Do mety 200 metrów, ostatnia prosta – do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Mijam kilku zawodników, linia mety… Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi do upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się… Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 – bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 osoby przebiegły ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

Są miasta, które mają w sobie to „coś”, co każe do nich wracać. Barcelona zdecydowanie do nich należy. Już przy pierwszej wizycie stolica Katalonii czaruje niesamowitą architekturą, wyjątkowym bogactwem kultury, a przede wszystkim smakami: tapasów, owoców morza i win. Gdy zobaczyłem trasę tamtejszego maratonu, gdy okazało się, ze obiega świątynie futbolu Camp Nou, od razu wiedziałem, ze chcę tam pobiec.

START
Zgodnie z tradycją, na 10 minut przed startem po raz ostatni uderzam do toalety, potem wbijam się w swoją strefę (niebieska) i czekam. Mija ósma, czekam. Siąpi deszcz, a nic nie zapowiada rychłego startu. W myślach przeklinam Południowców za ich bałagan, no bo jak można opóźnić start maratonu dla 18 tys. ludzi?! Zawodnicy się rozgrzewają, spiker cośtam mówi, czekam. Pada deszcz.

W końcu zaczyna się zagęszczać i ruszają wózki. Czuję już podniosłą atmosferę maratońskiego startu, choć wkurza mnie prawie półgodzinne opóźnienie. Ale maratoński tlum niezmiennie mnie rusza, jest coś wyjątkowego w tej chwili. Start. Elita, żółci, czerwoni, w końcu my – niebiescy na start!

DYCHA
Zaczynam zachowawczo, o kilka sekund na kilometr wolniej od planowanego tempa. Potem przyśpieszam. Na podbiegach zwalniam o kilka sekund, ale na zbiegach dociskam o kilkanaście. Mijam Camp Nou, jego mury służą niektórym jako toaleta. Ech, bezcześcić takie miejsce…

Szybko buduję zapas nad planowanym tempem 4:44. Mimo pitstopu na zawiązanie prawego buta, znak 10 km mijam po 47:03 – 17 sekund szybciej od planu. Potem jest długo lekko w dół i po 12 km zapas przekracza 40 sekund, wciąż widzę zająców z flagami „3:15” i mam myśli, ze może powinienem jednak atakować 3:15, a nie 3:20. Kryguję się i zwalniam. Na 12 km kibicki robią zdjęcia, biegnę uśmiechnięty, niezmęczony, lepiej być nie może!

ŻYCIOWA POŁÓWKA
Zgodniez oczekiwaniami Garmin średnio radzi sobie z zachmurzonym niebem nad Barceloną (deszcz raz pada, a raz nie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, pogoda do biegania idealna!) – nadkłada przeciętnie kilkanaście metrów na kilometr. Patrząc na zegarek muszę więc biec w tempie 4:40, a nie 4:44. Dodatkowo w głowie cały czas kalkuluję przewagę nad planem. Kilka kilometrów biegnę z dwójką Hiszpanów, trzymamy świetne tempo. Ale prawy but znów zmusza mnie do chwili postoju i tracę parę sekund. Odrabiam je przy zbiegu, niektóre kilometry robię poniżej 4:30!

W połowie dystansu mam 1:38:52, jest nowa życiówka w półmaratonie:) Do dobrego biegu dopingują tłumy kibiców, na prawie całej trasie jest gęsto. Krzyczą „Vamos! Vamos!”, a tylu ludzi co przy Sagrada Familia nie widziałem jeszcze na trasie żadnego maratonu za wyjątkiem okolic linii mety. Ale najlepsze co może dopingować do biegu to bębny! A tych też nie brakuje, naliczyłem pięć miejsc z bębniarzami, acz mogłem się pomylić, bo byłem zmęczony;) W każdym razie bębniarze są i robią różnicę.

Na Av. Diagonal jest agrafka, najpierw mijamy się z szybszymi (przyuważam kilku Polaków, ale Michała mi się nie udaje złapać), po nawrocie z tymi, co biegną wolniej (paru naszych, ale Ani nie widzę). Zjadam drugi żel, biegnę i kalkuluję.

ZACZYNA SIĘ PRAWDZIWY MARATON…
28-30 km znów but, nie mam sił nadrabiać straconego przez niego czasu, kilometr wchodzi w 4:58, jeszcze jeden w 4:55 (pod górkę) i zapas maleje. Mimo tego, znak 30 km łykam w 2:21:27, do mety tylko 12,2 kilometra. Głowa pracuje: mam minutę przewagi nad 3:20, nawet gdybym zwolnił o 5 sekund na kilometrze, dam radę. Napieram.

Wzdłuż morza trochę wieje, zaczął się prawdziwy maraton. Na kolejnych kilku kilometrach tracę po kilka sekund, ale i tak praktycznie cały czas wyprzedzam, chyba inni mają jeszcze mniej sił. Zwalniam na punktach odżywczych – wypicie izo z kubeczka w trakcie biegu jest już niemożliwe. Na punktach są tez pomarańcze – zjadam po dwa kawałki, fantastycznie dodają energii. Mijamy Parc de la Cutadella i Arc de Triomf, znów tłumy! Przypominam sobie fejsbukową dyskusję o linii mety i czuję, że mogę na niej zrobić te pięć pompek!:)

Niesiony dopingiem 39 km robię w szaleńczym tempie 4:26. Błąd. Organizm szybko mi się za to rewanżuje. Nagle tracę siły, odcina mi zasilanie, a czwórki ud wołają o postój. Zdaje się, ze każdy krok jest ponad moje siły. Wyraźnie zwalniam i słyszę za plecami „dalej Polska, nie zwalniaj, łamiemy te 3:20!!”, jakiś Polak maratończyk dopinguje mnie do trzymania tempa. Mówi, byśmy biegli razem, ale nie jestem nawet w stanie mu odpowiedzieć. Przez kilkaset metrów się za nim trzymam, potem odpadam. Jednak jego słowa wbiły mi się w głowę i ciągną mnie do przodu. Przypominam sobie, co napisał Marcin przed weekendem: „rozjeb ten system!”. Krok po kroku jestem coraz bliżej celu.

WYGRYWA SIĘ GŁOWĄ, A NIE NOGAMI
Mijam pomnik Krzysztofa Kolumba, do mety 2 km, jest zbawienny punkt odżywczy – wciągam owoce popijając wodą. Miąższ z pomarańczy ratuje mi tyłek, trzymam tempo. Ale 42 km to mordercza prosta pod górkę. Widać już Plac Hiszpanii, zwalniam do 4:54 by zachować siłę na ostatnie metry. Przed ostatnim wirażem widzę swoich. Łapię flagę, ale nie jestem w stanie nawet się uśmiechnąć, na twarzy mam kompletnie nic. Na zdjęciach wyglądam jak zombie.

Do mety 200 metrów, ostatnia prosta – do jasnej cholery, dlaczego ona jest taka długa?! Nic już nie myślę, te 200 metrów ciągnie się jak diabli.

Flaga nad głową. Wyprzedzam kilku zawodników, linia mety… Idę kilka metrów i muszę się zatrzymać. Bliżej mi to upadku niż robienia pompek, na stoperze 3:19:13. Podbiega sanitariusz, mówię mu, ze wszystko OK, jest pierwszą osobą od godziny, do której się uśmiecham. Chowam głowę we flagę, udało się, udało się, udało się… Potem SMS od organizatorów powie, ze było 3:19:14 – bez różnicy. I nie ma też znaczenia, że 2142 2145 osób przebiegło ten maraton szybciej niż ja. Zurich Marato Barcelona to moje zwycięstwo.

POST SCRIPTUM
Potem okazało się, że pomyliłem godzinę startu. Był o 8:30, a nie 8. Południowcy wcale nie są tacy źli jeśli chodzi o punktualność;) Więcej przemyśleń o organizacji, kilka fotek i statystyk za parę dni, w kolejnym wpisie:)

19 KOMENTARZY

  1. ładnie poprawiłeś życiówkę – GRATULACJE – no i uświadomiłeś mnie że jak maraton zagraniczny to nie żadem tam Berlin tylko właśnie Barcelona.<br />jeszcze raz chylę czoła za wynik. pozdrawiam

  2. Taki wynik to już jest coś. to już inna liga :) Wielkie gratulację !<br />Urwij jeszcze z tego godzinkę to możesz celować w medale i zwycięstwa ;)<br /><br />Bardzo fajna relacja.

  3. Zacząłeś sezon z przytupem i przyświstem :) Strach się bać, co będzie dalej! Po przeczytaniu relacji mam ochotę pobiec w jakimś maratonie choćby jutro ;) Gratulacje raz jeszcze. Jestem pod ogromnym wrażeniem skoku wynikowego, jakiego dokonałeś raptem w 4 miesiące.

  4. O rany, super wynik!!!! Wielkie gratulacje! Swietnie się czytało Twoją relację – czułam się jakbym tam była. I trochę też strach przed debiutem mnie obleciał <br /><br />ps. a na dwa supełki nie łaska było buty zawiązać? ;-) Albo może zainwestuj w takie sznurówki z wypustkami co się trzymają :)

  5. Dziękuję wszystkim za dobre słowo na temat mojej relacji, ten maraton był dla mnie naprawdę wielkim przeżyciem, dopiero opisanie Wam wszystkiego pozwoliło na ujście części emocji:)<br /><br />Maniek, faktycznie przekręciłem cytat, gdybym pamiętał go dokładnie, pewnie byłoby 3:15;)<br /><br />drproctor, w przyszłym roku, w tym schodzę poniżej 1:30 w połówce i 3:10-3:15 w maratonie:)<br /><br />

Pozostaw odpowiedź Błażej - Suchą Szosą Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here