17. miejsce z czasem 7:59 w Rajdzie Dolnego Sanu to na razie najlepszy dla mnie wynik w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50 km. Mam nadzieję, że to dobry prognostyk na przyszłość i takie (lepsze!) czasy będę już osiągał regularnie. Przywitanie wiosny uważam za bardzo udane!

Już na początku roku uznałem, że ze względów logistycznych będę brał udział głównie w tych PMNO, które mieszczą się w promieniu 250 km od Warszawy. Rajd Dolnego Sanu się tu kwalifikował, a ciekawe relacje z poprzednich edycji zachęcały do odwiedzenia okolicy Sandomierza. Z Bernardem i Pawłem Choińskim z drużyny PTSD przenocowaliśmy w Sandomierzu (kwatery „Zielone Wzgórze”), gdzie próbowaliśmy skosztować nieco wieczorno-nocnego życia, ale okazało się, że przepiękny rynek nie przyciąga Sandomierzan. Z kilku knajp do których zajrzeliśmy, zapełnienie gośćmi większe niż 20% było tylko w jednej. Jako sportowcy ograniczyliśmy się dwóch Pereł Chmielowych i strzałka do łóżek. Rano pobudka i śmigamy do oddalonych o ok. 10 km Gorzyc. Odprawa przebiega bardzo sprawnie, o 8:30 dostajemy mapy i mamy czas na wybór wariantu pokonywania trasy. Decydujemy się na wariant odwrotny, czyli od PK9 do PK1. Punkty o wyższych numerach wyglądają na łatwiejsze i decyduje argument o potrzebie wejścia w rytm biegu i nawigacji.

O 9:00 start, z bram szkoły nasza trójka wybiega w ścisłej czołówce, ale szybko nadkładamy kilkaset metrów w drodze do PK9 i wyprzedza nas grupka około siedmiu osób. Do PK8 kawałek uderzamy przełajem po jakichś pościnanych krzaczorach. Trudno jest tam biec, średnio się nawet idzie. Ale dostajemy się do drogi i biegniemy prosto na punkt, gdzie hasa niewielka sarna. Spotykanie przyrody to jedna z najfajniejszych rzeczy w PMNO. Potem wpadamy na wał i nim biegniemy kolejnych kilka kilometrów wzdłuż malowniczego San. Bernard jest coraz dalej z przodu, my z Pawłem po raz pierwszy tego dnia wyprzedzamy Pawła Szarlipa, organizatora EInO Skorpion. Mostem przedostajemy się na drugą stronę Sanu i niestety przy punkcie tracimy z Pawłem kilka minut. Na wejściu przeoczyłem dobrze widoczny lampion, Paweł pobiegł za mną i zupełnie bez sensu kręciliśmy się parę minut po krzakach. Na szczęście PK6 i PK5 znajdujemy bez problemu, po drodze, w Zbydniowie, po raz pierwszy tego dnia zatrzymując się na zakup wody (słońce bardzo mocno daje się we znaki). Wg Garmina lokalny sklepik jest metą półmaratonu, robimy go w 2:26:17.

W drodze do PK4 (parę chwil wcześniej rozłączyłem się z Pawłem, który chciał oszczędzać siły na później) spotykam w lesie Irka Kociołka, który robi trasę od drugiej strony. Szybkie pozdrowienie i napieram dalej. Wychodzę z lasu i popełniam kolejny błąd. Zamiast rozejrzeć się dokładnie w terenie, pędzę dookoła pola po drodze nadkładając grubo ponad kilometr. A wystarczyło zlustrować teren – była tam droga prowadząca niemal prosto w stronę punktu. Do czwórki docieram obserwując (po raz kolejny tego dnia) plecy Pawła Szarlipa.

Przy PK4 zatrzymuję się na posiłek i dogania mnie Paweł Choiński. To co nastąpiło potem stanowi esencję mojej miłości do PMNO. Nie bacząc na mapę zapowiadającą bagna oraz ostrzeżenie jednego ze współuczestników, który postanowił zawrócić i ostrzegł nas, że „tam jest za mokro”, idziemy, w kierunku zupełnie innym niż większość uczestników, która wraca do drogi. Same bagna nie były wielkim problemem, bo rosły na nich kępki czegoś i stąpając po nich można było przejść duchą stopą. Gorzej, że co kawałek trafialiśmy na różne cieki wodne. Mniejsze dało się przeskoczyć, większe musieliśmy pokonywać korzystając z prowizorycznych mostków w postaci jednego lub dwóch drzew.

Dwumetrowej szerokości (i ponad metrowej głębokości) rzeczkę przeszliśmy po chybocącej się brzózce, podpierając się wbitym w dno kijem (potem okaże się, że dokładnie tym samym kijem – jakiś taki czerwony był – podpierał się jeszcze inny uczestnik). Emocji było sporo, zabieraliśmy się do tego przejścia jak „pies do jeża”, ale udało się nie wpaść do wody i popędzić dalej, a zmoczone lekko buty szybko wyschły od biegu. Kolejne dwa kilometry nadłożyliśmy odwiedzając Grębów, gdzie po raz kolejny uzupełniliśmy zapas wody w spożywczaku. Następnym razem skorzystam chyba z patentu Irka Kociołka i Pawła Pakuły, którzy zawinęli po prostu do mijanego gospodarstwa i tam poprosili o wodę – wychodzi dużo szybciej niż szukanie we wsi sklepu:)

Zamieszczony na słupie energetycznym PK3 znaleźliśmy bez problemu i wtedy nastąpiło kolejne tego dnia (ostatnie już) rozdzielenie z reprezentantem PTSD. Licząc na zmieszczenie się w 8 godzinach postanowiłem pobiec do mety, na co Paweł nie miał sił. Betonowa droga prowadzi mnie do wału, po nim docieram do PK2 i pędzę dalej, w kierunku PK1. Po drodze po raz kolejny wyprzedzam Pawła Szarlipa (on mnie nie wyprzedzał ani razu, co znaczy, że dużo lepiej nawigował, szacuneczek!), bez problemu wpadam na punkt i… popełniam kolejny błąd. Zamiast przyciąć wzdłuż lasku, postanawiam obiec dookoła duktami i niepotrzebnie nadkładam pół kilometra. Irytuje mnie to i postanawiam bardziej skupić się na mapie. Już bez przygód biegnę do Orlisk i wałem do Gorzyc w kierunku bazy. Emocji co nie miara, bo chcąc zmieścić się w 8h muszę cały czas co najmniej truchtać. Do Gorzyc wpadam sprintem, na zegarku organizatorów godzina 16:59 – udało się! Czas 7:59 (17. miejsce w klasyfikacji mężczyzn na 67, którzy wystartowali i 64, którzy ukończyli) to nowa życiówka w PMNO na 50 km. Garmin pokazuje, że zrobiłem 58,6 km. Część to na pewno błąd pomiaru, ale sporo nadłożyłem, czego dowodem choćby kilkakrotne wyprzedzanie Pawła Szarlipa.

Ogromna radość, satysfakcja i wreszcie chwila odpoczynku. Na mecie spotykam Benka (kapitalny czas 7:28 i 12. pozycja, a byłoby dużo lepiej gdyby nie ból kolana w końcowej części) i Irka, który z wrodzoną skromnością stwierdza, że jest w szoku, że zajął drugie miejsce;) W bazie jest cała czołówka Pucharu Polski, m.in. najwięksi wymiatacze PMNO: Michał Jędroszkowiak (wygrał setkę z czasem 11:50), Maciej Więcek (drugie miejsce w setce z czasem 12:31) i trzeci dziś, a drugi na Skorpionie miesiąc temu Paweł Pakuła. Szkoda tylko, że nie udało się osobiście poznać „sąsiadki” ze wsi obok, czyli Tofalarii, która ukończyła rajd kilka minut po tym jak wyjechaliśmy z bazy. Następnym razem! Nie zdołaliśmy też odnaleźć głównego organizatora, czyli Huberta i podziękować mu za świetną imprezę. Hubercie, dziękujemy!

Pięćdziesiątkę wygrał Rafał Klecha z czasem 5:42. 40 min. po mnie do mety dociera Paweł Choiński, który również robi życiówkę (8:39). Szybki (i tradycyjnie zimny) prysznic, wzmacniający posiłek (strogonof był pyszny!) i zbieramy się do domu. Na sofie z piwem zdążyłem zasiąść akurat na końcówkę meczu Sevilla-Barcelona:)

RDS zapisuję jako bardzo udaną imprezę. Najważniejsze, że (mimo słońca) udało się biec przez większość czasu. Najszybsze 10 km to 1:00:31, a mając już w nogach maraton, końcowe 16,6 km, od PK3 do mety (włączając w to zaliczenie dwóch punktów karnych i odwiedzenie leśnej toalety;)) zrobiłem w 1:54 – tempo 6:52/km. Z tego jestem zadowolony najbardziej, bo daje szansę, że wkrótce będę w stanie utrzymać średnie tempo około 7 min/km przez cały rajd, co pozwoliłoby mi osiągnąć wynik w okolicach 6h 30min. Nawigacja nie była trudna, a brak punktów stowarzyszonych i łatwe umiejscowienie lampionów (poza głupią wpadką na PK7 nie miałem z nimi żadnego problemu) sprawiły, że można było skupić się na bieganiu. Życie utrudniały jedynie wszędobylskie cieki, kilka bagienek i mapa sprzed prawie 40 lat. W wielu miejscach w tym czasie pojawił się lasek lub droga i dzięki temu było ciekawiej. RDS był imprezą całkowicie inną od ekstremalnego Skorpiona, ale równie fajną (w Gorzycach zabrakło jedynie kompotu na mecie, którego w Batorzu było pod dostatkiem).

Opisywany jakiś czas temu nowy plecak z bukłakiem do biegania spisał się świetnie, większy tekst o jego wadach i zaletach napiszę za parę (może nawet -naście…) dni.

Pozostałe (niepodlinkowane w tekście) relacje z rajdu:
– Sabina Giełzak;
– Krzysztof Drożdżyński;
– Tomek Koguciuk;
Wojtek Wanat.

Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do 15 w południe, słonecznie, śniegu praktycznie brak, poza bagnami dość sucho.

Sprzęt i ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (niedawny zakup – świetne są!); legginsy; dwie koszulki techniczne z długim rękawem (grubsza powędrowała do plecaka po 2 godz.); czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus.

Jedzenie: 2 kanapki + 3 kabanosy; 3 batony + dwa żele energetyczne + cukierki energetyczne + Kopiko; 2 l napoju w bukłaku + 0,7 l izotonika w bidonie. Ostały się kabanosy, zabrakło wody (1-1,5 litra).

Link to tracka w Endomondo: Rajd Dolnego Sanu 2012
(niestety, od kilku dni E. działa raz lepiej raz gorzej i czasami pokazuje mało dokładne mapy, mam nadzieję, że szybko usuną te problemy)

2 KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here