„Nie wiem, czy miałem już kogoś, kto tak szybko robiłby postępy.” – jedno proste zdanie wypowiedziane przez instruktora pływania i triathlonu sprawiło kilka dni temu, że kolejne pięćdziesiątki na Inflanckiej machałem ze spięciokrotnioną motywacją. Hop-wyciągamy rękę jak najdalej-łokieć-do końca-hop-oddech-rotacja biodrami i tak w koło. Nie wiem, na ile słowa te miały na celu właśnie zmotywowanie mnie do lepszej pracy, a na ile mam talent Michaela Phelpsa (albo chociaż Artura Wojdata), ale podziałało, a to jest najważniejsze.

Ten motywacyjny kop sprawił, że zacząłem zastanawiać się nad tym, co napędza mnie do treningów. Dlaczego w najgorszej nawet pogodzie, w mrozie, śniegu, upale czy deszczu, wychodzę pobiegać? Wracając w poniedziałek z basenu byłem tak zmęczony, że prawie zasnąłem na stojąco w autobusie. I było mi z tym dobrze:)

Wyniki
Pisałem już kiedyś, że lubię się ścigać. Lubię wygrywać z kolegami, lubię pobijać ich rekordy, sprawia mi to przeogromną satysfakcję. A porażki? Doskonale motywują do pracy! Mając znajomych na podobnym poziomie można się naprawdę fajnie bawić.

Do tego dochodzi pobijanie własnych rekordów. Pamiętam latem 2011 r. w ramach przygotowań do debiutu na Maratonie Warszawskim zapisałem się na Bieg Powstania Warszawskiego. Ówczesna życiówka na 10 km (50:09) pochodziła z jesieni 2010 r., gdy w ogóle zacząłem biegać. Klepałem kilometry do maratonu i pewnego wieczoru, jakiś tydzień przez Biegiem Powstania, postanowiłem pobiec szybszą dychę, by sprawdzić jak to wygląda. Wyszło 48:37, czyli o półtorej minuty lepiej niż ówczesna życiówka! Dodało mi to sporo wiary w siebie i siły do dalszej pracy.

Kibice
Pamiętacie, że na Poznań Maratonie kibicowało mi „prawie 17 osób” – Ninka była wtedy jeszcze w brzuchu u mamy:) Dzięki tym, którym chciało się przyjechać kilkaset kilometrów, którym chciało się wstać o rzeźnickiej jak dla nich porze w niedzielę rano, którym chciało się wyczekiwać kilkadziesiąt minut w jednym miejscu tylko po to, by zobaczyć mnie w tłumie biegaczy przez kilkanaście sekund oraz tym, którzy na mecie gratulowali mi udanego biegu, w najtrudniejszym momencie miałem siłę, by się nie zatrzymać. By biec dalej, aż do samej mety i nie tylko ukończyć maraton, ale i całego go przebiec.

Przełamywanie własnych granic
Pierwsza dyszka, pierwsze ukończone zawody na orientację na 50 km, pierwszy maraton, a w przyszłości pierwszy triathlon, bieg górski… Każdy kolejny krok dodaje sił do tego, by pracować dalej. I wiecie co? Nie mam obaw o to, że skończy mi się przestrzeń do tego, by pójść dalej, by robić kolejne kroki. Bo zawsze jest do poprawienia kolejny wynik, kolejna bariera do przeskoczenia… W 2013 r. szykuje mi się sporo takich barier;) Pierwszy triathlon na rozgrzewkę, potem Half Ironman w Poznaniu jako docelowy start, do tego marzenia o górskim ultra, kolejne maratony, a jesienią mam nadzieję wreszcie zejść poniżej 40 min. na dystansie 10 km. Jest nad czym pracować! Bo w bieganiu, czy w ogóle sportach wytrzymałościowych genialne jest to, że wszystko osiąga się własną ciężką pracą i poświęceniami.

Uzależnienie
Nie da się ukryć, że bieganie uzależnia. Już kilkudniowa przerwa od udeptywania świata sprawia, że człowiek jest jakiś nieswój, że czegoś mu brakuje. To kwestia endorfin, nazywanych hormonem szczęścia, które powodują stany euforyczne u osób biegających na dłuższe dystanse. To sprawia, że po mocnym treningu już nie mogę doczekać się kolejnego. Już planuję, kiedy znów założę buty i na godzinę czy dwie zapomnę o otaczającym świecie. Bo, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, uprawiając sport odnajduję harmonię z samym sobą. Jest mi z tym po prostu dobrze:)

Do tego dochodzi coś, czego nie za bardzo potrafię nazwać. Chodzi mi o swego rodzaju pokazanie samemu sobie, że mogę. Nie wiem, do której kategorii czynników motywacyjnych do przykleić, więc hasłowo rzucam na koniec.

Wyspowiadałem się, pora na Was. Co motywuje Cię do treningów?

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMój 2012 rok w sukcesach i porażkach
Następny artykułJaja jak berety!
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

21 KOMENTARZY

    • Wiedziałem, że znajdzie się taki prostak, no;) A Ty naprawdę jak biegasz to nie czujesz, że wszystko pasuje? Że to jest to, co należy robić i że tak jest po prostu dobrze?

    • Zależy od treningu. Ja je dziele dosyć prosto (prostacko?).<br />a) Lekki, na którym jest sporo czasu na rozmyślanie. <br />b) Cięższy lub ciężki, który zwykle jest nastawiony na realizację założonych zadań. Wtedy trzeba nap…lać, nie ma czasu na myślenie o harmoniach i innych dyrdymałach, satysfakcja przychodzi dopiero po wykonanym treningu.

    • No, teraz lepiej:D<br />Słuszna uwaga z nap…laniem. Jak ostatnio robiłem 500-metrówki to daleko było mi do harmonii, bliżej było zgonu albo zaliczenia gleby na śniegu;) Pisząc o spokoju ducha i harmonii miałem na myśli ogół tego, co daje mi sport:)

  1. Cel. Mnie nakręca przede wszystkim cel. W sumie można to podciągnąć pod &quot;przełamywanie własnych granic&quot;, bo zawsze moja poprzeczka musi być ciut wyżej niż poprzednio ;)

    • Dokładnie, o to właśnie chodziło mi w &quot;przełamywaniu granic&quot;. Każdy kolejny maraton musi być szybszy od poprzedniego. Zobaczymy jak to pójdzie z Barceloną.. ;)

  2. Uzależnienie i cel. Kiedy przez kilka dni nie biegam, boli mnie głowa i źle się czuję. Dlatego muszę biegać. A kiedy do tego dochodzi cel w postaci ważnego startu i chęci poprawienia życiówki, motywacji starczy na najgorsze mrozy/upały/deszcze/co tam jeszcze.

  3. Mi się wydaje, że pasje(hobby), w jakiejkolwiek postaci by się nie okazywało, staje się sposobem na życie ! to nakręca nas do życia, w którym czujemy się dobrze. Tak naprawdę wtedy wszystko jest zależne tylko od nas.

    • Na razie cykloza jest najmniej ulubioną jednostką treningową – kręcenie 1,5h w sali spinningowej zdecydowanie nie należy do przyjemności i choć staram się o rozrywkę w postaci oglądanych filmów w komórce to już nie mogę doczekać się wiosny i normalnych treningów na szosie:)

    • Tak. Strasznie!! Zawody mnie też stresują. Najbardziej lubię bieganie, kiedy mogę biec w dowolnym tempie – szybciej czy wolniej – jak mam ochotę i podziwiać krajobraz. Często zdarza mi się zaobserwować coś zabawnego, ciekawego albo wyjątkowo ładnego. To dla mnie kwintesencja radości z biegania i nieustająca motywacja treningowa. A zawody i wyniki traktuję jak egzaminy, przed którymi zawsze miałam

  4. Uwielbiam się ruszać :) Robotę mam siedzącą (niestety!), więc bez sportu bym oszalała. A nakręca mnie każdy fajny pomysł i projekt, perspektywa jakiegoś startu albo innej formy sprawdzenia się (jak np. obecnie debiut maratoński). Oczywiscie życiówki tworzą poprzeczkę, którą chce się podnieść, ale nie zawsze – zdarzały mi się starty w których nie zakladałam biegu na maxa :)chociaż życiówkę

Skomentuj ms Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here