Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem
Wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem


Na pewno znacie ten fantastyczny hicior disco-polo z czasów, gdy ten rodzaj plumkania określano jeszcze per muzyka chodnikowa. Skąd wziął się on w relacji z pieszego maratonu na orientację? Czytajcie dalej:)

Stało się. W moich zabawach w rajdy na orientację woda przestała być przeszkodą nie do pokonania. Podczas ERnO Harpagan-43 niesuchą stopą pokonałem dwa cieki wodne: najpierw strumyk głęboki do połowy łydek, a potem kanał w którym zmoczyłem się ponad pas w lodowatej wodzie. Z tym drugim przejściem przygodę miało wielu uczestników, bo mapa sugerowała w tym miejscu mostek;) Ale po kolei.

Harpagan zaczął się od wielkiego ŁAAAŁ! Ponad tysiąc osób, ogromne przedsięwzięcie logistyczne i fantastyczna atmosfera. Niestety, nie do końca ogarnąłem się od momentu otrzymania mapy do startu i układanie mapy w mapniku oraz ostateczne zapinanie plecaka przeprowadzałem w biegu. Już pierwsze kilometry dały wyraźnie odczuć, że uczestnictwo w PMNO w zaledwie sześć dni po drugim w życiu maratonie nie było najlepszym pomysłem. Dość mocno czułem ścięgna i mięśnie, życie utrudniało jeszcze bolące gardło. Do 1 PK udało się jednak utrzymać kontakt wzrokowy z czołówką. Tak się to poukładało, że od początku napierałem w towarzystwie Jędrka Giełdy z drużyny PTSD. Pomiędzy PK1 i PK2 zaliczyliśmy nawigacyjną wtopę i nadłożyliśmy 20 minut i z 17/18 pozycji na PK1 spadliśmy na 28/29 na PK2. Na dodatek strata do liderów wzrosła z 3 do 20 minut.

Kolejny błąd to zbyt pochopne ubranie przeciwdeszczówki. Bardziej zmoczył mnie pot niż zmókłbym od tego deszczu. Po kilkunastu minutach męczenia się, kurtka wylądowała w plecaku. Z Jędrkiem napieraliśmy przez 21,1 km. Po symbolicznym półmaratonie (kilka km przed PK4) rozdzieliliśmy się, bo bolące kolano nie pozwoliło mu dalej biec i musiał przejść do marszu.

Z kolei moim największym rywalem był ból z boku lewego kolana, który storpedowałem paracetamolem – pomogło i dalej cisnąłem już sam, powoli nadrabiając stratę z PK2. Na PK 3-6 melduję się na 26/27 miejscu. Przygodą było dotarcie do PK6 umiejscowionego w okolicy Kręgów Kamiennych (może się słabo rozglądałem, ale kręgów ani wyróżniających się kamieni to ja nie zauważyłem). Wybrałem tam wariant długą prostą przez las, która po przekroczeniu Kanału Wdy miała mnie wyprowadzić do wsi Miedzno. Po dobiegnięciu do kanału niespodzianka – mostu brak! Biegnę 100 metrów w prawo i w lewo, ale nie widać innej przeprawy. Dno wygląda na muliste i wydaje się być około metra pod powierzchnią wody. Docierają trzy kolejne osoby, chwilę wahamy się co robić, wreszcie najodważniejszy (na zdj. poniżej) wchodzi do wody i przy akompaniamencie okrzyków wyrażających negatywne nastawienie do jej temperatury, przechodzi na drugą stronę. Ja w obawie przed odciskami i oparzeniami (do mety jeszcze 15-17 km) zdejmuję buty i skarpety i z nimi oraz plecakiem nad głową pokonuję kanał. Rozbieranie i ubieranie się jest okazją do chwili wytchnienia dla nóg.

Po PK6 łączę siły z Robertem Janusem, we dwójkę łatwiej utrzymać tempo. Ale też trudniej o koncentrację przy pracy mapą. W efekcie popełniamy błąd przed PK7 i tylko pomarańczowemu kolorowi namiotu zawdzięczamy znalezienie punktu – nawet w lesie było go widać z daleka. A błąd doskonale widać na tracku z GPS-a – zrobiliśmy pętelkę jak się patrzy. Na ostatnim punkcie kontrolnym jestem na 22. pozycji. Nie mam siły, by utrzymać tempo Roberta, więc zostaję z tyłu, znów sam. Parę km dalej dobija do mnie trójka młodych chłopaków (przedstawiają się jako Artur, Piotrek i Sebek) biegnących setkę: „Rzygamy mapą, możemy się podpiąć?”. Wychodzi z tego ciekawy układ win-win: ja nawiguję, a oni nadają tempo. Sprawdza się to doskonale, ostatnich 7 km pokonujemy w 46 min., czego sam na pewno bym nie dokonał. Szczególnie, że końcowe 2 km biegliśmy w tempie szybszym niż 5:30/min. Łącznie od PK6 do mety miałem szósty czas ze wszystkich uczestników 50-tki!

Meta o godzinie 14:19. Czas 6:49 daje mi 20 miejsce na 213 startujących. Szkoda tych wtop nawigacyjnych (porównanie tracków z GPS wykazało, że 2-3 km spokojnie mogłem zaoszczędzić), bo do 15 miejsca zabrakło tylko 7 minut. Następnym razem będzie jeszcze lepiej! 43 Harpagan był bardzo udany i posiłek na mecie też mi smakował – to odnosząc się do dyskusji na forum. Było pokonywanie rzek, wielkie lasy (wszak były to Bory Tucholskie – zajmujący 3 tys. kilometrów kwadratowych jeden z największych kompleksów leśnych w Polsce!), zabrakło jedynie gór do pokonania, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Jedyne na co warto zwrócić orgom uwagę to jakość mapy. I nie mam tu na myśli aktualności czy dokładności (bo przecież cała w tym zabawa, że były mosty-widma, a sama mapa była wyraźnie sklejona z dwóch różnych), ale po prostu jej wykonanie. Każda kropla wody powodowała znaczne obniżenie jej czytelności, przy odwracaniu w mapniku łatwo też było o rozdarcie. Nie narzekałbym też na trudniejszą nawigację. Wolontariuszy pilnujących sprzętu na punktach kontrolnych i ich namioty było widać z daleka i o szukaniu punktów nie było mowy. Ale mimo to wiele osób porobiło błędy, więc nie było tak źle.

W dużej mierze Harpagana-43 zapamiętam pozytywnie dzięki ludziom. Oprócz wymienionych w relacji, z którymi miałem przyjemność przemierzać trasę, szczególne podziękowania należą się Andrzejowi Skupieniowi z ekipy Znajomi i Przyjaciele Królika, który kabanosem urozmaicił mi śniadanie (ser i wędlina zostały w korpo-lodówce:/) i Klaymanowi za bezinteresowne użyczenie buffa, którego ochrona złagodziła uprzykrzający mi życie ból gardła. Dzięki i do zobaczenia na kolejnych rajdach!

Jeszcze tradycyjnie przebieg z GPS-a:

Stats&hints:
Warunki pogodowe: od 5 stopni rano do ok. 13-15 w południe, rano lekki i umiarkowany deszcz.

Sprzęt/ubranie: buty Adidas Kanadia TR4 + stuptuty Innov-8 Debrisgaiter 32 + skarpety Innov-8 (tak dotąd chwalone przedziurawiły się i lądują w koszu, po zaledwie kilkunastu przebiegach!); legginsy; cienka koszulka techniczna z długim rękawem + koszulka z krótkim rękawem + przez kilka km kurtka do biegania Tchibo; czapka z daszkiem; plecak Quechua Trail 10 Team z przytroczonym mapnikiem Tatonka; Garmin FR305. W plecaku nieużyta czołówka Petzl Tikka Plus. Do rozważenia jest rezygnacja z mapnika, a przede wszystkim zakup lżejszego i wygodniejszego kompasu.

Jedzenie/picie: bułka + banan; 2 batony + 2 żele energetyczne + chałwa; 2,2 l napoju w bukłaku + 0,7 l wody w butelce. Na mecie miałem jeszcze ok. 0,5 l wody.

4 KOMENTARZY

  1. Hehe<br />Z tymi kręgami miałem zupełnie podobne odczucia (żadnych kamieni nie widziałem). Ale jak dokładnie zacząłem oglądać mapę w domu to opis brrzmi dokładnie rezerwat kamienne kręgi. Na mapie zaznaczone jest nawet jego ogrodzenie wzdłuż którego podążałem. Na trasie też tego nie skojarzyłem :) i na punkcie spodziewałem sie kamieni. <br />Pozdrawiam<br />Tomek Grabowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here