III runda Zimowych Biegów Górskich w Falenicy zaczęła się w piątek wieczorem, gdy z wizytującą stolycę Run Bo i NKŚ przeprowadziliśmy degustację nalewek mojej mamy. Zgodnym wyrokiem złoty medal przyznaliśmy wiśniówce, co zresztą zgadza się oceną A&MS, którzy odwiedzili nas dwa tygodnie temu. Smak, aromat, barwa, po prostu bajucha! Mamuś, kapelusze z głów! Ale my przecież sportowcy, więc jeszcze tylko po lampce wina i spać, zbierać siły na sobotę!

Sobota rano
Już samo dotarcie do Falenicy jest miłym towarzyskim doświadczeniem, bo zabieramy się z Kasicą i Kwitem. Kilometry upływają na dyskusjach o bieganiu, napieraniu, zastanawianiu się, co z tymi Śnieżnymi Konwaliami zrobić (dobry wynik na Ełkciej Zmarzlinie kusi by pociągnąć ten temat póki moc w nogach jest) i… jedzeniu śniadania, bo niektórzy rano nie zdążyli;) Kasica, znany i lubiany pirat drogowy, sprawnie i bezpiecznie dowozi nas na miejsce.

Nie znam w okolicy Warszawy lepszego miejsca na mocny kros niż Falenica:)

Jeszcze w biurze zawodów spotykam MS, potem w poszukiwaniu toalety pojawia się Ava, a do telefonu dobija się Cypek, który ma problem z dotarciem przez awarię auta i prosi o odebranie mu numeru startowego. Montuję swój numer (niezbyt udanie – patrz foto poniżej), załatwiam sprawę Cypka i na pełnym luzie człapiemy na start.

Po drodze wpadam na rozgrzewających się A&MS, a gdy docieramy w okolice startu, spotykamy Roberta – reprezentanta najlepszej drużyny świata, czyli Smashing Pąpkins. Truchtamy pod górkę, gdzie dogania nas Marcin, a przekazując numer startowy Cypkowi (Miśku, czy Ty naprawdę musisz być tak szybki?!) mam przyjemność poznać Stefana. W międzyczasie wyłapuję Bartka, który dwa tygodnie temu za mocno pocisnął na pierwszym kółku, a teraz postanawia pobiec ze mną, witam się też z kilkoma innymi znajomymi.

Założenie numeru startowego wcale nie jest takie proste… / fot KK

I to właśnie w bieganiu lubię. Po jakimś czasie człek zaczyna kojarzyć ludzi. Wynajduję osoby biegające na podobnym poziomie i staram się z nimi wygrywać. To motywuje! Ale biegi to nie tylko bieganie, to także czas przed i po zawodach. Najpierw człowiek się uśmiecha. Potem przychodzi „cześć” i uścisk dłoni, ktoś znajomy przedstawia jakiegoś swojego znajomego, potem wpadasz na niego na jakiejś ścieżce biegowej i już się znacie. Pytania o formę, plany startowe i ostatnie wyniki – ludzie z pasją zawsze mają o czym rozmawiać. Przy nieco dłuższej znajomości, od dziewczyn można nawet i całusa na powitanie dostać;) Hoho, Krasusie, nie zapędzaj się tu, wszak NKŚ zagląda na blogaska!

A, o bieganiu miałem pisać… ;) Cóż, po Ełckiej Zmarzlinie przeziębienie trzymało mnie prawie cały tydzień, nosem oddychać mogłem dopiero od czwartku, a gardło przestało boleć w piątek. Obawy o formę miały więc solidne uzasadnienie. Ale jak mogłem nie pojechać, skoro na gościnne występy przyjechała sama Bo (imaginujecie? ze swojego końca świata, gdzie ma piękne górki, przyjechała tu do nas pobiegać po naszej skromnej falenickiej wydmie i spotkać parę osób, czad, nie?:))? Jak mogłem nie pojechać, skoro kilkoro innych znajomych zaanonsowało się na fotkę do kolekcji samojebek? Chyba rozumiecie, że nie mogłem odpuścić, prawda? Co tam wynik, ważne, by było fajnie!

To aż nie do uwierzenia, ale czasem zdarza się mi zdjęcie
zrobione nie z rąsi! TU z Avą / fot. WS

Wykalkulowałem, że jeśli pobiegnę dobrze i jeszcze uda mi się złapać trzeci start, to w końcowej klasyfikacji mogę w swojej kategorii wiekowej być na niezłej pozycji. O planie, aby tym razem spokojnie przetruchtać, zapomniałem, jak tylko założyłem rano w domu buty. Adrenalina, znajomi, linia startu/mety i stoper na ręku sprawiają, że pomysły na spokojne bieganie odkładam w kąt. Wymyśliłem, że pobiegnę takim tempem, by poprawić wynik sprzed dwóch tygodni, a jeśli nie wytrzymam tempa, to po prostu zwolnię. Ustawiamy się z Bartkiem i…

Najpierw powoli jak żółw ociężale,
Ruszyła maszyna po szynach ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas.

Niestety, węgiel w mojej lokomotywie skończył się po dwóch okrążeniach. Bartek poleciał dalej i poprawił swój wynik sprzed dwóch tygodni o ponad minutę (szacun chłopie!), a ja dobiegłem z czasem 42:48 (wg wskazań własnego zegarka). Mierzyłem sobie poszczególne okrążenia i weszły w 14:00, 14:14, 14:34. Pierwszy kilometr był najszybszym na całej trasie, a wyraźnie odczuwający chorobę organizm szybko wysłał mi sygnał, że „to se ne da”. Pod koniec jednego z ostatnich podbiegów byłem wręcz bliski puszczenia pawia, trzeba więc było zwolnić, więc i finisz pobiegłem luźno po 3:30 min/km. Z tego dnia wyciągnąłem ile mogłem, następnym razem będzie lepiej! Choć tak naprawdę, o dobre wyniki będzie chyba trudniej, bo wiele wskazuje na to, że zima wreszcie nadejdzie.

Niektórym przydałby się Rutinoscorbin, bo coś niewyraźni są… ;)

Sobota wieczór
Siedzą te blogiery na sofie, nogi wyciągnięte na pufie (wszak regeneracja, nie?), laptopy na kolanach, Soundgarden czy inny Queens of the Stone Age w głośnikach. Obok butelki po browarach i zestaw kieliszków do nalewek (wszak regeneracja, nie?). Jeden na malinówkę (mocna, nieźle telepie), drugi na śliwkówkę (słabsza, mocno słodka i bardzo smaczna, ale przy kilku kieliszkach może zamulić), a trzeci na tę niesamowitą wiśnióweczkę łącząca zalety obu poprzednich.

Siedzo, popijajo, gadajo od paru godzin o tym bieganiu, o tych triathlonach, paczajo na te Endomonda, na te Fejsbuki i…

Skoro jutro rano chcemy pobiegać dwie godziny, to może by ktoś przyszedł? Łoć ju fink? Wszak w kupie raźniej, nie? Tej, ale jest sobota wieczór, a my próbujemy wyciągnąć kogoś na bieganie w niedzielę skoro świt… To chyba lekko porąbane, co? Lekko?;) O 8:30 to przeciętny obywatel tego kraju jeszcze śpi. Dobra, wrzućmy na Fejsa i zobaczymy.

Przez pierwszych kilka minut cisza, nawet lajka nikt nie kliknie. Tej weź, co myśmy myśleli… O jest! Agnieszka byłaby chętna. To jest niesamowita dziewczyna, co? Trójka dzieci, biegający mąż, a znajduje czas na swoje treningi i jeszcze te zajebiste czapki dzierga! I Bartek też chętny! I jeszcze Paweł, czyli człowiek, z którym po zrobieniu 63,5 km po mazurskich bezdrożach ścigaliśmy się na 200 czy 300 metrów. Ale fajnie!

Niedziela rano
Pobudka. Za oknem wiater dmie jak szalony i pada deszcz. Słowem: idealna pogoda do biegania! Ech, że też trzeba było się umawiać z ludźmi, teraz to nie ma wyjścia, trzeba iść…

Po pierwszych kilkuset metrach stwierdzamy, że pogoda nie jest w sumie wcale zła. Owszem, cośtam pada, cośtam wieje, ale nogi fajnie przebiegają spokojnym tempem 5:40, a czas leci na rozmowach o tym i owym. W lesie coraz więcej osób, nasza radosna piątka niektórych biegaczy mija już drugi raz, nagrywamy filmiki (oj, będzie się działo!), a atmosfera fenomenalnie towarzyska – nawet Garmin się dostosował i wyczerpał baterię, co sprawia, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów biegnę zupełnie nie spoglądając na zegarek. Cały czas gadamy i nim zdążyłem się zmęczyć, pora się rozdzielać i wracać do domów. Raz skręcamy w lewo, raz w prawo i w pewnym momencie… nie mam zielonego pojęcia, gdzie jesteśmy. Ja, który Las Kabacki zbiegałem setki razy, zgubiłem się. Żenua Krasusie, żenua! Widzę skraj lasu, oceniam, że to południowy skraj, więc przed sobą mamy Julianów/Józefosław. Biegniemy tam i… okazuje się, że to skraj północny i widać kabackie bloki. No to miało towarzystwo z mojej nawigacji używanie… ;)

Łącznie w niecałe 2h nabiegaliśmy prawie 20,5 km i choć pogoda się zbiesiła (był śnieg, był grad, no i wmordęwind przy powrocie taki, że hoho!), to było to jedno z najfajniejszych wybiegań ever, dzięki ludziska:) To właśnie rozumiem przez przyjemność z biegania, w ten weekend nie liczyły się czasy, wyniki, progi, zakresy, tętna ani tempa, a pogaduchy i towarzystwo. A że przy okazji zrobiłem mocnego krosa po wydmach i dwugodzinne spokojne wybieganie? Cóż, narzekać nie będę. No i ile słitfoci do kolekcji!;)

Samojebka wersja hard – na dwa telefony,
drugi po prawej stronie za kadrem;)

Bieganie bieganiem, ale czy wiesz, że i Ty możesz być szybsza/szybszy na rowerze? Nawet małe dziecko Ci powie, że zamocowany na kierownicy Pimpuś chroni przed złymi urokami, dodaje pi przez dwa kilometrów na godzinę do średniej prędkości (nie pytajcie dlaczego akurat tyle, nie mam pojęcia, ale tak jest!) oraz 10 pkt do triathlonowej stylówy, że o poprawie aerodynamiki nie wspomnę. No i akcja jest taka, że w ramach aukcji WOŚP można drogą kupna nabyć prawdziwego brata bliźniaka mojego Pimpusia! Wystarczy wejść o tutaj: kliku-kliku i powalczyć, ale z góry uprzedzam, że lekko nie będzie, bo Przemek się mocno nastawił na poprawę swoich wyników kolarskich:)

10 KOMENTARZY

  1. Krasus, jeszcze raz wielkie dzięki za gościnę i pełen atrakcji weekend! Oraz przesyłam niskie ukłony i pozdrowienia dla Twojej Mamy za nalewki :) I w ogóle blabla :)

  2. Pogoda chyba wszędzie dziś była nieznośna, ale gdybym miała bliżej do Waw, na pewno bym pobiegała z Wami :) a regeneracja to podstawa, czasami trzeba trochę ją wspomóc, np. dobrą nalewką :) <br />ps. Jakie filmiki kręciliście? :D

  3. Powiem Ci że ja też uwielbiam towarzycho dzielące wspólną pasję – to naprawdę dodaje tyle frajdy do sportu. Można sobie zaciskać przez 4 dni w tygodniu zęby na treningach w samotności, ale spotkanie na zawodach i nawet przybicie piątek czy wymiana paru zdań ze znajomymi powoduje że bieganie jest właśnie tym co kocham

Skomentuj Marcin (biegamblog.pl) Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here