46 sekund dzieliło najszybszy i najwolniejszy kilometr przebiegnięty przeze mnie podczas 13. Poznań Maratonu. Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

W ramach blogowego podsumowania ostatnich 12 mies. spróbuję spojrzeć na nie właśnie pod kątem największych sukcesów. A gdzie sukcesy, tam i porażki i to od nich zacznijmy:

Porażka 3. Brak jakiegokolwiek sukcesu w PMNO. Ani razu nie zmieściłem się w pierwszej piątce zawodów, a na dodatek udało mi się wystartować tylko siedem razy (nie zawsze w dobrej formie), co nie pozwoliło na zajęcie miejsca wyższego niż 20. w Pucharze Polski na dystansie 50 km. 20. pozycja na 900 sklasyfikowanych to nieźle, ale pamiętajmy, że tak naprawdę ściga się nie więcej niż 70-80 osób, a przed sezonem i po jego rozpoczęciu liczyłem na więcej. 20 pkt, a byłbym 14. i nie byłoby narzekania. Do tego zabrakło dwóch dobrych startów z wynikiem na poziomie 43 pkt. Nie udało się.

Porażka 2. Kłopoty z pasmem biodrowo-piszczelowym. Bujałem się z tym problemem przez kilka miesięcy i dopiero jesienią udało się go całkowicie wyeliminować. Opuściłem przez to kilka startów w PMNO i odpuszczałem treningi, bo po kilku km biegu pojawiał się ból.

Porażka 1. Brak systematyczności w treningach przez większość roku. Przez cały rok przebiegłem (treningi + starty) ledwie 1331 km (plus 420 km na orientację). No koleżanki i koledzy maratończycy, kto da mniej?;)

W całym roku zaliczyłem tylko dwa miesiące z przebiegami ponad 200 km – sierpień i wrzesień. I wtedy rzeczywiście była dobra forma przedmaratońska, a i w PMNO zainkasowałem dwa najlepsze swoje wyniki (Nawigator oraz Izerska Wielka Wyrypa). Aż w siedmiu miesiącach biegałem mniej niż 10 razy, wstyd.
Pod koniec roku podjąłem mocne postanowienie poprawy i chyba wyszło nieźle, bo w grudniu zaliczyłem 11 treningów biegowych, 7 na basenie i 7 na rowerze spinningowym – to w ramach rozpoczęcia przygotowań do triathlonu. Mam nadzieję, że (jak tylko wrócę do zdrowia;)) uda mi się utrzymać ten trend.

Niech to będzie jedyna ilustracja tego postu, ku przestrodze.
Na zielono bieganie, na fioletowo bieganie na orientację.

Pora i na pochwalenie się tym, co najbardziej mnie cieszy:

Sukces 3. Ten blog wciąż istnieje:) 10 miesięcy temu uruchomiłem bloga chcąc podzielić się ze światem tym, jak niezwykłym przeżyciem było dla mnie ukończenie XI Ekstremalnej Imprezy na Orientację Skorpion 2012. Blog się przyjął, czytają go nie tylko moi dotychczasowi znajomi, ale i ludzie zupełnie nowi, którzy pojawili się bądź tu, bądź na Facebooku. Komentujemy, dyskutujemy, każdego miesiąca zaglądacie tu prawie 2 tys. razy. Lubię to!

Sukces 2. (Do)gonienie króliczka. Mógłbym tu napisać, że najważniejsza jest sama idea biegania, że biegam dla siebie, zdrowia itd. Ale to guzik prawda. Ściganie się i pobijanie rekordów kolegów to jest coś, co tygryski lubią najbardziej!:)

Gonić miałem Benka na 10 km i w końcu udało się jesienią jego życiówkę pobić (acz miał jeszcze więcej problemów zdrowotnych niż ja, więc na pewno ma coś w zanadrzu i liczę na dalszą rywalizację w 2013). Ale już w podsumowaniu roku PMNO przegrałem o nieco ponad 6 pkt i jest co gonić.

A w między czasie fantastycznych rumieńców nabrała sąsiedzka rywalizacja z Leszkiem, który najpierw mi uciekł na 10 km, ale potem dał się złapać na Biegnij Warszawo i Biegu Niepodległości. Wiosną czeka nas korespondencyjny pojedynek na maratony. Leszek wybiera się do Wiednia, a ja do Barcelony. Aktualnie mam od Leszka lepszy wynik w maratonie i na 10 km, ale na dystansie półmaratonu przegrywam o ponad 3 min. Jest co gonić!:)

Sukces 1. Przebiegłem maraton. Mój pierwszy maraton (jesień 2011 r.) był niezapomnianym przeżyciem. Ubiegłoroczny MW z finiszem na Stadionie Narodowym to również chwila, której nie zapomnę, podobnie jak czerwony dywan w Atlas Arenie w Łodzi. Ale moim pierwszym trzem maratonom brakowało jednego: dzikiej satysfakcji z tego, że cały dystans przebiegłem. W debiucie byłem na to za słaby i musiałem się zatrzymać, w Łodzi podobnie, choć czas był o ponad 25 minut lepszy. W Warszawie nie pozwoliły na to problemy żołądkowe, ale dwa tygodnie później w Poznaniu w asyście 16,5 osobistych kibiców się udało! Przez cały czas biegłem, a amplituda czasu najszyszego i najwolniejszego kilometra wyniosła tylko 46 sekund.

Tak moi mili, 14.10.2012 r. za czwartym razem udało mi się przebiec maraton. Przebiec, a nie ukończyć. Bez jednego nawet zatrzymania, bez przejścia do marszu i bez wizyty w toalecie. To bezapelacyjnie mój największy sukces i duma minionego roku.

Życzę Wam i sobie, by w 2013 r. zdecydowanie więcej było sukcesów niż porażek. Acz tak naprawdę to te drugie też nadają trochę smaku naszej zabawie w biegaczy. Bo jakby wszystko się każdemu udawało to byłoby nudno.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBestBreathe – recenzja gadżetu dla biegaczy
Następny artykułCo motywuje mnie do treningów?
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

16 KOMENTARZY

  1. Gratulacje, sukcesy są a te porażki to trochę na siłę dorzuciłeś :) BnO wyszły moim zdaniem bardzo dobrze – i wynikowo i jeśli chodzi o radość z nich a o to przecież chodzi!<br />Rywalizacja nie jest zamknięta, w tym roku się zemszczę!! Żebym tylko ten bebzun zrzucił – jak bym miał 5 kilo mniej to byś mi nie uciekł tak łatwo ;)

  2. Krasus, no to proszę, w ramach licytacji: Endomondo pokazuje mi biegania (i zwykłego i na orientację) 250km za rok 2012. Jako, że wróciłem tam od połowy roku, to wynik nie jest do końca prawdziwy, ale i tak w sumie nie wyszło mi więcej niż 1000km w tym sezonie. Jeśli idzie o ilość treningów to też nie powalało to na kolana…<br /><br />Na szczęście nie tylko tłuczeniem kilometrów człowiek żyje –

  3. Więcej sukcesów niż porażek – myslę że miałeś dobry rok. Jako szykująca się i tzw. Marathoner-to be przede wszystkim gratuluję Ci biegu non-stop na 42 km – to jest coś! <br />ps. a najbardziej podoba mi się ta rywalizacja korespondencyjna z Leszkiem :) trochę jak gra w szachy przez telefon :) Powodzenia w 2013!

  4. Ale jak to, nawet na siku się nie zatrzymałeś!?<br />Wprawdzie już ktoś mnie przebił, ale (jeśli mnie rachunki nie mylą) 1344 km bez innych dodatków ;-) Ale w końcu przebiegłem trzy razy mniej maratonów niż w 2011 ;-)

    • Bez siku, bez kupki, bez postoju na cokolwiek. Najwolniej przemieszczałem się biorąc napoje w punktach żywieniowych;)<br /><br />No ja trzy maratony w tych 1750 km mam i 7x na orientację po 55 km do tego. I połówkę i cztery dyszki i 15 przełajowe. Za mało treningów – to moja porażka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here