Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff…

Organizatorzy IWW postanowili uniknąć zamieszania z rozdaniem map i te czekały na nas 1,5 km od startu, gdzie trzeba było dobiec pod górkę. Stawka się więc rozciągnęła i tłoku nie było. Głupi Krasus, zamiast sobie siąść i dokładnie zaplanować trasę, poleciał jak kuna rowem do PK2. Towarzyszem doli i niedoli znów Kuba Runowski, który staje się moim ulubionym współnapieraczem. Pierwsze 20km trzasnęliśmy w jakieś 2:40, rewelacja! W głowie myśli o tym, że czas poniżej 8h jest realny i może jakieś miejsce w okolicach pudła?

Lwówek Śląski to bardzo ładne miasteczko z awangardowym rozwiązaniem architektonicznym. Rynek z XVI-wiecznym ratuszem otoczono tam… blokami mieszkalnymi. Socrealizm, hej!

Szkoda tylko kurde, że zamiast po drodze do punktu odżywczego w miejscowości Wleń (wiecie, że to jedno z najstaszych miast w Polsce? Prawa miejskie ma od 1214 roku, a swego czasu mogło nawet bić złote i srebrne monety) zaliczyć umiejscowione na środku mapy PK8 i PK5, zostawiliśmy sobie je na później.
Ciała daliśmy też przy podejściu na szczyt Łopata, który zaatakowaliśmy od najbardziej stromej strony. Mając jako alternatywę łagodne podejście, włazimy pod jedną najbardziej stromych skarp pod jakie kiedykolwiek wchodziłem, brawo chłopaki, brawo! Patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice, patrzeć na poziomice – proste, nie?

Odcinek specjalny na dokładniejszej mapie do BnO idzie całkiem sprawnie, choć po wyjściu z niego, przed PK8 trafiamy na jednej z polnych dróg na przeszkodę nie do przejścia w postaci dość agresywnie nastawionego psiaka rasy mi nieznanej. Spotkanie kończy się wycofem (naszym, nie psim) i pocięciem na azymut, co w końcu na złe nam nie wychodzi, bo oszczędzamy kawałek dystansu. Aczkolwiek cięcie po niektórych polach było mało wygodne, bo pozostałe po żniwach grube badyle znacznie utrudniały bieg.

Schodząc z pól od PK8 natrafiamy na problem w postaci ogrodzeń. Cóż, czasem trzeba przejść przez czyjeś podwórko. Przeprosimy, pozdrowimy i jakoś będzie. Kuba: „Ten dom wygląda na opuszczony, w niektórych oknach nie ma szyb i nie widać żywej duszy.” Siup przez siatkę i truchtamy po podwórku. „Hau, hau, hau!!!” z drzwi wylatuje czworonóg wielkości co najmniej owczarka! A my dzida do bramy, którą przeskakujemy w biegu! Po drugiej stronie lądujemy jakieś pół sekundy nim pies dopadł naszych łydek, ufff…

Przed PK5 kolejna wtopa: źle wybieramy ścieżkę od miejscowości Pławna Dolna (na tej złej kolejny pies – tym razem mały jakiś, więc idziemy) i nad rzekę Kwilicę docieramy w złym miejscu. Zawiodło wyznaczanie odległości, ale jak patrzę na zdjęcie satelitarne, to na oko nie mieliśmy szans zobaczyć właściwej ścieżki, bo zaczynała się jakby za gospodarstwem. Trzeba było dokładnie zmierzyć dystans. Nad rzeczką miotamy się tam trochę w lewo i w prawo, bo nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy. W końcu idziemy wodą (ulga dla zmęczonych stóp) w górę nurtu (czyli w lewo) i docieramy do PK, gdzie czekają znajomi Kuby. Tam chwila oddechu, kilka fotek i napieramy dalej.

==== ==== ====
Podoba się relacja? No to szybki przerywnik, bynajmniej nie reklamowy! Przypominam, że razem z Bo i Wybieganym robimy akcję pomocy 4-letniemu Bartkowi, który walczy z rakiem. Bartek to nie jakieś obce dziecko, tylko chrześniak Kuby, naszego kolegi blogera, więcej o Bartku tutaj (kliku-kliku), a o akcji tutaj (kliku-kliku). Przypomnę tylko, że pomagając Bartkowi nabywacie losy, a wylosować można nie byle co, bo duży przegląd rowerowy w najlepszym serwisie w Warszawie, bidon wypełniony makaronem, mającego właściwości magiczne kucyka na kierownicę oraz… Patelnię nad patelniami! Do dzieła Wyrypowicze, bo wiem, że wielu z Was pewnie to czyta:)
==== ==== ====

I następuje największa wtopa tego dnia. Nie łapiemy odpowiedniej dróżki i nadkładamy dobre 2-3 kilometry. Szczęście w nieszczęściu, że zupełnym przypadkiem trafiamy na punkt odżywczy trasy 20-kilometrowej, który w sumie ratuje nam tyłek, bo w bukłakach króluje pustka, a z samochodu łapiemy nie tylko wodę, ale i banany oraz pyszną drożdżówę. Docieramy w końcu do asfaltu i po raz kolejny spotykamy mijanego wcześniej kilka razy Michała Szczęsnego, z którym napieramy dalej. Przy PK6 znów chwila zawahania, ale w końcu udaje się odnaleźć właściwy strumień i, trochę dookoła, lecimy do PK4. Lampion znajdujemy bez problemów i podejmujemy decyzję o tym, że na PK3 wejdziemy na azymut. Kompas w łapę i jazda. Udaje się bez większych problemów, podobnie jak PK1, przed którym znów łączymy siły z Michałem. Tu już koncentracja była na najwyższym poziomie, szkoda, że zabrakło tego wcześniej.

Przed metą jeszcze tylko punkt XX, który organizatorzy wyznaczyli jako ostatni do zaliczenia. Chodziło o to, by bezpieczną drogą wrócić na metę. Wybieramy wariant asfaltem, bo jest pewniejszy nawigacyjnie i szybkościowo. Kuba opada z sił, parę minut później także Michał i zostaję sam na placu boju, biegnąc poniżej 5:30 na kilometr. Na XX znów włażę z kompasem przez las pod górkę i trochę szczęśliwie, ale w sumie bez problemów podbijam ostatni punkt. Potem już pędem do Lwówka i do mety, na której melduję się z oficjalnym czasem 10:07:10. O kilka sekund przegrałem z innym zawodnikiem, ale nie miał on wszystkich punktów i w sumie niepotrzebnie ostatnie kilkaset metrów grzałem po 4:30-4:40 goniąc go;)

Na ostatniej prostej nigdy nie wychodzę korzystnie;) 

Na mecie relaks. Żony to jednak potrafią załatwić wszystko.
W lodówce w bufecie czekało na nas zimne piwko…

…które tak mi zasmakowało, że do domu wróciłem z całą skrzynką,
starczy na co najmniej miesiąc!
(oby…)

W IV Ekstramlanym Rajdzie na Orientację Izerska Wielka Wyrypa zająłem siódme miejsce na 111 startujących. To mój najlepszy wynik odkąd dwa lata temu zadebiutowałem w pieszych maratonach na orientację (PMNO) na dystansie 50 km. Owszem, byłem już siódmy na Mazurskich Tropach i ósmy na Azymut Oriencie, ale tam startowało odpowiednio 46 i 16 osób. Mamy zatem niezły wynik, a ja… narzekam, marudzę i znów czuję niedosyt! Mam bowiem poczucie, że stać mnie na więcej, a kilka błędów nawigacyjnych kosztowało mnie dobre 45 minut, jeśli nie więcej.

A na pamiątkowej fotce trzy blogiery:
Michał Kołodziej (Dajcie mi wygrać!), Marcin Kargol (Don’t stop me now!), no i ja.
Trzy? A nie dwa? No tak, Maniek jest z nami przez telefon, bo nim dotarliśmy do mety,
on wylądował już w domu;)

Tak, większość uczestników nie zdołało w ogóle zebrać wszystkich punktów, wielu naprawdę mocnych zawodników nawet nie ukończyło zawodów, bo odwodnili się na trasie i musieli zostać zwiezieni. A ja je ukończyłem i do końca miałem siłę biec, to powód do zadowolenia. Ale kolejne błędy nawigacyjne powodem do dumy już nie są i mam nadzieję w końcu je wyeliminować. Znów zabrakło mi głowy do tego, by przed startem siąść na pięć minut i dokładnie przeanalizować mapę, zaplanować kolejność zaliczania PK (nie była oczywista) i mniej-więcej trasy pomiędzy nimi. Następnym razem, obiecuję, obiecuję!

To była dla mnie trzecia edycja Izerskiej Wielkiej Wyrypy i znów się nie zawiodłem. To prawie doskonale zorganizowana impreza (choć była i niewybaczalna wtopa, o niej za chwilę), z ciekawymi trasami, przepiękna widokowo i z bardzo fajnym klimatem. Organizatorzy zadbali o wiele detali, na trasie rozstawiono punkty odżywcze (arbuzy, pomarańcze, banany, ciastka i woda), a na mecie czekał ciepły i bardzo smaczny posiłek. No właśnie, to ta wtopa. Okazuje się, że dla wielu osób posiłku nie starczyło. Nie potrafię zrozumieć jak to się stało, bo przecież wiadomo było, ilu uczestników się pojawi, a każdy w pakiecie dostał kupon na posiłek regeneracyjny, ale ci co na metę dotarli po 14-15 godzinach już ciepłego jedzenia nie dostali.

Mapa Izerskiej Wielkiej Wyrypy 2013 z naniesionym naszym przebiegiem.
Polecieliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zielony kolor tracka do bieg, czerwony marsz.

Stats&hints IV Ekstremalny Rajd na Orientację Izerska Wielka Wyrypa
Wynik: czas 10:07:10; 7/111 miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: rano 14-16 stopni, za dnia do ok. 30 st., patelnia

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Roclite 295+stuptuty; plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; spodnie Dobsom R90 (nigdy więcej w krótkich spodenkach na PMNO!), koszulka techniczna z Lidla, czapeczka z daszkiem Nike; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie: 2 żele + 2 batony + 2 chałwy + ciastka i owoce na punkcie odżywczym; 2 l izo w bukłaku +3 l dolane na punkcie.

Pod względem sprzętowo-żywieniowym spisałem się idealnie, niczego bym nie zmienił:)

18 KOMENTARZY

    • Polecam, to naprawdę świetna zabawa. A co do mapy to są dwie szkoły trzymania:D Ja mam zawsze północ na górze i mapą nie kręcę, ale większość osób obraca tak, by kierunki na mapie zgadzały się z kierunkami świata;)

  1. Jej, Maniek, mocarz z Ciebie. Pniesz się do góry aż miło. Jeszcze sezon, dwa i będziesz rządzić na TP-50. Faaajnie :) !<br /><br />Jak ja żałuję, że nie było mi dane wystartować w IWW. Świetna rela, dobrze się czyta :) .<br /><br />PS.<br />Z tą skrzynką browarów, które mają niby wystarczyć na cały miesiąc, to żart ;) ?

    • IWW jak zwykle prima sort, cholernie żałuję, że nie mogłeś. Ale spoko, odbijemy sobie za rok!<br /><br />A co do browarów to nie żart, to… pobożne życzenie;) Ja lubię piwo. Zanim zacząłem biegać skrzynka starczała mi na tydzień. Teraz się ograniczam, bo czuję różnicę w wydolności organizmu gdy piję więcej piwa…

  2. Mega pojechany rezultat, a ten narzeka… I choć totalnie nie czuję mięty do biegów na orientację i sama gubię się już w ciut większym sklepie, tak Twoje relacje uwielbiam czytać. Zawsze są przygody :) Gratulacje!

    • Tam się można naprawdę ujechać, bo w gęstym lesie jesteś sama (lub ewentualnie w skromnym towarzystwie) i nikt Ci nie pomoże, trzeba sobie radzić samemu. Czasem to picie wody ze strumyka, czasem poparzone pokrzywami nogi, a czasem odwodnienie – dzieje się:)

  3. Komentarz do zdjęcia &quot;Na ostatniej prostej nigdy nie wychodzę korzystnie;)&quot; mnie powalił. Też tak mam i zazdroszczę tym, którzy wychodzą jak ludzie ;)

  4. Przeczytam sobie całość tak na spokojnie wieczorem, ale spojrzałem na mapę i zastanawiam się co z PK 10 – czy to PK z innej trasy? Kwito

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here