Starty w XI Zimowych Biegach Górskich w Falenicy to jeden z elementów mojego „planu treningowego”. Jako że w 2014 zamierzam trochę pobiegać po górach, a jeden z dwóch najważniejszych startów będzie głównie pod górkę, to wpisałem Falenicę na listę „must be”. Póki co zimowe to te biegi są tylko z nazwy. Druga edycja odbyła się w pięknym słońcu, co sprawiło, że wielu zawodników biegło w krótkich spodenkach czy koszulkach.

Na starcie sporo znajomych twarzy, rąsia-rąsia, buźka-buźka i zaraz lecimy. Ustawiłem się z kolegą Bartkiem, którego marzyło mi się obiec. Na płaskiej dyszce był tej jesieni o kilka sekund ode mnie wolniejszy, więc to dobra osoba do rywalizacji. Stanęliśmy w 4-6 rzędzie. Odliczanie: pięć-cztery-trzy-dwa-jeden-START! I jak zwykle na zawodach: tłumy zaczynają od sprintu i mnie wyprzedzają. Twardo trzymam się tego, żeby biec w miarę spokojnie, ale na pierwszym kilometrze wyprzedza mnie z 20-30 osób, a Bartek szybko znika z horyzontu. Trzymam nogi na wodzy, licząc na to, że odbiję sobie na kolejnych okrążeniach (których na dystansie 10 km jest trzy).

Tradycyjna kolekcja fotek z rąsi.
Nowością są miny współfotkowiczów, ms spisał się na medal!;)

Na każdym kółku siedem solidnych podbiegów, każdy po kilkanaście metrów w górę, a potem w dół. Łącznie 255 metrów przewyższenia na zagadkowym dystansie 10 km. Zagadkowym, bo biegowe zegarki wymierzają tam od 8,9 do 9,2 km, a organizatorzy promują zawody jako 10 km – różnica spora, prawda? Zapewne na dokładność pomiaru wpływa krętość i lesistość trasy oraz jej przewyższenia, ciekaw jestem w jaki sposób organizatorzy wymierzyli tam jedno kółko na 3,33 km.

Już po kilometrze zaczynam wyprzedzać. Łykam sobie po jednej osobie co kilka chwil. Co kluczowe, wyprzedzam zarówno na podbiegach, na zbiegach, jak i na nielicznych płaskich odpoczynkach. Zbiegi to klucz do sukcesu na górskich trasach, bo na nich różnice pomiędzy wolnymi a szybkimi zawodnikami są większe niż na podbiegach. Sztuka polega na poddaniu się grawitacji i nie hamowaniu bardziej niż to konieczne, by się nie wywrócić. To wymaga nie tyle szybkości czy siły, ale odwagi, którą trzeba w sobie po prostu odnaleźć.

Na drugim kółku widzę przed sobą Bartka i po kilku minutach, na jednym ze zbiegów go wyprzedzam. Jak się potem okazało (ja tego nie zarejestrowałem) na trasie wyprzedziłem też Łukasza z treningów funkcjonalnych. W zmęczeniu go nie zauważyłem. Dostrzegłem za to kibicującą na trasie Agę, która tradycyjnie przyjechała wspierać swojego małżonka, a ten oczywiście pocisnął i wylądował w pierwszej dziesiątce;)

Pierwsze kółko złapałem w 14:06,na drugim trochę zwolniłem (14:15), ale sił na finisz wystarczyło i trzecie zmierzyłem sobie na ; 13:58. Planowo każde kolejne miało być szybsze, tym razem się nie udało, ale nie było źle.

Na trzecim kółku fizycznie ledwie już zipię, ale przecież jestem niczym Tomee Lee Jones w Ściganym! Długo wiozę się na plecach jednego z zawodników, który leci odpowiadającym mi tempem, ale na ostatnich kilkuset metrach wrzucam kolejny bieg i wyprzedzam jego oraz kilka innych osób, finiszując w tempie ok 2:30 min/km. Na metę wpadam z czasem 42:21 (choć mój stoper pokazał 42:19, no ale wyniki to wyniki;)), zajmując 48 miejsce na 482 zawodników.

Na liście wyników pojawiło się troje członków drużyny Smashing Pąpkins,
zachęcam kolejne osoby to wpisywania SP jako drużyny:)

Po biegu odetchnąłem 20 minut i zaliczyłem drugą rundą FalIno, czyli zawodów na orientację. Mocno czułem zmęczenie w nogach, na dodatek zapultałem się na dwóch punktach kontrolnych i w efekcie zająłem 24 miejsce na 37 osób. Celem nie była jednak walka o jakąkolwiek pozycję, a trening pracy z mapą.

Spora liczba podbiegów i nierówne podłoże sprawiają, że Zimowe Biegi Górskie w Falenicy to zawody mocno wymęczające. Po 10 km tam nogi bolały mnie dużo mocniej niż po „zwykłej” dyszce czy nawet półmaratonie. Ale mam poczucie, że treningowo jest to dla mnie bardzo przydatne i mam nadzieję, że w kolejnych edycjach też uda mi się wystartować, oby z jeszcze lepszym efektem!

Lepszy efekt dotyczy jednak nie tylko czasu i miejsca, ale i… liczby samojebek. No cóż, trzeba posypać głowę popiołem, bo dałem ciała! Początkowo zupełnie wpadły mi z głowy i stąd niewielka ich liczba jak na to, ilu znajomych tam spotkałem. Poprawię się następnym razem:)

10 KOMENTARZY

  1. Ja niestety mam problem z tymi zbiegami… nie odnalazłem, jak to wspomniałeś, odwagi :( i tutaj niestety dużo tracę. Może kiedyś się przełamię. <br />Gdzie będziesz hasał po górkach (zawody)?

  2. Niezły czas nabiegałeś, gratki Krasus! Muszę się zmobilizować następnym razem i choć trochę przyspieszyć (bo inaczej znowu będę musiał prosić Żonę żeby pomściła Nową Iwiczną w odwiecznej walce z Mysiadłem) :)

    • Niestety, na razie moja małżonka zaniechała sportów, od Biegnij Warszawo nie truchtała chyba ani razu. Najpierw bolało ją kolano, a potem w życie wdrożyła niechciemisiejstwo.. Ale wciąż wierzę, że coś się jeszcze w tym temacie ruszy:)

  3. O rany, no za trzecim podejuściem musi mi się udać … załapać na Twoją samojebkę. Start 11 stycznia to dla mnie MUST. Gratulacje oczywiście za wynik szybki Krasusie :) Chyba dobrze zrobiłam że w chorobie odpuściłam jednak ten start ostatnio :)

    • Zdecydowanie, czasem warto odetchnąć, by potem przypier… ze zdwojoną siłą!:) Widzimy się za tydzień, mam nadzieję, że zdążę wyzdrowieć, bo teraz z kolei mnie przeziębienie przycisnęło.. :/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here