Ten_ktoś_za_mną cały czas jest blisko. Co odskoczę na podbiegu, to dochodzi mnie na zbiegach. Obaj dyszymy i charczymy już jak cholera, nie ma żartów! W głowie rodzi się plan: na ostatnim podbiegu docisnę tak, że mogę się porzygać, ale muszę zrobić przewagę, która pozwoli mi dotrzeć piąty na metę. No i nadchodzi ostatni podbieg. Tętno już poza trzecim zakresem, ale za mną… cisza! Chyba się udało! Lecę w dół starając się trzymać tempo, oglądam się i jest przewaga, może nawet z 6-8 metrów! Jeszcze ostatni łuk, cały czas oglądam się za siebie, ale przewaga nie maleje:) Meta. Czas 24:51, miejsce 5 na 59 osób. Pierwsza edycja Monte Kazura to już historia.

Moje zamiłowanie do gór znacie, w Warszawie nie ma z tym lekko, na szczęście jest Falenica, ale na nieszczęście jest tylko zimą. Wiadomo, można samemu na wydmy pojechać i pobiegać, ale to nie to samo co ściganie, które wywołuje u mnie sympatyczne drżenie mięśni:)

Jakżesz się ucieszyłem, gdy kilka dni temu na Fejsuniu napisał do mnie TiGi: „hej, wynik kosmos w Rotterdamie! biegniesz może w środę na montekazura.pl ? Magda się przymierza.” – wiadomo, miło dostać wyraz uznania za spełnienie marzenia, ale Monte Kazura? Bieg górski na Ursynowie? A cóż to jest? Wchodzę na stronkę i wiem już, że będzie się działo. Organizatorzy od Chudego Wawrzyńca gwarantowali wysoki poziom, a zapowiadane przewyższenie 300 m na dystansie 5 km sprawiało, że z respektem podchodziłem do tych zawodów. Oczywiście kilka minut po wiadomości od TiGiego byłem już zapisany, ściągnąłem też kilkoro znajomych. Ostatecznie Garminek zmierzył 250 m w górę i 250 w dół, co i tak oznacza, że zawody te są dwa razy górskie od Falenicy.

No ale do rzeczy. Atmosfera kameralna, kilkanaście procent startujących mam w kolekcji samojebek, bo to znajomi:) Kolejnych kilka twarzy znam z widzenia, jest swojsko, jest fajnie, uwielbiam takie imprezy!:) No i wreszcie udało mi się poznać Baraszkę, który pisze fajnego bloga:)

Jest bieg, są fotki:) Kasica, Kwito czy Paweł to już na nich weterani,
ale mamy tu i trzech debiutantów!

Teoretycznie start miał być o 19, ale było małe opóźnienie i ruszyliśmy chyba o 19:06. Najpierw 300 metrów płaskiego na rozciągnięcie stawki, a potem… omatkoicórko! 20 metrów w górę (tyle ma Kazurka), a potem 20 w dół. Od razu, bez żadnego rozprostowania mięśni. Niektóre podbiegi nieco mniejsze – raptem 8 metrów albo 12 metrów. Pomiędzy nimi kilka „mini podbiegów”, takich na metr, albo dwa albo trzy, ale za to stromych jak sam diabeł. Łącznie na każdym kółku (biegniemy trzy) jest pięć sporych podbiegów. O, takich

No i poszły konie po betonie. Ruszam dość zachowawczo, bo wiem jak to jest na górkach. Pierwszy podbieg rozpoczynam na 11. pozycji, ale już na początku wyprzedzam dwójkę zawodników. Witając szczyt po raz pierwszy tętno mam już w drugim zakresie (po 1,5 minuty biegu!!), a w połowie pierwszego okrążenia w trzecim.

Fiufiu, dzieje się!Już na trzecim podbiegu dyszę jak lokomotywa. Nie brakuje kibiców, ale zalane potem oczy nie do końca pozwalają rozpoznać wszystkich, których znam. Tu po głosie poznaję TiGiego, tam Pawła P., ale nie widzę ich. Na podbiegu oczy w dół i krok po kroku do góry. A w dół jeszcze trudniej, bo nogi nie zdążyły przyzwyczaić się do podbiegu, a ja każę im zbiegać i to szybko. Staram się trzymać mocne tempo, ale nierówny teren i zmęczenie dają się we znaki.

Hyc – wyprzedzam kogoś i jestem już ósmy. Hyc – siódmy. Przede mną zielona koszulka drużyny Warszawiaky. To mocarze i wygrać z kimś z nich to zawsze ogromna satysfakcja. Zbliżam się (jestem wyraźnie lepszy pod górkę) i w końcu się udaje. Na szyi czuję oddech kolejnego zawodnika, w zasadzie razem przebiegamy prawie całą trasę. Łapię kolejnego i pod koniec drugiego kółka wychodzę na piątą pozycję!

Po tym, że tuż za mną nie ma Danka wnioskuję, że to ostatni zbieg;)
/ fot. Filip B. (https://www.facebook.com/montekazura)

Ten_ktoś_za_mną cały czas jest blisko. Co odskoczę na podbiegu, to dochodzi mnie na zbiegach. Obaj dyszymy i charczymy już jak cholera, nie ma żartów! W głowie rodzi się plan: na ostatnim podbiegu docisnę tak, że mogę się porzygać, ale muszę zrobić przewagę, która pozwoli mi dotrzeć piąty na metę. No i nadchodzi ostatni podbieg. Tętno już poza trzecim zakresem, ale za mną… cisza! Chyba się udało! Lecę w dół starając się trzymać tempo, oglądam się i jest przewaga, może nawet z 6-8 metrów! Jeszcze ostatni łuk, cały czas oglądam się za siebie, ale przewaga nie maleje:) Meta. Czas 24:51, miejsce 5 na 59 osób. Wg wyników organizatora czasy poszczególnych okrążeń to: 8:06, 8:25, 8:21. Udało się pobiec trzecie szybciej niż drugie i to jest ważne:) Pierwsza edycja Monte Kazura to już historia.

Siadam na trawie, szef szefów podaje mi wodę, a po chwili okazuje się, że Ten_ktoś_za_mną to był Danek, facet Kasicy, tylko ani ja jego w zmęczeniu nie rozpoznałem, ani on mnie;) Do czwartego miejsca straciłem kilkanaście sekund, to zwycięzcy trzy minuty – kosmiczna przewaga, nie umiem sobie wyobrazić tak szybkiego przebiegnięcia trasy.

Jeszcze gratulacje dla Krzyśka za świetny pomysł na imprezę biegową i doskonałą organizację i można jechać do domu (dzięki Sławku za podrzucenie!) Trzeba powiedzieć jasno: na biegowej mapie Warszawy pojawiła się nowa świetna impreza, na której zamierzam być stałym bywalcem. Takie bieganie na pewno pomoże mi w przygotowaniu do Biegu Marduły oraz Triathlonu Karkonoskiego, a że jest w zasadzie pod nosem… :) Kolejna edycja 28 maja, do kalendarza wpisane, już nie mogę się doczekać!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym książka się rozkręca (recenzja Biegać mądrze)
Następny artykułTen, w którym wszystko jest jasne
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

6 KOMENTARZY

  1. Dzięki za przetarcie szlaków :)<br />Zawody widać, że fajne tylko kurcze ten termin, środa wieczorem jest dość słaby. Postaram się dotrzeć na drugą edycję :)

    • A mi właśnie termin doskonale odpowiada. Nie koliduje z niczym, do weekendowych zawodów człowiek zdąży się zregenerować, doskonały pomysł jak dla mnie:)

  2. No właśnie czemu środa ?? :( Ale może się nastepnym razem uda, a jak nie to solo w jakis weekend. Gratki – z Twojego opisu wygląda to na hardkorowy kawałek górskiego biegu w stolycy :)

Skomentuj Wojciech Wojciechowski Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here