Jakoś nie idzie. 100 czy 200 metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównujemy się i od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem. Mam okrutny kryzys i gdyby nie ona, na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis to dziękuję przeserdecznie!:) Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam poleciałem szybciej, potem było już coraz bliżej końca i na mecie wyszło 42:18 – nowa życiówka na 10 km!

To był doskonały dzień do pobijania życiowych rekordów. Słońce, optymalna temperatura, szybka trasa bez zakrętów czy podbiegów i sporo kibiców na trasie (Chór Uniwersytetu Warszawskiego rulez!).

Na linii startu ustawiam się kawałek za pacemakerem z balonikiem „40 min.”, co okazuje się być bardzo dobrą decyzją, bo praktycznie od startu mogę biec swoim tempem, nie blokując jednocześnie tych, którzy są szybsi. Problemem jest jedynie wyprzedzenie strefy PKO Banku Polskiego – jako główny sponsor imprezy mógł on wystawić swoich ludzi zaraz za strefą VIP/elita, a wiele z tych osób nie biega najszybciej. 100 metrów pokonałem po trawie, w tym czasie udaje mi się wyprzedzić kilkadziesiąt osób z tej strefy. Niestety, po powrocie na drogę dostaję „kosę” od tyłu i jakimś cudem tylko udaje mi się nie upaść. To kompletnie wytrąca mnie z rytmu. Za diabła nie mogę do niego wrócić. Szarpię tempo, a wmordęwind nie pomaga w dobrym biegu. W efekcie trzeci kilometr wychodzi wg Garmina w 4:21 – najwolniej ze wszystkich. Do swojego biegu wracam dopiero za wiaduktem nad Al. Jerozolimskimi i kolejne 4 km wychodzą niemal idealnie równo po 4:15 (przynajmniej wg Garmina).

Ale nie było łatwo…

W połowie dystansu mam do planowanego czasu 15 sek. straty. Zwykle dyszki biegam przyspieszając w drugiej połowie, ale tym razem wygląda na to, że będę miał z tym problem. Jakoś nie idzie. Kilkaset metrów za nawrotką wyprzedza mnie niepozornie wyglądająca dziewczyna. „O nie, nie dam się!”. Ruszam za nią. Zrównuję się z nią od okolic Biblioteki Narodowej biegniemy razem w odpowiadającym mi tempie 4:15. Trzyma mnie wtedy okrutny kryzys i gdyby nie ona na pewno nie dałbym rady utrzymać tempa. Jeśli jakimś cudem dziewczyno przeczytasz ten wpis, wiedz, że Ci bardzo dziękuję! Przebiegliśmy razem ok. półtora kilometra, do Dworca Centralnego. Tam na podbiegu ja zwalniam mniej niż ona, a na zbiegu lecę już jak szalony i tak kończy się wspólne bieganie. Dopiero na mecie zaczekałem, by jej podziękować za niezamierzoną pomoc:)

Z rozpędu i dzięki wiatrowi w plecy ósmy i dziewiąty kilometr robięw okolicach 4:10, a dziesiąty poniżej 4:00 – straty z pierwszej połowy dystansu zostały więc nadrobione z nawiązką i finalny czas to 42:18, o 36 sek. lepiej niż podczas październikowego Biegnij Warszawo. W głębi ducha liczyłem na złamanie 42 min., ale na dzień dzisiejszy była to poprzeczka za wysoko powieszona.

XXIV Bieg Niepodległości był bardzo dobrze zorganizowaną imprezą, ale jednego nie sposób nie zauważyć: część kilometrów była oznaczona fatalnie i nie jest to tylko moje wrażenie. 1, 2, 8 i 9 znaczek na pewno były w złym miejscu i mogły mocno zmylić kogoś, kto biegł bez GPS-a a tylko z zegarkiem.

Wymyślonego wiosną 40 min. jesienią nie udało się złamać. Cóż, uda się w przyszłym roku:) Na razie koniec biegania po szosie na ten sezon, najprawdopodobniej na twardym ścigał się będę teraz dopiero w połowie marca – na maratonie w Barcelonie. Ale koniec biegania po szosie to nie koniec w ogóle! Widzimy się za dwa tygodnie w Kielcach na Funex Orient, gdzie polecimy 50 km na orientację:)


PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBiec dalej na Fejsie
Następny artykułPlecak do biegania Quechua Trail 10 Team – recenzja
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

12 KOMENTARZY

  1. Co z tym 3-cim kaemem było – już parę osób pisało że był ciężki, dla mnie też. Musiały tam jakieś złe &quot;wajbry&quot; krążyć :) Ogromne gratki – czas jak dla mnie kosmiczny, czuję że w przyszłym sezonie te 40 to pęknie. A tymczasem powodzenia w BnO! <br />ps. faktycznie czasem w biegu najlepiej ciągnie cię do przodu ktoś kogo ustanowisz swoim anonimowym rywalem :) A jak to jeszcze jest

    • Święte słowa z tym rywalem. Biegłem obok tej dziewczyny dobre 6-7 minut, nie zamieniliśmy ani słowa, dopiero na mecie ją złapałem by podziękować za mimowolne wsparcie:)

  2. Ava – jak to co się stało :) podbieg był przecież obok Centralnego :) Poza tym zwykle na początku jest euforia i nogi wyrywają do przodu to jest trochę szybciej zwykle..

    • Tym razem się z Tobą zgodzę tylko częściowo;) Bo ja pobiegłem początek spokojnie. U mnie problem był jednak z rytmem po tym, jak prawie zaliczyłem glebę i podejrzewam, że stąd 3 km wyszedł najwolniejszy.<br /><br />A podbieg – eeee, co to za podbieg…;)

  3. Nie, nie podbieg bo nie był duży. Mi się źle biegło już jakieś 200 m przed :) A w ogóle to gorąco było i kto się głupio ubrał (ja!) ten za to płacił ;-)<br />

  4. gratuluję, w 4:15 to ja ledwo 5km daje radę na treningu jak się sprężę a potem odpoczywaaaaam i odpoczywaaaaam heheh :)<br />Co do BNO to w za jakiś tydzień spróbuję w Poznaniu się odnaleźć na trasie dla początkujących – obym nie był ostatni :P

  5. Artur, jeśli na treningu dajesz radę piątkę w 4:15 to na zawodach spokojnie dałbyś radę w tym tempie dychę! Adrenalina i tłum Cię pociągną:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here