Start imprezy opóźniony o jakieś pół godziny, oznakowanie trasy tak fatalne, że chyba nikt nie przebiegł 10 km jak powinien, zresztą trasa i tak nijak miała się do mapki opublikowanej na stronie organizatora, na dodatek zrobiłem tylko trzy z czterech pętli ze względu na kontuzję.

I wiecie co? To była jedna z najfajniejszych imprez sportowych, w jakich brałem udział!:) uBIEGnij Raka to inicjatywa grupy uczniów przedmaturalnej klasy z Amerykańskiej Szkoły w Warszawie. Główny bieg miał 10 km, a oprócz tego można było pobiec 2,5 km lub 5 km. Dla najmniejszych szkrabów zorganizowano wyścig na 200 metrów. Była to impreza charytatywna, całość wpisowego (minimum 35 zł, ale jak sądzę zdecydowana większość uczestników wpłaciła więcej) trafiła na konto Fundacji Towarzystwo Przyjaciół Centrum Zdrowia Dziecka, która przekazała je klinice onkologicznej.

Jeszcze nigdy nie byłem na tak międzynarodowej imprezie sportowej, a wszystko dzięki temu, że jej współorganizatorem była amerykańska szkoła – w Powsinie pojawiły się dziesiątki mieszanych rodzin. Mnogość języków dookoła nie dała się porównać z żadnym znanym mi miejscem w Warszawie. Najbardziej urzekła mnie rodzina, w której mama mówiła do dzieci po polsku, tato po niemiecku, a one odpowiadały po angielsku;) Do tego piękna wiosenna pogoda i urocze okoliczności przyrody – atmosfera imprezy była kapitalna.

Podobnie zresztą wyglądał sam bieg. Zupełnie bez napinki, na luzie. 3,2,1… START i ruszamy! Na czele kilkunastu biegaczy, za nimi z górką sto osób, z dziećmi, całymi rodzinami. Trasa w lesie oznaczona miała być kolorowymi wstążkami, ale już na pierwszym rozwidleniu kolorów się zgubiliśmy, bo wstążki nie były zawieszone jednoznacznie. Kolejny raz uznałem, że coś się nie zgadza gdy biegłem wąską ścieżką w lesie, a okazało się, że w odwrotnym kierunku biegną ludzie z dziećmi;) Teoretycznie powinienem zrobić cztery pętle po 2,5km, ale zrobiłem trzy z nich, a Garmin pokazał… 6,65 km. Pod koniec trzeciej pętli poczułem ból z boku lewego kolana i wiedziałem, że lepiej się zatrzymać, co uczyniłem.

Jako że był to bardzo luźny bieg charytatywny to nikt nie mierzył czasów i nie sprawdzał ile pętli zrobił który biegacz, więc i medal otrzymałem:) Zresztą przez zamieszanie z trasą nie sądzę, by ktokolwiek z osób planujących przebiec 10 km pobiegł rzeczywiście tyle. Nie mam pojęcia jak wg organizatorów miała wyglądać trasa, bo większość osób biegła tak jak ja. Jeśli czyta to ktoś kto biegł i miał urządzenie pomiarowe, to ciekaw jestem jego odczytu. Przede wszystkim mapka zamieszczona na stronie orgów zupełnie nie zgadzała się z rzeczywistym przebiegiem trasy, a jeszcze w jej oznakowaniu był taki bałagan, że trudno było się zorientować jak biec. Ale nikt nie miał o to pretensji, uczestnicy z uśmiechem przyjmowali swoje zakłopotanie i biegli dalej.

Absolutnym mistrzostwem świata podczas uBIEGnij Raka był za to catering. Sami zobaczcie!

Można było napić się wody, izotonika, a jak ktoś chciał to i napoju energetycznego. Jako uzupełnienie energii doskonale służył chleb z wyśmienitym smalcem i ogórkiem, nie zabrakło też pysznych kanapek i czekoladowych babeczek polanych karmelem. Trudno było sobie odmówić takich smakowitości! Na dodatek w pakiecie startowym były dwie buteleczki wyciągu z owoców aronii i czarnej porzeczki oraz miodu (Nectar Alfa). Catering był dostępny praktycznie od początku, osobiście na wzmocnienie przed startem przekąsiłem czekoladową babeczkę;)

Mimo totalnej klapy jeśli chodzi o sportowy wymiar biegu, do domu wracałem z uśmiechem i poczuciem, że było to przesympatycznie spędzona sobota, a kilka złociszy trafi w miejsce, które może pomóc ludziom chorym na raka. Serdeczne dzięki dla wszystkich organizatorów, do zobaczenia za rok!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułA miało być tak pięknie… (zamiast relacji z DYMNO)
Następny artykułĆwiczcie siłę biegową
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

4 KOMENTARZY

    • Tak, tak. Niezmiennie. Pozwolono mi biegać "do pojawienia się bólu", więc tak robię. Przerywam jak zacznie boleć, wtedy ból znika i się nie pojawia po zakończeniu biegania (np. przy wchodzeniu po schodach). Idzie chyba ku lepszemu, bo dystanse/intensywność rośnie. Dziś chcę spróbować pobiegać na tartanie, może mniejsze obciążenia pozwolą mi na więcej.

Pozostaw odpowiedź Hankaskakanka Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here