Ostre zęby Agrykoli nawet mnie nie pomiziały, szybko wracam do swojego rytmu, a tempo wędruje poniżej 4:00 min/km. Rozpędzam się. Czuję, że jest lekko z górki i wykorzystuję to z premedytacją. Na ostatnim punkcie żywieniowym biorę łyk wody, a Krasus_trener, patrząc na zegarek, mówi do Krasusa_biegacza: „Chłopaku, dałeś radę! Cel poniżej 1:24 zostanie osiągnięty na pewno, ale teraz pokaż co potrafisz i skop kilka tyłków, które są jeszcze przed Tobą!” Biorę więc kilka szufli węgla i dorzucam je do pieca. Wchodzę na obłędne tempo 3:45 i pokonuję tak 2 km. Tętno skacze ponad trzeci zakres, na twarzy mam zapewne potworny grymas bólu i zmęczenia, ale w duszy gra mi muzyka radości! Zbiegając z mostu przyśpieszam jeszcze bardziej, spotykam pĄ-kibiców i… co robię? Wciskam pedał do dechy! Kilometr wchodzi w 3:38! Przecież to jest tempo szybsze niż życiówka na 5 km, a do mety jeszcze ponad tysiąc metrów. Nie zwalniam. 21. kilometr to kolejne 3:38 i cały czas wyprzedzam. Ramiona w górze, okrzyk radości i przeogromna satysfakcja: POTRAFIĘ! Zatrzymuję stoper i nie wierzę: 1:23:15! Kamera, mikrofon, radość, totalny odjazd. Uściski z finiszującymi ze mną, rąsia-rąsia ze znajomymi. Niektórzy narzekają na 1:19, inni cieszą się ze złamania 1:23, a ja wciąż nie wierzę, że aż o 45 sekund przeskoczyłem wymarzone 1:24…:) Potem okazało się, że finalny wynik to 1:23:10! Godzina-dwadzieściatrzy-i-dziesięćsekund!!!

Ruszamy zgodnie z planem. My, bo na wspólny bieg umówiłem się z kolegą Łukaszem z Obozów Biegowych. Spokojnie, za zającami z balonikami 1:25. Po dwóch kilometrach strata do planowanego średniego tempa 3:59, którym mieliśmy złamać 1:24, wynosi 18 sekund, jest dobrze. Wkrótce wchodzimy na tempo docelowe i na macie oznaczającej 5 km mamy 20:16, 21 sekund za dużo w stosunku do średniej, czyli.. jest dobrze. Na półmaratonie biegam negative splits, czyli druga połowa szybsza od pierwszej. Zbieg do Wisłostrady to okazja do nadrobienia paru sekund, potem długaśna prosta, która o dziwo w ogóle mi się nie dłuży. Tu niestety kończy się my, bo niemal równo z tabliczką 8 km Łukasz odpada. Kilka dni temu dorwało go przeziębienie i od początku nie wyglądał dobrze:( Szkoda, biegnę dalej sam. A biegnie mi się genialnie! Wypatruję ludzi przed sobą, powoli ich doganiam i wyprzedzam. Ta dziewczyna, ten gość, tamten w czarnym, Olgaw czerwonym i w pomarańczowym. Cały czas przesuwam się do przodu!

Wisłostradowy tunel jak zwykle jest niesamowity. Tupot stóp i powoli zbliżający się głos chóru. Chór słychać coraz bardziej, choć jeszcze nie widać. Aż w końcu jest tuż obok, co za czad! Czuję ogromne zmęczenie, ale jednocześnie jestem w biegowym transie, w którym wszystko pasuje idealnie. Ból czy zmęczenie są na akceptowalnym poziomie, a trudności w oddechu są rekompensowane przez fantastycznych kibiców wzdłuż trasy. Przebieg pod Mostem Poniatowskiego to tradycyjnie szpaler kibiców, kocham biegać po Warszawie!

Zaraz za wylotem z tunelu znacznik 10 km. Z uśmiechem na ustach przyjmuję czas 40:00 (10 sek. straty do 1:24). Wiem, że jest dobrze, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to cały czas rozgrzewka. Zjadam planowy żel, przepijam wodą i dzida. Kawałek dalej pĄ-kibice. Fotka, piona, uśmiech, radość, ojaciepieprzę, to jest to, co kocham w bieganiu! Mimo że jestem w trzecim zakresie, na pysku jest ogromny zaciesz:)

Odrabiam kolejne sekundy. Tu jedna, tam dwie, a nawet trzy. Odczyty dystansu z Garmina nieco odbiegają od oznaczeń organizatorów, więc przy każdej fladze naciskam lap, by wyrównać kilometry. Przy tej „15 km” do 1:24 tracę 1 sek. Jedną sekundę. Kurde, czy może być tak idealnie realizowana taktyka? Dokładnie tak chciałem to zrobić, radość w duchu. Swoją drogą, śmieszne te Łazienki. Fundacja tak się chwaliła tym, że przebiegamy przez Łazienki, a… dużą część biegliśmy wzdłuż metalowego niebieskiego płotu, bo chyba jakiś remont się dział. Lekka żenada, ale co tam.

Po 15,5 km planowej rozgrzewki rozpoczyna się prawdziwy wyścig, prawdziwy 9. PZU Półmaraton Warszawski. Wybiegam z Łazienek, skręcam w lewo i widzę ją. Mruczy, ale jestem nieczuły. Warczy, a mi powieka nawet nie drgnie! Ona już wyje, a ja oczy w pulsometr, noga za nogą i jazda, jakby jej nie było. Czuję jej obecność, ale nawet nie spojrzę, nawet jednym gestem nie dam jej poznać, że to ona decyduje o tym, co będzie dalej. Wyprzedzam kilka osób. Wyprzedzam kilkanaście osób! Agrykola szaleje, ale ja jestem skupiony na swoim celu. Nie zwracam uwagi na tempo, pilnuję tylko tętna – byle nie przekroczyło 180 bpm. Dobiegam na górę i… WOW! Na szczycie Agrykoli, w najtrudniejszym punkcie Półmaratonu Warszawskiego, ustawiły się dwie Blog@czki: Emilia i Kasia ze specjalnie przygotowanym transparentem. Ojacie, ileż energii i radości daje widok znajomych twarzy! Mam ochotę je ucałować i uściskać, ale w obawie o obecność ich silniejszych połówek przybijam tylko piątki i lecę dalej;) Pół minuty odpoczynku w tempie 4:00, a potem kosmos. Następuje coś, czego się nie spodziewam, nie oczekuję i nie sądziłem, że jestem do tego zdolny.

Relacja relacją, ale zobaczcie ile pięknych zdjęć mam! A na fotkach udało mi się złapać tylko część znajomych:)

Ostre zęby Agrykoli nawet mnie nie pomiziały, szybko wracam do swojego rytmu, a tempo wędruje poniżej 4:00 min/km. Rozpędzam się. Czuję, że jest lekko z górki i wykorzystuję to z premedytacją. Na ostatnim punkcie żywieniowym biorę łyk wody, a Krasus_trener, patrząc na zegarek, mówi do Krasusa_biegacza: „Chłopaku, dałeś radę! Cel poniżej 1:24 zostanie osiągnięty na pewno, ale teraz pokaż co potrafisz i skop kilka tyłków, które są jeszcze przed Tobą!” Biorę więc kilka szufel węgla i dorzucam je do pieca. Wchodzę na obłędne tempo 3:45 i pokonuję tak 2 km. Tętno skacze ponad trzeci zakres, na twarzy mam zapewne potworny grymas bólu i zmęczenia, ale w duszy gra mi muzyka radości! Zbiegając z mostu przyśpieszam jeszcze bardziej, spotykam pĄ-kibiców i… co robię? Wciskam pedał do dechy! Kilometr wchodzi w 3:38! Przecież to jest tempo szybsze niż życiówka na 5 km, a do mety jeszcze ponad tysiąc metrów. Nie zwalniam. 21. kilometr to kolejne 3:38 i cały czas wyprzedzam. Ramiona w górze, okrzyk radości i przeogromna satysfakcja: POTRAFIĘ! Zatrzymuję stoper i nie wierzę: 1:23:15! Kamera, mikrofon, radość, totalny odjazd. Uściski z finiszującymi ze mną, rąsia-rąsia ze znajomymi. Niektórzy narzekają na 1:19, inni cieszą się ze złamania 1:23, a ja wciąż nie wierzę, że aż o 45 sekund przeskoczyłem wymarzone 1:24…:) Potem okazało się, że finalny wynik to 1:23:10! Godzina-dwadzieściatrzy-i-dziesięćsekund!!! Wiedziałem, że stać mnie na solidne złamanie 1:24, w śmiałych snach marzyłem o 1:23:30, ale 1:23:10? Ludzie, no naprawdę nie spodziewałem się!

Truchtam z powrotem na trasę, gdzie pĄ-kibice wypatrują kolejnych członków Smashing Pąpkins, po drodze widzę zbierającą się do finiszu pĄ-Marzenkę i kilkoro innych znajomych, a potem spędzam dobre pół godziny na oklaskiwaniu półmaratończyków na 2 km przed metą, atmosfera jest fantastyczna.

A dziś jest poniedziałek wieczór, półmaratońskie emocje cały czas we mnie buzują. Nie umiem opisać, jak fantastyczny bieg to był. Owszem, przydałoby się więcej toalet w okolicy startu najszybszych stref (przydałyby się w ogóle jakiekolwiek, mniej osikalibyśmy wtedy most od dołu:P), było trochę za ciepło dla biegaczy (idealnie dla kibiców!), a ten płot w Łazienkach to śmiechowy był, ale nie ma co ukrywać: 9. PZU Półmaraton Warszawski był kapitalnie zorganizowaną imprezą, a mi udało się dostosować do tego poziomu:)

Wiedziałem, że jestem mocny. Wiedziałem, że stać mnie na bardzo dobry wynik. Treningi pokazały, że mogę biegać poniżej 4:00 min/km, ale średnie tempo 3:56? 3 sek/km to jednak różnica, szczególnie, że jak dla mnie to było za ciepło. W śmiałych snach marzyłem o 1:23:30, ale 1:23:10? Ludzie, no naprawdę nie spodziewałem się. Na 11215 osób, które wystartowały, do mety dotarło 11149, a ja byłem 202. Zmieściłem się w 1,78 proc. całkiem mocno obsadzonego i bardzo dużego biegu. Na dodatek zająłem trzecie miejsce (!!!) w klasyfikacji dziennikarzy! Szkoda tylko, że organizatorzy wycofali się z dekoracji, nagród i innych wyróżnień.

Wszystko zagrało mi IDEALNIE! Miałem świetny plan na trasę (zacząć spokojnie, potem nadrobić do 15 km, zwolnić pod górkę i od szczytu ogień z d…!) i z żelazną precyzją go zrealizowałem. Dobrze jadłem, odpowiednio się ubrałem (zagadką dnia są osoby biegnące w czarnych bluzach z długim rękawem – WTF?!), a noga podawała jak powinna. Czy to, że na końcówce prawie zrobiłem życiówkę na 5 km oznacza, że miałem zapas sił? Nie, pamiętajcie, że było tam głównie z górki, więc można było cisnąć. Tempo pierwszej 15-tki było idealne, nie dałbym rady urwać z niego już nic, bo wtedy bym się zakwasił i byłoby pozamiatane. Nie było żadnego kryzysu, nie było chwili, w której musiałbym zwolnić, cały czas biegłem na granicy (lekko przesuniętej przez próbę ataku kolki na Wisłostradzie, który to siłą woli i mięśni brzucha odparłem) swoich możliwości. Gdybym pierwszą dychę zrobił choćby o 30 sek. szybciej, byłoby ze mną źle.

1:23:10 to efekt dobrze przepracowanej zimy i to nie tylko na treningach biegowych, ale i w domu przy pĄpkach i brzÓszkach oraz na sali przy Myśliwieckiej, gdzie co poniedziałek Aga z Olkiem ordynują nam zestaw ćwiczeń wzmacniających każdy możliwy mięsień, łącznie z tymi, o których istnieniu nie miałem pojęcia;) Aga, Olek, dzięki! No i Tygrysowi kurde dziękuję, bo to on w maju na biwaku powiedział mi: „chłopaku, dasz radę szybko biegać!”, a ja w to uwierzyłem. Potem Aga z Olkiem rozwinęli we mnie te myśli i wyszło jak wyszło.

Bardzo mocna końcówka sprawiła, że poprawiłem większość rekordów życiowych odnotowanych przez Endomondo, aczkolwiek należy przy tym pamiętać, że końcówka była lekko w dół, a Endo nie jest wyznacznikiem wszystkiego, co nie zmienia faktu, że takie rzeczy cieszą. Szczerze przyznam, że nie mogę się doczekać jakiegoś startu na 10 km, bo sprawdziłbym moc w nogach na tym dystansie, na którym ostatnio na maksa pobiegłem na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku. Ale na razie myślami czas wrócić do najważniejszych zawodów tej wiosny: już za 13 dni ABN AMRO Marathon Rotterdam. 1:23:10 zwiększyło moją pewność siebie i daje realne szanse na osiągnięcie celu 2:59:xx, ale znów muszę mieć dobry dzień i pogoda nie może być zbyt wietrzna i wszystko inne musi zagrać w mojej orkiestrze.

W Półmaratonie Warszawskim wystąpiła kilkunastoosobowa reprezentacja ekipy Smashing Pąpkins. W klasyfikacji drużynowej zajęliśmy świetne 27 miejsce (na chwilę obecną w wynikach widnieje 95 drużyn), ale nie miejsce i nie czasy były najważniejsze. Obejrzyjcie poniższe zdjęcia. Gdyby była klasyfikacja uśmiechów, radości z biegu lub zajebistości ludzi i koszulek, bylibyśmy pierwsi bez dwóch zdań!:) Szkoda, że nie udało się złapać na fotkach wszystkich razem, ale organizacyjnie team dopiero raczkuje i będzie już tylko lepiej! Dzięki dziewczyny i chłopaki, bieganie z Wami to ogromna radość i zaszczyt:)

21 KOMENTARZY

  1. Jestem pod ogromnym wrażeniem. W niedzielę zbierałam szczękę z podłogi jak zobaczyłam Twój wynik. Dzięki własnej pracy oraz trenerowi – Krasusowi osiągnąłeś takie wyżyny w bieganiu. Nic, tylko podziwiać :) Wielkie gratulacje! :)

  2. Gratulacje! Mega wynik i w ogóle, jakież mieliście Zawody! Świetna relacja, daje mocnego kopa. No naprawdę, gdyby nie armia pradziadów Krakowiaków napisałbym, że trochę żałuję, że nie startowałam jednak w Warszawie ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here