Bywają takie dni, gdy potrzebuję solidnie przetrawić emocje, które mi się zgromadziły w związku z jakimś startem, bo nie jestem w stanie od razu usiąść i przelać ich na papier / ekran komputera i się z Wami nimi podzielić. Wyobrażacie sobie, jak ciężko jest je to ogarnąć, gdy w ciągu trzech dni wystartowałem trzy razy?:) Tak, to był taki weekend. Kurde blaszka, to był weekend nad weekendami. Kto śledzi Fejsunia ten większość wie, ale warto usystematyzować, bo się działo, oj działo…

PIĄTEK, 1000 m na bieżni w Warsaw Track Cup (Agrykola)
Rok temu zakochałem się w Warsaw Track Cup. To wieczorna impreza, w której można się ścigać na krótkich (jak dla nas) dystansach: 1000, 1500 lub 3000 metrów oraz w sztafecie. W tym roku udało się wygospodarować piątkowy wieczór na to, by wrócić na agrykolową bieżnię i ponownie zmierzyć się z tysiakiem. Przez ostatni rok znacząco poprawiłem wyniki na wszystkich dystansach (20 min. w maratonie robi różnicę), uznałem więc, że 3:05,7 z 2013 r. bez większego problemu pobiję. W planach i marzeniach miałem 2:51, co pozwoliłoby mi poprawić wyniki Łukasza i Olka z ObozówBiegowych.pl, od zawsze bowiem wiadomo, że ściganie się z kolegami to jedno z moich ulubionych zajęć, a dwaj w/w to bardzo mocni konkurenci!

Chłopaki biegają o niebo szybciej ode mnie, zgodzili się na wspólne zdjęcie pod warunkiem, że będę wyglądał głupiej niż oni. Nie udało mi się!

Siły miały dodać mi pĄ-koszulka na klacie, różowe skarpy z Lidla oraz błyskające czerwienią pro-sznurówki w ultra lekkich i szybkich krwistoczerwonych Minimusach. Niestety, w pysze i wierze w swoje możliwości zapomniałem o jednym: treningach. Tak, tak, przez ostatnie pół roku zrobiłem jeden trening szybkościowy. To chyba trochę za mało;) Efekt był taki, że już na starcie przysnąłem i za wolno ruszyłem, ktoś podłożył mi nogę (podejrzewam, że był to jakiś tajny wysłaniec Bo?) i wypadłem na chwilę z rytmu, potem dałem się zamknąć na wewnętrznym torze i po 200 metrach (w prawie 39 sekund, dramat!) przede mną była większość zawodników.

Ale był jeszcze czas, by zrobić niezły wynik. Niestety, nieprzyzwyczajone do takie wysiłku nogi nie były skłonne do współpracy i choć udało się wyprzedzić większość zawodników i ostatnie 400 metrów przebiec dość szybko (w tempie poniżej 3:00), to w swojej serii zająłem dopiero piąte miejsce z czasem 3:08, o ponad 2 sek. słabszym od ubiegłorocznego. Porażka na całej linii…

Finisz mi się udał, końcówę pobiegłem naprawdę nieźle, a to zdjęcie jest kapitalne / fot. Sportografia.pl

To były najsłabsze trzy minuty tego wieczoru, który na szczęście… trwał dużo dłużej! WTC to takie specyficzne zawody, gdzie wszystko dzieje się na małej powierzchni, a liczba znajomych twarzy na metr kwadratowy znacząco przekracza średnią. Od wejścia na teren Agrykoli do zdjęcia plecaka przeszedłem jakieś 200 metrów, a zdążyłem uścisnąć co najmniej kilkanaście dłoni. Potem kolejne i kolejne. Niektórzy dorobili się nowej tapety w telefonie, inni wzbogacili swoją kolekcję zdjęć o wyjątkowo durne fotki. Już nie mogę się doczekać kolejnej edycji, a po cichu modlę się, by data następnego WTC została jeszcze zmieniona, bo sobota wieczór to naprawdę kiepski pomysł.

Agrykolowe samojebki zdominowały ObozyBiegowe.pl:)

SOBOTA, 10 km (Accreo Ekiden) w barwach Home Broker Running Team (Kępa Potocka)
Trzy starty w jeden weekend – dużo za dużo jak dla mnie, ale nie miałem za bardzo wyjścia, skoro dostałem polecenie służbowe uczestniczenia w firmowej sztafecie;) Po konsultacji z ekspertami uznałem, że jeśli w sobotę będę się trzymał drugiego zakresu i nie przekroczę progu anaerobowego, to nic złego stać się nie powinno i sił na niedzielę wystarczy. Analiza dotychczasowych startów wykazała, że mogę pobiec ok. 40:30-41 minut.

No to start! Był to bieg w zupełnie obcym mi stylu. Praktycznie zawsze biegam na maksa i nie zauważam wówczas otoczenia, a na zdjęciach wychodzę jak zombie. W sobotę biegłem w miarę na luzaku, był więc czas i siły by dokładnie przyjrzeć się Kępie Potockiej i wygłupiać się przed fotografami. Całe 10 kilometrów było wielką radością z biegania. Przyśpieszałem tylko przy strefie zmian, by ładnie wyglądać przed kibicującymi dziewczynami;)

Jest moc, jest radość z biegania, kocham to:)

Dopiero pod koniec nie wytrzymałem i ostatnią pętlę (2,5 km) trochę docisnąłem (średnie tempo 3:50), w efekcie wpadając na metę z czasem 40:15. Reszta chłopaków też spisała się na medal (a nawet sześć medali!) i zawody ukończyliśmy z czasem 3:03:31, o kilkanaście minut lepszym niż rok wcześniej (63 pozycja na 767 sztafet). Szacun na dzielni, bo na tle innych firm z branży finansowo-nieruchomościowej wypadliśmy naprawdę świetnie. Miałem trochę obaw o regenerację, ale wyszło całkiem nieźle, a wieczorny towarzyski wypad na miasto (znacie Spiskowców Rozkoszy? Nie, to musicie poznać!) na pewno pomógł.

NIEDZIELA, 10 km (Accreo Ekiden) w barwach Blogaczy Szybkich (Kępa Potocka)
A w niedzielę wisienka na torcie tego biegowego weekendu: ekipa Blogaczy wyznaczyła sobie ambitny cel: złamać na Ekidenie trzy godziny. Analiza naszych możliwości wskazywała, że powinno się to udać, ale to przecież sześć osób, wiele mogło się wydarzyć, więc do zadania podeszliśmy bardzo poważnie.

Wyposażeni w drużynowe koszulki od Brubecka (love Kaśka) wyruszyliśmy na trasę. Najpierw Maniek, który by przebiec 7,2 km przyjechał aż z dalekiego Głogowa (pobudka o 2:30, łapiecie?)! Cisnął jak mógł i wycisnął: 30:03! Potem pałeczkę (a właściwie to szarfę) przejął Leszek, który mimo totalnego braku sił już na pierwszym kółku, walczył do upadłego i do mety dowiózł wynik 44:37. Znacząco zmniejszyło to nasz margines błędu, ale nadal byliśmy pełni wiary w to, że cel uda się zrealizować.

Pamiętacie Półmaraton Warszawski 2014 i radość, jaką sprawiły mi Emilia i Kasia na szczycie Agrykoli? To właśnie ten transparent miały!

Przyszła pora na mnie. Szarfa na ramiona i lecimy. Najpierw ostrożnie, by się nie zakwasić, pierwszy kilometr w 4:00. Potem coraz szybciej i szybciej. Na szczęście przestało prażyć słońce, ale dla mnie i tak było za ciepło jak na szybkie bieganie (16, może 18 stopni), na dodatek solidnie wiało, a kilka ostrych zakrętów na trasie skutecznie potrafiło wybić z rytmu. Zdarzali się też królewicze i królewny, którzy biegnąc w kilka osób całą szerokością trasy blokowali szybszym wyprzedzanie/dublowanie. Od razu wiedziałem, że życiówki na 10 km nie będzie, za cel postawiłem sobie zejść poniżej 39 min., co było celem ambitnym, ale zdawało się, że realnym.

Po rozgrzewkowym pierwszym kilometrze wszedłem na docelową intensywność, a tempo regulowałem zależnie od nachylenia terenu, wiatru i… kibiców. Jako że Accreo Ekiden odbywał się w parku Kępa Potocka na 2,5-km pętli, to każde miejsce mijaliśmy czterokrotnie. Przy strefie zmian był tłum i to naprawdę dodawało skrzydeł. Na dodatek Blogacze niespodziewanie pojawiali się w różnych innych punktach trasy i wtedy nogi same przebierały szybciej;)

Na połowie dystansu miałem 19:35, ale ja zawsze przyśpieszam w drugiej części, więc 39 było raczej niezagrożone. Ostatnie kółko to już ostra walka o każdą sekundę. Jeszcze kilometr do mety, rozpoczynam finisz. 500 metrów, jeszcze łuk wokół Łachy Potockiej i będzie ostatnia prosta! Meta już widoczna, na zegarku tempo w okolicy 3 min/km, widzę Wojtka! Przekazuję mu szarfę i na macie zatrzymuję stoper: 38:49. Potrzebuję dobrej minuty by ochłonąć, ale jestem zadowolony: mission completed!

Kolejne pętle zrobiłem tak: 9:49, 9:46, 9:45, 9:29. Jestem z tego bardzo zadowolony. Pierwsze trzy niemal idealnie równo, a czwarta z ostrym przyśpieszeniem na końcu.

Wracam do naszego blogaczowego obozowiska i idziemy kibicować Wojtkowi, który dla 5 km biegania przyjechał z Poznania – szacun! Biegnąc miałem wrażenie, że Blogacze robią jeden z największych hałasów i teraz się to potwierdza. Staramy się dopingować każdego, ale gdy zbliża się ktoś od nas, to jest naprawdę głośno! Po Wojtku (20:57) szarfę łapie Hania, która przed startem zaklinała się, że ona nie wie jak pobiegnie, żeby nie mieć do niej żalu itd. A tymczasem mknie jak strzała i do mety dociera w 22:22!

A na końcu Przemo. Właściwie to od niego wszystko zależy, ależ wziął na siebie ciężar! Abyśmy zmieścili się w trójce, musi zejść poniżej 23:15. Niby spokojnie leży to w jego zasięgu, ale wiecie jak jest, wszystko może się zdarzyć! Po pierwszej pętli jest dobrze, ma spory zapas! Tłumnie kibicujemy mu na ostatnim okrążeniu, a Przemek niczym na skrzydłach mija metę z czasem 22:34, co na głównym wyświetlaczu oznacza 2:59:18, udało się! Jest radość, gratulacje, duma i 48 miejsce na 767 drużyn.

Meta Blogaczy Szybkich…
Teraz skupiamy się na wspieraniu Blogaczy Wściekłych, którzy w swoim składzie mają: Michała, Asię, Staszka (mąż „naszej” Hani), Ren, Wiolę i Emilię. Szczególnej Waszej uwadze polecam gwiazdę ekipy, biegnącą w dwupaku Emilię! Lekarz pozwolił jej na tempo konwersacyjne, więc by jej tę konwersację umożliwić, postanowiłem przetruchtać trasę razem z nią. Kilometry lecą, a kibicujący Emilii Blogacze szaleją na trasie. Tłum na długiej prostej przy Wisłostradzie, tłum przy strefie zmian i jeszcze Przemo wyskakujący z krzaczorów na 500 metrów przed metą;) Z rękoma w górze Emilia wbiega na metę, a Wściekli kończą zawody z kapitalnym czasem 3:43:47, który dał im 468 pozycję na 767 sztafet.
… i wściekłych.

Potem jeszcze pogaduchy przy piwie w Południku Zero (Serio nie znacie tego miejsca? Żałujcie i poznajcie, bo warto!) i do domu na zasłużoną regenerację po najfajniejszym sportowym weekendzie ever. Bo choć jeśli chodzi o indywidualne wyniki szału nie było, to rezultaty obu moich sztafet, a przede wszystkim walor towarzyski tych trzech dni, były na mistrzowskim poziomie. I o to chodzi:)

Jedne zawody, a tyle zdjęć!!
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym warto biegać w Oławie
Następny artykułTen, w którym Bo nie ma żadnych szans!
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

9 KOMENTARZY

  1. Krasus również myślałem że moje 2:53 z poprzedniego roku to pikuś i będzie szybciej a tu zonk i tylko 2:56. Tylko że Ty zrobiłeś mega wytrzymałość w tym roku i na dystansach długich deklasujesz :) Tak że nie ma na co narzekać :)

    • Dokładnie. Byłem bardzo wkurzony za linią mety, ale jak się zastanowić to ja nie miałem żadnych szans ani podstaw, by nabiegać na 1km dobry wynik;) Ale zrewanżuję się jeszcze temu dystansowi, oj, zrewanżuję!!

    • W pierwszym odruchu chciałem napisać: "jeszcze będą w tym roku trzy edycje", ale mi się przypomniało..;) Naprawdę warto, to pod każdym względem świetna zabawa (no, w moim wypadku tym razem świetnie było poza samym biegiem, hehe)

Pozostaw odpowiedź Karolina Franieczek Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here