejscach co normalne i tylko dokładnie studiując mapę można to dostrzec. Za zaliczenie punktu stowarzyszonego są kary czasowe. Nie ma określonej trasy takiego biegu, na podstawie mapy każdy sam wybiera drogę. PMNO to Piesze Maratony na Orientację (50 i 100 km) i aktualnie właśnie to najbardziej mnie w bieganiu kręci:)
Na Roztocze pojechaliśmy w piątek, nocleg w Bychawie był dobrym pomysłem, próby snu na sali gimnastycznej, gdzie śpi kilkadziesiąt innych osób, kompletnie się w moim przypadku nie sprawdzają. Wolę zainwestować kilkadziesiąt złotych i wygodnie się kimnąć. Do batorskiej bazy imprezy dotarliśmy w sobotę przed siódmą rano. Jest parę znajomych twarzy, m.in. Piotr Kwitowski, który na Funex Orient wyprzedził nas o długość stopy albo dwóch. Sprawne załatwienie formalności i słyszymy od organizatorów, że z setkowiczów (wystartowali o 20:00 w piątek) po 12 godz. walki nikt nie dotarł jeszcze do półmetka. Już wiemy, że będzie ciężko, bardzo ciężko.
 
Dostajemy mapy, jeszcze kilka zdań od wójta gminy Batorz i odliczanie: trzy… dwa… jeden… start! Początek szosą. Złożona z ponad 100 osób stawka szybko dzieli się na biegnących i maszerujących. Biegniemy dość blisko czołówki, potem peleton powoli się rozpierzcha, opuszczamy szosę i przez pola w kierunku PK1, który znajduje się na szczycie Góry Sowiej, najwyższego punktu w okolicy. Mapa z lat 70-tych i kompletnie zasypane śniegiem lasy i pola nie ułatwiają życia, trudno jest chyba wszystkim, bo ślady w śniegu prowadzą w każdym możliwym kierunku. Długo kluczymy nim w końcu trafiamy na pierwszy punkt. Na dwójkę (na górze wąwozu – wąwozy będą stałym elementem całej trasy) wpadamy bez kłopotu, ale potem okazuje się, że daliśmy się nabrać na punkt stowarzyszony i w ostatecznym rozrachunku doliczono nam za to 25 min. kary.
Od razu popełniamy kolejny błąd. Zamiast, jak większość, obejść wąwóz górą, wraz z inną dwójką schodzimy na dół i torujemy nową ścieżkę przez wąwóz. Mamy siły, więc biegnie się dość sprawnie. Niestety, po opuszczeniu wąwozu niezbyt dokładnie pilnujemy kierunków świata i robimy wielkie koło na południe. Gdybyśmy poruszali się z resztą towarzystwa to nie dość, że łatwiej byłoby dostać się do PK3, to jeszcze trafilibyśmy na poprawną dwójkę (była na górze kolejnego wąwozu). A tak znalezienie PK3 zajmuje nam masę czasu. Staramy się jak najwięcej biec, a cały czas doganiamy maszerujących – znak, że schrzaniliśmy nawigację i mamy dużą stratę. To mocno frustrujące.
Przemieszczanie się w terenie jest trudne, kopny śnieg po łydki znacznie utrudnia bieg, po 2 godz. czuję, że stopy mam już mokre. Kilka godzin później przestaje to przeszkadzać, ale dzięki zastosowaniu cudownego Sudokremu stopom nic złego się nie stało. Jedyne dobre odcinki są wtedy gdy biegniemy „torem bobslejowym”, czyli ścieżką wydeptaną przez kilkadziesiąt osób przed nami. Ale nie zawsze jest to możliwe, już po 10 km jesteśmy zmęczeni, półmaraton osiągamy w 5 godzin. Dodatkowo wychodzi brak plecaka z bukłakiem – każdy łyk wody wymaga zdjęcia plecaka i pochłania mi cenne sekundy.
Kolejne dwa PK pokonujemy w miarę sprawnie, sukcesywnie doganiając kolejnych maszerujących. W trakcie jednej z prób zorientowania się gdzie jesteśmy krzywo staję prawą nogą i skręcam kostkę. Na szczęście w miarę lekko i po kilku minutach napieram dalej. Przy PK6, po 21 km wg mapy, a 26,5 km wg Garmina (błędy w nawigacji…) jest ognisko. Można się napić ciepłej herbaty (wypijam bodaj siedem kubków!), chwilę przerwy wykorzystuję na posilenie się kanapką i kabanosem (sprawdza się kapitalnie). W międzyczasie przy ognisku pojawia się Paweł Pakuła, ścisła czołówka setki. Potem okazuje się, że kolejne punkty ma takie same jak my i przez kilka kilometrów napieramy razem. Pod górkę marsz, z górki i po równym bieg. Taktyka się sprawdza. Szybko i sprawnie docieramy do PK7, ale tam znów dajemy się nabrać na punkt stowarzyszony i dostaniemy za to 10 min. kary. Prawdziwy punkt zauważyliśmy tuż po odejściu od fałszywego. Parę minut później zostajemy z tyłu za Pawłem, nogi po prostu nie dają rady. Ja mam w nogach 30 km, a Paweł z 80 (jest w trasie od 20 godzin!) i wygląda dużo lepiej, prawdziwy twardziel. Robi się ciemno, czas zamontować czołówkę. Zaliczamy kolejne PK, zapada zmrok.
Dopiero między PK10 a PK11 dostaję dodatkowego zastrzyku energii i zostawiam Benka kilkaset metrów z tyłu. Doganiam jednego z setkowiczów, próbuję go zagadywać, wygląda jak zombie i po kilkudziesięciu sekundach udaje mu się wydukać: „Masz może coś do jedzenia, czego nie planujesz zjeść?”. Mam jeszcze dwa batony, do mety kilkanaście kilometrów, oddaję mu jeden i życzę powodzenia. Potem okazuje się, że był to Taras Koniukhov z Ukrainy, późniejszy zwycięzca setki – znak, że baton Isostara się sprawdził;) Cisnę dalej chcąc wykorzystać zapas energii. W tym czasie kryzys łapie Benek, ale dość szybko wraca do sił. Jednak częściej to ja jestem w naszym dwuosobowym zespole spowalniaczem. Pod koniec praktycznie nie mam już sił nawet by patrzeć w mapę i zdaję się całkowicie na niego oraz ślady poprzedników na śniegu.
Na pewnym etapie zmęczenia człowiek działa… hmmm, dziwnie. Mózg pracuje jakby nieco z boku, w oderwaniu od reszty. Nogi idą raz-dwa-raz-dwa, a głowa… Mi do głowy wpadł (skąd?!) rytm „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin” i krok po kroku w głowie mi to wybijało rytm. Śnieg po łydki lub po kolana, noga za nogą „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…”. Pola uprawne na Roztoczu są na różnych poziomach, takich jakby tarasach. Jak się pokonuje je w poprzek to co rusz masz półmetrowy schodek w górę lub w dół. Czasem więcej niż półmetrowy, raz wpadłem po pas. Po 45 km napierania w takich warunkach skok z pół metra jest ekstremalnym wyczynem, mięśnie nóg trzymają na granicy wytrzymałości. Pod górę często korzystam z kolan. Dwa kroki na czworaka, wstaję, otrzepuję kolana ze śniegu i znów krok za krokiem. „Jurij Gagarin Sta-lin, Sta-lin…”.
Ciśniemy dalej, doganiamy kolejnych kilka osób, w tym spotkanego wcześniej już kilka razy Pawła Pakułę. Zatrzymujemy się przy prostopadłym skrzyżowaniu śladów, po raz drugi skręcam tę samą kostkę. Dumamy nad kierunkiem dalszego marszobiegu. Ślady na wprost są mniej wydeptane, ale wydaje się, że prowadzą prosto na PK12 (ostatni!). Wybieramy jednak tor bobslejowy w lewo. Po paru minutach Paweł zauważa, że te ślady prowadzą w drugą stronę – ktoś stamtąd przyszedł, a nie tam poszedł! Zawrotka. Znów to samo skrzyżowanie. Paweł idzie dalej torem, reszta pociska wprost na PK.
To była dobra decyzja. Biec jest trudno, ale tempo marszu w miarę trzymamy. W międzyczasie po raz trzeci skręcam prawą kostkę. Boli, ale przecież nie mam wyjścia, napieram dalej. Przy ostatnim PK sporo ludzi, ruszamy spod niego dość szybko, z nami jeszcze dwójka osób, nie tracimy czasu na zbędne dyskusje czy rozważanie wariantów. Szybko zostaję z tyłu, kostka nie pozwala na utrzymanie tempa. Benek na czele, kawałek za nim dwóch innych skorpionowiczów, w odległości 100 m ja. Po raz kolejny trafiamy na Pawła (podąża dopiero w stronę PK12, więc nasz wariant drogi był lepszy, co zresztą widać na tracku z Garmina – rzeczywiście prowadził prosto na PK), nieznajomi zaczynają z nim rozmawiać, ja tylko rzucam pozdrowienie i ich wyprzedzam, do mety zostało ok 5 km, teraz liczy się każda minuta! Mimo ekstremalnego zmęczenia zaczynam biec, cel mam tylko jeden – uciec dwójce z tyłu. W oddali przede mną widzę czołówkę Benka, pewnie zaczeka na mnie po dotarciu do szosy. Spotykamy kolejne osoby podążające do ostatniego PK, po paru minutach gubię „ogon” i dochodzę swojego towarzysza. Ruszamy na ostatni odcinek – 4km szosą do Batorza. Po tych godzinach przedzierania się przez śnieg, asfalt wydaje się najlepszą możliwą nawierzchnią. Postanawiamy biec. Mineralka z butelki ma chyba z 1 stopień Celsjusza, ogrzanie jej w ustach zajmuje sporo czasu, a i tak połykam zimną wodę. Pastylki na gardło w kieszeni się przydają i sprawiają, że wracam do domu tylko z lekką chrypką. Nie mamy już szans na zmieszczenie się w 12 godz., ale przez te ostatnie 4 km wyprzedzamy jeszcze kilkanaście osób. Czas mety 12 godz. 07 minut. W połączeniu z karami daje nam to 12:42 i 23. miejsce w klasyfikacji Open oraz sporo punktów do Pucharu Polski, jupi! W głowie pulsuje: udało się, udało się!
A na mecie wyśmienity obiad! Jest rozgrzewająca zupa, kartofelki, mięso i surówka. Do tego wypijam osiem szklanek kompotu. Jeśli chodzi o gastronomię to Skorpion zdecydowanie zostawił w tyle Izerską Wielką Wyrypę i Funex Orient, w których brałem udział w 2011 r. Zresztą, był też najtrudniejszy nawigacyjnie i pod względem warunków na trasie. Z prawie 56 km, jakie zliczył Garmin, szosami zrobiliśmy nie więcej niż 6-8 km. Leśne lub polne drogi, jeśli w ogóle były, niczym nie różniły się od lasu i pola – śniegu było co najmniej po łydki. Najszybsze 10 km wg Garmina zrobiliśmy w 1:49. Na IWW gdzie praktycznie nie biegałem było to 1:34, a na Funex 1:09. To najlepiej pokazuje ekstremalną trudność tych zawodów. Wszystkie punkty zaliczyła nieco ponad połowa uczestników, w tym tylko jedna kobieta.Na wygrywanie przyjdzie jeszcze czas, muszę trochę podszkolić nawigację i pamiętać o długich wybieganiach, by nie siadać kondycyjnie po 30 czy 40 km. Ireneuszowi Kociołkowi wygrać udało się za około 30 startem, mam czas!;)

Stats&hints:
Warunki pogodowe: -2 stopnie, dużo leżącego śniegu, brak opadów, pochmurno – pogoda idealna.
Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32; skarpety trekkingowe Fjord Nansen; dwie pary legginsów + krótkie spodenki; dwie koszulki techniczne z długim rękawem; rękawiczki polarowe; czapka; softshell Quechua (do rozważenia zamiana na lżejszą kurtkę biegową, po tylu godzinach softshell ważył chyba kilka kg!); czołówka Petzl Tikka Plus; mapnik Tatonka; Garmin FR305 (bateria padła po 14 godzinach).
Jedzenie: 2 kanapki + bułka + 2 kabanosy; 3 batony + żel energetyczny + cukierki energetyczne + Kopiko; 1,5 l wody + Powerade (za mało napojów!).
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNa początek
Następny artykułJezioro zimowym przyjacielem biegacza
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

15 KOMENTARZY

  1. Dzięki, ciekawa relacja. Pod koniec, między PK11 a 12 biegłeś przez pola na azymut? Ja tego wariantu już się nie podjąłem. Miałem dość śniegu, dotarłem do drogi bitej, do Zdziłowic i naokoło. TK

  2. TK, dokładnie tak. Uznaliśmy, że im szybciej skończymy tym mniej będziemy się babrać w tym śniegu.;) Tak jak widać na mapce z Garmina (od 48 do 50 km) była to niemal linia prosta i chyba się opłacało tam pocisnąć. Ślady wskazywały, że przed nami drogę tę wybrały 3 lub 4 osoby, po nas jeszcze z 5-7 (tak na oko;))

  3. Cobyś się za bardzo nie rozleniwiał – 30 startów to kiepski wyznacznik, są tacy, co wygrywają na 1-2 starcie. Tak więc do roboty ;)<br /><br />Powodzenia i do zobaczenia na którejś następnej imprezie.

  4. No tak, do roboty!;) Na Włóczykija nie jadę, ale nad Rajdem Dolnego Sanu poważnie myślę, choć to ledwie tydzień przed Półmaratonem Warszawskim, więc poważnie się zastanowię nim się zmasakruję jak na Skorpionie…

  5. To jeszcze kilka uwag co do sprzętu:<br />- sprawa indywidualna, ale ja miałem na trasie 1,5l picia w camelu, dzieliłem się i jeszcze mi zostało.<br />- wydaje mi się, że byłeś za grubo ubrany jak na takie warunki (chociaż na końcówce to pewnie było akurat ok) – ja przez pół godziny leciałem nawet w krótkim rękawku. Jak sam napisałeś, na koniec softshell ważył… od wody którą wypociłeś. stąd też

  6. Klayman, dzięki za uwagi! Co do ubrania to zamiana softa na kurtkę powinna się sprawdzić. Ja nie biegłem cały czas, więc musiałem jakiś zapas ciepła mieć. Ewentualnie mógłbym mieć jedną, a nie dwie koszulki – do przetestowania:)<br /><br />Jeśli chodzi o jedzenie to dla mnie była to optymalna porcja, ale każdy ma inaczej jeśli chodzi o jedzenie w trakcie wysiłku (na Funeksie np. było mi za mało i

  7. To, że się pocisz, to dobry objaw – ja musiałem ostro pracować nad tym, żeby zacząć się pocić cokolwiek :D. Ale mimo to inaczej poci się człowiek którego wychładza wiatr, a inaczej ten zamknięty w kurtce, pod grubą warstwą koszulek. <br /><br />Jeśli chcesz coś regulować w organizmie jeśli chodzi o pocenie, to polecam saunę – w twoim przypadku powinna spowodować, że pot będzie wysysał z ciebie

  8. Super sprawa, zaczynam bardziej poważnie myśleć o bieganiu, na pewno będę czytać! Co do Gagarina i spółki – oj, ja też miewam ciekawe podkłady! Pozdrawiam serdecznie. Widzę, że nawet kanał RSS się pojawił, chciałam ostatnio złożyć zażalenie ;) Natomiast nadal nie jestem w stanie zalogować się za pomocą konta na WordPress, ale może to kwestia konkurencyjnych platform…

  9. Właśnie, te podkłady to niesamowite są. Nie mam pojęcia skąd się człowiekowi w głowie biorą.<br /><br />RSS się pojawił, są też linki do innych ciekawych blogów biegowo-orienteeringowych, a co, rozwijam się! Jest też nowy wpis;) Z WordPressem niestety nie wiem czemu jest problem, może rzeczywiście to takie pstryczki w nos dla konkurencji?

  10. No to dobrze się odżywiasz w czasie zawodów :)<br />Bułki, kabanosy, żele, batony, gdzie Ty to wszystko chłopie zmieściłeś?<br />Myślę, że w miarę poprawy czasów na następnych zawodach będziesz redukował takie balasty.<br />Ja na Skorpionie miałem 2 batony, z tego jeden (princessę) zjadłem na pół z kolegą z Czech, a drugi mi został. Fakt, że byłem na końcu mocno osłabiony przez ten post, ale nogi

  11. Janku, ja w ogóle jestem żarłok;) Jasne, jak dojdę do pokonywania PMNO w 6-7 godz. to zrezygnuję z bułek, ale póki co jeszcze do tego nie doszedłem. Na Funex nie miałem buły i kabanosa i na godz. przed końcem byłem już megagłodny, a nie lubię być głodny;) Ale oczywiście z każdym rajdem zamierzam mieć lepszy czas, więc i zapasów będzie potrzeba mniej.

    • Co do sprzętu i jedzenia:<br />Ja prezentuję przeciwległy biegun niż Irek i Janek.<br /><br />Biegłem (szedłem) w koszulce Brubeck, bluzie Kalenji i softshellu Lafuma. Jak na mnie to było bardzo mało. Za ciepło było mi tylko bezpośrednio po starcie. Na dole getry Brubeck i Dobsomy -też ok. <br /><br />Jedzenie to też inny świat:<br />Wciągnąłem 5 &quot;Pawełków&quot; i ok 1 czekolady (Irek

    • Dokładnie! Trzeba rozeznać swój organizm i tyle:) Ja pamiętam głód z Funeksa (picia też mi zabrakło:/), więc tym razem wziąłem więcej, a przynajmniej ostał mi się jeden baton, którym poratowałem Tarasa;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here