O tym, że Wielki Wyścig to walka bez pardonu, przekonałem się w ostatni weekend, który rozpoczynał dla mnie tri-sezon (Garmin Iron Triathlon Piaseczno). Co się stało? Gdy rano pakowałem rowery do bagażnika auta, Bo mamrotała coś pod nosem i wykonywała dziwne ruchy palcami. I nagle: jebut!! Ból w plecach taki jak podczas PozTri w ubiegłym roku (nie czytałaś/eś tej relacji? Oj, to popraw się!). Wszystko jasne, Boshka jakichś czarów-marów dokonała, by pomóc sobie w zwycięstwie! Miałem nadzieję, że ból zniknie, ale wiadomo jak jest: nadzieja matką głupich. Kolejna pułapka czekała w trakcie ubierania pianki. Wciskam się, cały dół założony, na próbę zakładam też ręce (by sprawdzić ściąganie ich przez zegarek) i nagle olśnienie jak w Pomysłowym Dobromirze: DING! Tył na przód! Wszyscy dookoła zwała, hahaha, hohoho, hihihi. A tu okazuje się, że Maciek zrobił dokładnie to samo. Najwięcej śmieje się oczywiście Bo, która dorzuca żart, że ten Wielki Wyścig to chyba sam jej się wygra. Wszyscy się już ze mnie wyśmiali? To spójrzcie jak piankę ubiera Bo… przód na tył!;) Dość tych śmichów-hihów, włazimy do wody i pora zacząć prawdziwą zabawę.

Pływanie – jest ciężko, ale dobrze (a przynajmniej lepiej)
Pływam lepiej niż przed rokiem – to wiem. Nie staję więc na samym końcu, tylko mniej-więcej w połowie stawki. Ruszamy, lecz o złapaniu rytmu nie ma mowy. Pralka jest niemożebna, a jeden z ciosów jest wyjątkowo perfidny: nogą w okular, który… zostaje mi wbity w oczodół. Nie za bardzo wiem co zrobić. Czy uda mi się go wyciągnąć? Średnio widzę na lewe oko, ale płynę. Bach-bach kopnięcie, kuksaniec. W brzuch, w bok, w twarz. Najgorsi są żabkarze. No naprawdę zasady kultury wymagają, że jak już ktoś żabkuje to powinien płynąć z boku, a nie w największym tłumie, gdzie co chwilę napierdziela w innego zawodnika! Był jeden koleś, co mi przywalił mi ze trzy razy nim udało mi się go wyprzedzić.

Po jakichś 150 m jest nawrotka i dochodzi do najbardziej kuriozalnej sytuacji jaką w życiu widziałem: jest tak ciasno, że nie da się płynąć, więc ludzie… idą. Nie, nie ma tu pomyłki ani literówki. Na etapie pływackim mieliśmy odcinek biegu w wodzie. Zbiornik był tak płytki, że można było iść, co większość osób robiła (bo płynąć się w ciasnocie nie dało). Kolega płynął obok pewnej pani, która szła w wodzie prawie całą trasę pływacką. Czy na pewno o to chodzi w triathlonie?

Wodny marsz / fot. Sportografia.pl
Wodny marsz / fot. Sportografia.pl
A my się tymczasem dalej pierzemy, co jakiś czas pojawia się też znajomy (ale niezbyt przyjazny) ból w plecach. Mówię mu, by spieprzał na drzewo. Pralka. Tu nie ma pardonu, jak nie włączysz się do tej jatki, to cię zatłuką. Więc nie pozostaję dłużny i walczę o swoje. Przepycham się między ludźmi, jak ktoś mnie łapie za nogę, dostaje kopa. Nie ma lekko. Kolejna nawrotka, znów idziemy. Ludzie machają do publiczności, która… śmieje się do rozpuku. Zbliża się następny kuriozalny moment – przepływamy pod mostkiem. Świetna sprawa dla kibiców, dla elity i tych co na luzie płyną z tyłu. Dla większości uczestników to niestety młócka jak się patrzy, bo miejsc jest niewiele. Na szczęście koniec jest coraz bliżej, jeszcze ostatnie pokopanie się z rywalami i wychodzimy.

Czas 19:33 to bardzo dobrze jak na mnie, w poprzednich startach z wody wychodziłem w 70-80 proc stawki, tym razem zmieściłem się w połowie. Na dodatek chyba nieźle szła mi nawigacja, bo ani razu nie musiałem jakoś mocno się korygować. Po stronie minusów tłok i brak możliwości złapania rytmu, oddychania na trzy nawet nie próbowałem.

Pływanie: 0,95 km (zmierzone 0,97 km) / czas 19:33 / m-ce 228 z 459 (49,7%)

Rower – a miało być tak pięknie…
Pimpuś na miejscu, klik-klak butów i lecimy. Hmmm, a co to za dźwięk? Przy każdym obrocie koła coś trzaska o szprychy. Paczam, paczam i… podczas załadunku/rozładunku Bo przesunęła mi czujnik kadencji i prędkości i teraz nie dość, że nie mam odczytu kadencji, to jeszcze czujnik stuka o szprychy. Ach, te drobnostki, te złośliwości…

Zatrzymać się i poprawiać? Ojtam-ojtam. Po sobotnim objeździe trasy wiem, że na początkowym odcinku nie da się rozwinąć sensownej prędkości, ale żebym jechał 24-25 km/h?! Ciasno, trzeba nauczyć się szybciej pływać, by mieć luz na trasie rowerowej. Pierwszy kilometr w 2:35, będzie co nadrabiać… Po labiryncie uliczek na początkowym odcinku już na pierwszej prostej wciskam pedały w glebę i wykorzystując lekką górkę, rozpędzam się do 45 km/h z przerażeniem zauważając, że tętno jest już w trzecim zakresie, olaboga, co się będzie dziś działo… Pik-pik, Garmin zaliczył pierwszą piątkę. Czas 9:40, czyli średnia 31 km/h. Łomatko, to ja regeneracyjne rozjazdy szybciej jeżdżę…:/

Wkurw dodaje sił. Przede mną 6 km prostej drogi, którą znam. Zerkam na Pimpusia i mówię mu, że to teraz. Że to jest ta chwila, w której jego moc jest mi kurewsko potrzebna. Układam się na lemondce, powtarzam bolącym plecom, by spier… na drzewo i przyśpieszam. Łapię prędkość przelotową w okolicy 38 km/h, tętno się w miarę stabilizuje i jakoś jadę, ale przyjemności z tej jazdy wiele nie ma. Plecy bolą, na dodatek równą jazdę utrudnia tłok na trasie.

Pimpulo niewiele mógł pomóc, noga wyraźnie nie chciała podawać... / fot. Sportografia
Pimpulo niewiele mógł pomóc, noga wyraźnie nie chciała podawać… / fot. Sportografia

5 km w 7:58 (średnia 37,7 km/h), kolejne, z nawrotką, w 8:15 (36,3 km/h) też niezłe, a następne w 8:06 (37,1 km/h). Gdyby dało się tak jechać cały czas, cel bym zrealizował… Gdyby. Ale przy mocniejszej pracy nóg, ból pleców się nasila, przecież kuźwa nie zwolnię! Doganiam Bartka, którego miałem nadzieję złapać dopiero na biegu, a tu spotykamy się już na rowerze. Moje towarzystwo chyba go motywuje do pracy, bo po paru chwilach mnie wyprzedza. Tak się trochę tasujemy, ale w końcu uciekam. Ciasnota taka, że przepisowych 7 metrów nie da się cały czas trzymać, ale na koło nikomu nie wjeżdżam, choć i takich osób nie brakowało niestety.:/

Wracamy w okolice Zalesia, a tam znów te chrzanione wąskie uliczki i zakręty, na których część osób zwalnia do 25 km/h i ni chu-chu w bezpieczny sposób nie umiem ich wyprzedzić. Frustracja sięga zenitu, a rwane tempo (na prostych staram się docisnąć, potem luzuję jak się robi tłoczno przy skrętach) mocno męczy. Plusem przejazdu przez okolice strefy zmian są kibice. Tu Aga z Michałem, a tam NKŚ i cała reszta się przewija. Czasem słyszę „Dawaj Krasuuuuuus!”, ale nie potrafię określić kto to. Każdej z tych osób należy się złoty medal, DZIĘKUJĘ!

Kibice kibicami, ale przez te zakręty i wąskości kolejna piątka znów jest słaba (31,8 km/h). Na długiej prostej nie idzie mi już tak dobrze, chyba wiatr zaczął wiać, a ból pleców nie pomaga. Kolejne dwie piątki w równo 8:36, czyli średnia nieco poniżej 35 km/h. O wymarzonym czasie na rowerze już dawno zapomniałem. Powrotne 5 km z Piskórki jeszcze jest sensowne (8:06 @ 37 km/h), ale wiele już nie poprawię. Na zakrętach w Zalesiu jestem już mocno wkurzony i trochę ryzykuję wyprzedzając tu i tam, w efekcie ostatnie 5 km wpada ze średnią 34,1 km/h.

Podczas treningów 45-50 km bez większej napiny jeździłem ze średnią prędkością 35,5 km/h, liczyłem więc, że na zawodach utrzymam 36 a może nawet 37, co dałoby mi czas 1:13-1:14 – fiufiu. Podczas tri-debiutu w Mrągowie byłem zachwycony etapem rowerowym – w trudnych warunkach (deszcz) pojechałem go na luzie, a poszedł mi świetnie. W trakcie śpiewałem Zuzie Happysad: „że od końców naszych stóp / po końce naszych dłoni / do końca świata, aż po grób” – tak mi to jakoś pasowało to rowerowego flow, który odczuwałem. Tym razem mój rower podsumować można inną piosenką tego zespołu: „A miało być tak pięknie / Miało nie wiać w oczy nam / I ociekać szczęściem / Miało być sto lat, sto lat!”. Nie da się ukryć, że etap rowerowy był dla mnie sporym zawodem. Czas 1:18:10 (średnia niecałe 35 km/h) i 119 miejsce (26 proc.) to wynik w mocnej stawce zawodników niezły, ale liczyłem na kilka minut mniej. Trzy minuty i byłbym usatysfakcjonowany z czasu i miejsca. Rower kończyłem z mocno bolącymi plecami i wiedziałem, że bieg, zamiast radością jak w rzeczonym Mrągowie, będzie męczarnią.
Rower: 45 km (zmierzone 45,3 km) / czas 1:18:10 / m-ce 119 z 459 (25,9%)

Bieg – niech to się już skończy…
I jest męczarnią od pierwszych kroków. Wypadając ze strefy zmian trafiam akurat na „sąsiada” ze wsi obok, Łukasza Grassa. Wiem, że w bieganiu jestem mocniejszy, więc łapię się go i postanawiam wykorzystać do wdrożenia się w sensowne tempo. Takiego wała jak Polska cała! Po 300 metrach mogę już tylko Łukaszowi oglądać plecy. Sensowne tempo trzymam jeszcze przez kilometr-półtora, potem jest tylko gorzej. Ból pleców wciska łzy w oczy, dobrze, że mam pĄ-okulary i tego nie widać. Że też nie mają one klimatyzacji, bo upał daje się we znaki od pierwszych metrów biegu. Wiem, że w związku z piekącym słońcem będę też cierpiał przez kilka kolejnych dni, bo moje uczulenie na słońce (super opcja dla osoby uprawiającej sporty wytrzymałościowe, nie?) na pewno da o sobie znać.

Kilkaset metrów z Łukaszem to najszybszy odcinek mojego biegu. / fot. Maciek R.
Kilkaset metrów z Łukaszem to najszybszy odcinek mojego biegu. / fot. Maciek R.

Doganiając na drugim kółku Bo (na szczęście ona była na pierwszym, uffff!) nie mam nawet siły zagadać. Nie pamiętam, ale chyba rzuciłem tylko jakimś brzydkim wyrazem na pogodę i plecy. Te próbuję ratować painkillerem od nieocenionej NKŚ. Aby popić tabletkę przechodzę do marszu, na dwie sekundy nawet staję i przypominam sobie, że na zawodach biegowych do marszu nie przeszedłem od Maratonu Warszawskiego 2012, kiedy to żołądkowe nieprzyjemności zmusiły mnie do wizyty w tojku. Triathlon to jednak zimna suka, nie ma co. Mam ochotę nie tylko przemaszerować parę metrów, ale w ogóle zrezygnować. Nie tylko z tej trasy (cień, zimna woda w jeziorku…), ale w ogóle z tri. Po co mi to? Po jaką cholerę się męczę? Przypominam sobie, co Ava napisała mi na rano na Fejsiku (lajkujemy!).

Kiedy duch i serce jest silniejsze niż ciało
to ból wśród nieszczęść uczynił Cię skałą.
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość,
Ty wśród nich wyciągasz dłoń po wygraną.

Nie mogę zejść. Szczególnie, że wśród kibiców jest tyle znajomych! Avę i Wojtka uściskałem przed startem pływania, chwilę wcześniej Agę i Michała, aż mnie ciary przeszły jak ich zobaczyłem! Chciało im się tu przyjechać, chciało im się stać, wspierać, krzyczeć! Jedni mimo braku czasu, inni mimo choroby! Ludzie, JESTEŚCIE WIELCY! Na biegu wyłapują mnie Marta z Maćkiem. Takie niespodzianki dodają najwięcej kopa. Do tego Asia, Krzychu, Tomek i wiele innych osób, których moja pamięć teraz nie jest w stanie wymienić. Przecież nie mogę ich rozczarować! Biegnij, biegnij, biegnij!

I jeszcze Aśka. Wiedziałem, że się pojawi, bo jej Kuba debiutuje w triathlonie, ale takiego czegoś się nie spodziewałem.

Bo, nie masz szans:D
Bo, nie masz szans:D

Przyznacie, że nie można było zrezygnować, nie? Na wolnym od kibiców odcinku ciągnęła mnie… koszulka. Ale nie zwykła, tylko pĄ-koszulka! Założenie jej na tri-strój było może nie do końca rozsądne w zestawieniu ze skwarem jaki panował w Zalesiu, ale mojej głowie to pomogło. Poddać się reprezentując Smashing Pąpkins? Nie wchodzi w grę!

=== === ===

Mniej lub bardziej kojarzycie Darka Strychalskiego. To niepełnosprawny biegacz, którego marzeniem jest ukończyć morderczy ultramaraton Badwater w USA. To 217 kilometrów w warunkach, w których niedzielne Piaseczno to wakacje pod palmami. To oczywiście sporo kosztuje. Pomożecie? Zrobimy tak: nim przejdziecie do dalszej części relacji klikniecie tutaj i wpłacicie parę złociszy na zbiórkę dla Darka, OK? Ja przy pisaniu relacji przelałem:)

=== === ===

Na trasie biegowej dobrej nawierzchni jest z 20 proc., a reszta to sypki piach. Są też miejsca z korzeniami. Dobrze, że wziąłem terenowe buty, ale nijak nie pomagają one na dręczący mnie upał, zmęczenie i ból pleców. Każde 100 metrów to walka. Na początku ostatniego kółka słyszę „Krasus! Gonisz Rafała!” – to Marta z Maćkiem. Zastanawiam się o jakiego Rafała chodzi. Aaaa, tego Rafała! No to ogień, szybciej-szybciej-szybciej! Doganiam. Problem tylko, że ja dyszę jak parowóz, a on sobie równo biegnie. Witamy się, ale na rozmowę nie mam siły. Biegniemy razem z 800, może 1000 metrów. Dłużej nie wytrzymuję, poddaję walkę z Rafałem i ostatnie pół kilometra pokonuję samotnie.

Skręcam w alejkę w stronę mety. Niby do końca już nie więcej niż 200 metrów. Niewiele, prawda? Szkopuł w tym, że jest pod górkę. I w głębokim piachu. Ależ organizatorzy przygotowali nam końcówkę – genialny pomysł na to, by jeszcze bardziej skopać nam tyłki!;) Oglądam się tylko za siebie, by sprawdzić, czy muszę napierniczać do wyrzygu, czy wystarczy po prostu podbiec. Na szczęście nikogo za mną nie ma, więc obserwując zegar nad linią mety kończę Garmin Iron Triathlon Piaseczno z czasem 2:29:25, a etap biegowy w 47:13.

Ostatnie metry, tętno 186 bpm, / fot. Maciek R.
Ostatnie metry, tętno 186 bpm, / fot. Maciek R.
Na mecie z Rafałem. Raz jeszcze dzięki! Gdyby nie Ty, nie dałbym rady tak pobiec ostatniego kółka! / fot. Sportografia.pl
Na mecie z Rafałem. Raz jeszcze dzięki! Gdyby nie Ty, nie dałbym rady tak pobiec ostatniego kółka! / fot. Sportografia.pl

Z biegania jestem bardzo niezadowolony. Owszem, trasa była bardzo trudna, ale osoby na podobnym mi poziomie robiły ją w 45-46 minut. I dopiero pisząc relację uświadomiłem sobie, co stało za moją porażką. Wróćmy do początku trasy biegowej: „Wypadając ze strefy zmian trafiam akurat na swojego „sąsiada” ze wsi obok, Łukasza Grassa. Wiem, że w bieganiu jestem mocniejszy, więc łapię się go i postanawiam wykorzystać do wdrożenia się w sensowne tempo”. A debiutującym kolegom powtarzałem: „pamiętaj zacząć bieganie spokojnie, pierwsze kilkaset metrów o minutę na kilometr wolniej niż tempo docelowe”. Tak też trenowałem zakładki: początek po 5:00, potem kilkaset metrów po około 5:00 i powoli przyśpieszamy. Na docelowe poniżej 4:00 wchodziłem zwykle po około 1,5 km. A co durny Krasus zrobił w Piasecznie? Dosypał do pieca już na pierwszych metrach (tempo jakieś 3:50:/) i potem ómarł w butach. Nie ma jak się wymądrzać przed innymi, a samemu zachować się jak ostatni patafian. Wystarczyło się nie zarżnąć na pierwszym kilometrze, a nie dość, że osiągnąłbym lepszy wynik, to jeszcze pewnie biegłoby mi się przyjemniej.

Bieg: 10,55 km (zmierzone 10,8 km) / czas 47:13 / m-ce 48 z 459 (10,5%)

Strefy zmian – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej
Kolejnym błędem jaki popełniłem było rozwiązanie sobie butów biegowych (normalnie zostawiam je zawiązane i mam małą łyżkę do butów), parę sekund na to poszło. Ale i tak w strefach zmian zrobiłem wielki postęp w relacji do swoich poprzednich występów – w T1 prawie zmieściłem się w ćwiartce najszybszych (w debiutanckim Mrągowie było to 81 proc., hehe), a w T2 w jednej trzeciej. 1:46 przy drugiej zmianie można było poprawić o szybsze założenie butów i brak zakręcenia się z okularami (najpierw chciałem je zdjąć, a potem zdecydowałem się jednak zabrać). Dramatu nie ma, ale strefy zmian będę jeszcze dopracowywał. Zadowolony jestem o tyle, że na zdjęciach z biegu od wody do T1 widać, że jak ja mam już piankę prawie zdjętą, to inni dopiero ją rozpinają.

Strefa zmian T1: czas 2:42 / m-ce 119 z 459 (25,9%)
Strefa zmian T2: czas 1:47 / m-ce 148 z 459 (32,2%)

W strefie zmian liczy się każda sekunda!
W strefie zmian liczy się każda sekunda!

Garmin Iron Triathlon w Piasecznie był bardzo mocno obsadzoną imprezą, a mimo to udało mi się zrobić (w ujęciu procentowym) najlepszy swój dotychczas wynik. Nie jestem jednak z niego zadowolony, bo wiem, że stać mnie na więcej. Owszem, na wymarzone 2:20 nie było szans ze względu na trudność trasy biegowej i rowerowy labirynt, ale te 2-3 min. na rowerze oraz 2-3 min. na biegu powinienem był urwać. Czas 2:25 dałby mi ok. 60. pozycję i pełne zadowolenie z rezultatu. Cieszyć na pewno mogę się z wyniku pływania, narzekać nie zamierzam na strefy zmian. Potem po prostu chyba… nie miałem dnia. Splot nieszczęśliwych okoliczności i stres, że nie idzie po mojej myśli sprawiły, że szło jeszcze gorzej. Na biegu miast odrobić stratę, zacząłem od żenującego błędu i było pozamiatane.

Niestety, przez utrzymujący się przez większość trasy ból pleców, nie odczuwałem przyjemności i radości z tych zawodów. Cierpiałem, walczyłem ze sobą i swoimi słabościami. Nie do końca potrafię określić, czy tę walkę wygrałem. Chyba padł remis. Triathlon to niesamowicie trudny sport i po raz kolejny pokazał mi, że potrzebuję czuć wobec niego więcej pokory. Nie można sobie go zaplanować jak maratonu co do minuty, bo niespodzianek jest tyle, że często się coś skitra. Przez pierwsze dwa dni po Piasecznie miałem go dość i nawet myśli, że już nigdy nigdzie nie wystartuję. Ale mi przeszło i nie mogę doczekać się kolejnych zawodów, szczególnie, że będą to TE ZAWODY. Wielki Wyścig…:)

Łącznie: czas 2:29:25 / m-ce 93 z 459 (20,3%)

A sam Garmin Iron Triathlon Piaseczno? Nie to, że było źle. Ale na chwilę obecną nie mam ochoty startować tam za rok. Organizacyjnie LaboSport stanął na wysokości zadania. Wszystko było na tip-top, a tony owoców na mecie wystarczyły dla każdego uczestnika. Do tego losowanie nagród dla każdego, dekoracje wielu kategoriach wiekowych i ogólnie pełna profeska. Niestety, do pięt organizatorom nie dorasta miejsce, w którym GIT P się odbył. Tu i tam szeptało się, że była to impreza robiona na siłę i trochę tak wyglądało. Bliskość Warszawy sprawiła, że na zawodach pojawiło się wielu mocnych zawodników i ich kibiców, pod kątem towarzyskim były to fantastyczne zawody. Nie śniłem nawet o sytuacji, w której podchodzi do mnie ładna dziewczyna i mówi, że wczoraj dopisała się do mojej dziewczyńskiej drużyny (a Ty jesteś zapisana? Nie?! No to klikaj!) i w ogóle lubi mojego bloga:) Och, och, moja próżność była tego dnia łechtana i to kilka razy. No i razem z Bo udzieliliśmy wywiadu dla TV organizatorów, ale skrytykowałem tam trasy, więc pewnie tego nie wyemitują;) A tak ładnie opowiadaliśmy o Wielkim Wyścigu i Smashing Pąpkins.

Błysk fleszy, kamera i... zdziwienie reporterki gdy zacząłem mówić o tym, że zamierzam Bo podłożyć nogę i próbowałem ją wepchnąć pod samochód;) / fot. Sportografia.pl
Błysk fleszy, kamera i… zdziwienie reporterki gdy zacząłem mówić o tym, że zamierzam Bo podłożyć nogę i próbowałem ją wepchnąć pod samochód;) / fot. Sportografia.pl
Bez durnych fotek nie ma zabawy! / fot. ktoś z tłumu
Bez durnych fotek nie ma zabawy! / fot. ktoś z tłumu
Żałuję przeogromnie, że nie ogarnąłem sprawy i nie ze wszystkimi kibicami mam zdjęcie. Byłby chyba rekord!
Żałuję przeogromnie, że nie ogarnąłem sprawy i nie ze wszystkimi kibicami mam zdjęcie. Byłby chyba rekord!

Pojemność zbiornika wodnego i trasy rowerowej zupełnie nie przystawała do liczby uczestników. Było tam miejsca dla 150, a nie 450 osób. Na trasie biegowej za ciasno już nie było, a fajnie ułożone pętle dawały możliwość częstego spotkania z kibicami, a to bardzo ważne:) Szkoda tylko, że przed zawodami nie zostało jasno i głośno (najlepiej w regulaminie!) powiedziane, jaka będzie nawierzchnia tej trasy. Większość uczestników spodziewała się raczej czegoś twardszego niż sypki piasek. Niedoścignionym wzorem tras nadal pozostaje dla mnie PozTri, który był areną ubiegłorocznego Wielkiego Wyścigu.

A jak jesteśmy przy Wielkim Wyścigu, to czas na rozstrzygnięcie kĄkursów!:) Wyniki dwóch ogłosiła u siebie Bo, ja za chwilę rozdam kolejne dwie książki od od wydawnictwa Septem należącego do Grupy Helion.

1) „Triatlon od A do Z” za najtrafniejsze wytypowanie mojej straty do najszybszej kobiety (Paulina Kotfica, 2:13:35) otrzymuje Pecado, który typował 16:08, a rzeczywiście wyszło 15:50. Wielkie gratulacje, to był dobry strzał!:)

2) Książka „Ironman. 24 tygodnie przygotowań do triatlonu długodystansowego” pofrunie do Sirio, który został wylosowany spośród wszystkich uczestników naszych piaseczyńskich. GRATULUJĘ i proszę zwycięzców o kontakt:)

=== === ===   K O N K U R S   === === === 

Żeby coś się działo, mam dla Was kolejny kĄkurs!:) Tym razem do wzięcia są dwa pakiety startowe w zaplanowanym na 8 czerwca br. biegu Runbertów (lubimy fanpejdża biegu oraz organizatorów. Jest to bieg na 5 km na warszawskim Rembertowie z atestowaną trasą oraz towarzyszącym mu biegiem dla dzieci. Sam nie wystartuję, bo pędzę wtedy w Tatry na Bieg Marduły, czekając więc na Was dwa pakiety:) Pobiec na Rembertowie możecie jeśli ułożycie krótką i fajną rymowankę z użyciem nazwy biegu: Runbertów. Rymowanki publikujcie tu w komentarzach pod postem, na moim FB bądź na stronie biegu na Fejsiku oznaczając, że to na mój konkurs (orgom na pewno się spodoba jak walla wzbogacą im ładne wierszyki!). Oczywiście w rymowankach możecie nazwę odmieniać. Dwa najfajniejsze wierszyki wybierze żiry w składzie: organizatorzy i ja. Wykazywać się poezją możecie do końca tego tygodnia (niedziela w czerwca, 23:59).

Na rozgrzewkę rzucam: „Runbertów biegiem pokonam, nie zatrzymam się choćbym skonał!” Proste?;) Do dzieła!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym widzimy się w Piasecznie
Następny artykułTen z warszawskimi górami po raz drugi
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

34 KOMENTARZY

  1. Życiówkę zrobię na Runbertowie, a za pakiet podziękuję Tobie! A triathlonu muszę kiedyś spróbować, wygląda dobrze;-)

  2. Przeczytałem relację Bo, a tam ani słowa o piance tył-na-przód :)<br />Teraz jak wygrałem książkę i ją przeczytam to już nie ma odwrotu. Czas zbierać na rower i nauczyć się pływać :)<br />Gratuluję wyników, nagrodę odbiorę osobiście :)

  3. Oj Krasus, Krasus przeczytałam od a do z i naprawdę podziwiam Cię chłopie za wolę walki w trudnych chwilach. Chyba muszę się tego od Ciebie nauczyć, bo niestety z reguły biegam z marginesem bezpieczeństwa i zapasu, Daleś radę super jak na tak niesprzyjające warunki (plecy, dupna trasa, upał) a to początek sezonu i teraz już będzie lepiej :) Gratulalok jak mawiają Węgrzy ;-) <br />ps. to chyba

    • Oj mocno mnie te okularki wystraszyły, ale uznałem, że skoro nie czuję jakiegoś przeraźliwego bólu, to chyba źle nie jest i zajmę się tym po wyściu z wody. Na innych zawodach aż takiego dramatu z pralką nie było, bo stawka miała się gdzie rozciągnąć, a tu co chwila zakręt albo ten mostek… <br /><br />Ava, a może na Runbertów się skusisz?;) Dawaj wierszyk!

    • 8 czerwca a może 7 czerwca to ja będę miała znów RUN Świętokrzyski – tym razem nauka biegania pod górę z kijkami i wyszukiwanie najdłuższych i najbardziej wkur… jących podbiegów ;-)

    • Ależ Ty mi imponujesz tymi swoimi treningami.. brawo! Mi ciągle coś wypada i z kilku weekendów, które przed Karko planowałem spędzić w górach wyjdzie chyba okrągłe pieprzone zero.. :/

  4. Swietna relacja i niesamowity Krasus:-) Taplanie sie w wodzie nawet na zdjeciu wyglada komicznie,dlatego nie dziwie sie,ze kibice pekali ze smiechu;-) Ale PRZEZYLES ! Oczywiscie by wygrac Wielki Wyscig,gdzie w okolicy Domu Slaskiego bede ja z mama Cie dopingowac ! Brawo !

  5. Fajnie się czyta Wasze tri-relacje, zwłaszcza jak lada moment samemu się startuje po raz pierwszy. Żeby zacząć biec wolniej, to muszę sobie zapamiętać, bo na zakładkach niestety nogi &#39;mnie niosły&#39; po zejściu z roweru. <br />Zdjęcie jak maszerujecie w wodzie mnie rozbroiło, zresztą tak samo jak ten piach przed metą :) <br />Jestem po wrażeniem Twojego wyniku. I nie mam wątpliwości, że go

    • Na treningach robię tak, że najpierw kilkaset metrów biegnę ok minuty wolniej od tempa docelowego, kolejne kilkaset metrów 40s wolniej, kilkaset 20s wolniej i dopiero po 1-1,5 km wchodzę na odpowiednią prędkość. Tu jak skończony dureń ruszyłem za Łukaszem od razu po 3:50… :/

  6. Natchnęło mnie wczoraj, przy czytaniu tej relacji na telefonie, na wierszyk. Nie jest może mega składny, ale jest :) Gratuluję tri, dla mnie to jest niesamowity wyczyn, chociaż każdy z tych sportów oddzielnie lubię i uprawiam.<br /><br />Byłam rok temu już w Rembertowie<br />zrobiłam życiówkę, lecz nie zawdzięczam jej soie.<br />Trasę skrócili ile się dało,<br />potem mówili, że nic się nie stało

  7. Runbertów to moja piątka będzie<br />O moim wyniku napiszą wszędzie!<br />Fakty, Wyborcza, Rzepa i Parkiet<br />Niech tylko dostanę w swe łapy pakiet.

  8. Gratulacje Krasus, że pokonałeś te zgrzyty, piachy, ból i zniechęcenie. Każdy ma takie momenty i fajnie że o tym piszesz, może kiedyś kiedy ja będę się zmagać ze swoimi będzie trochę ławiej? :)<br /><br />I mam wierszyk! Spóźniony ale ma nawet rymy a to wiadomo, wymaga czasu! :P<br /><br />Norbert goni Grubą Bertę<br />Bernard rwie tuż za Robertem,<br />&quot;Rychlej rychlej!&quot; – ryczy fan<

  9. trochę mi zajęło, ale z przyjemnością przeczytałam całość. W związku z tym, że czytałam na raty i zostawiłam sobie otwartą zakładkę w lapku, na czytanie załapał się też i mój facet, który zafascynowany Twoją relacją twardo obwieścił &quot;też tak chcę&quot; i z większym natężeniem niż zwykle zaczął chodzić na pływalnię. Po tym wstępie – gratuluję! Dobrych czasów, a przede wszystkim wytrwałości i

    • Olu, cóż za miłe słowa, dziękuję!!:) Trzymam kciuki i życzę powodzenia Twojej połówce. Tri to cholernie trudny i skomplikowany sport, ale jaką nieziemną przyjemność i satysfakcję potrafi dawać!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here