Co za skupienie na twarzy! / fot. Ilona Wicherkiewicz

Bywają takie imprezy, w których człowiek zakochuje się od pierwszego wejrzenia wystartowania. Zadurza się w wyjątkowej trasie, unikalnej atmosferze i duszy, jakiej przeciętne zawody nie posiadają. Tak było z Monte Kazurą. Wpadłem jak śliwka w kompot! Nic więc dziwnego, że mimo zaledwie jednego dnia odpoczynku po zmordowaniu się w Piasecznie, stanąłem na starcie drugiej edycji.

Ta akurat górka jest tworem sztucznym, a nie jak np. Falenica dziełem matki natury. Kazurka została usypana kilkadziesiąt lat temu z ziemi wywiezionej z ursynowskich placów budowy. Monte Kazura to kolejny (w tej chwili naliczam już cztery) cykl biegów górskich w Warszawie, ich popularność rośnie lawinowo i wcale mnie to nie zaskakuje. A że wyścig po górkach (nawet tych mikro) jest po stokroć ciekawszy niż podbieganie nudnej jak flaki z olejem Agrykoli, to chętnych na takie zabawy nie brakuje. Monte Kazura ma zaledwie 5 km (trzy pętle), ale ze względu na brak płaskich odcinków (po płaskim jest ze 30 proc. dystansu), stromość podbiegów i zbiegów oraz częste zmiany kierunku i płaszczyzny biegu, jest wyścigiem arcytrudnym i intensywnym. Uchetać się można po same pachy, a drugą edycję ozdobiły solidne kałuże, w tym jedna, o powierzchni kilkunastu mkw., której nie dało się obiec.

Trasa prowadziła przez sam środeczek tego bajorka;) / fot. Kasica

Już na pierwszych kilkuset metrach widać było, kto jest debiutantem, a kto po Kazurce już biegał (np. w pierwszej edycji) – niektórzy wyrwali jak z procy, a potem musieli przechodzić do marszu. Mi znów udało się całość przebiec, a mimo zmęczenia Piasecznem i dość wysokiej temperatury, zrobiłem czas ledwie o kilkanaście sekund słabszy. Na pierwszym kółku spadłem w okolice 20. miejsca, ale potem powoli wyprzedzałem.

 Te muldy wyglądają niepozornie… / fot. Ilona Wicherkiewicz

W drugiej edycji wystartowało 88 osób, w pierwszej było to 56 / fot. Justyna Grzywaczewska

Na ostatnim okrążeniu najpierw dobre kilka minut sapałem w kark Ojcu Prowadzącemu tej imprezy, by w połowie kółka go wyprzedzić i odstawić na parę ładnych sekund, kończąc zawody na dziesiątej pozycji (choć w nieoficjalnych wynikach mnie nie ma, bo chyba chip na mecie nie zadziałał). W klasyfikacji generalnej liczą się trzy najlepsze występy, ale pod uwagę brane jest miejsce, a nie czas (tak jak np. w Falenicy). To każe człowiekowi myśleć strategicznie i jeśli na ostatniej płaskiej (kilkaset metrów) nie mam już szans dogonić dziewiątego, a jedenasty jest daleko z tyłu, to nie ma się co zakwaszać i końcówkę lecę spokojnie:)

Choć w debiucie byłem piąty, a teraz spadłem na dziesiąte miejsce i Danek mi pół minuty dokopał, powodów do niezadowolenia nie widzę. Za drugim razem zebrała się po prostu mocniejsza ekipa, a ja czułem niedzielne Piaseczno. Jeszcze pokażę tej Górce Kazurce na co mnie stać!

A że warto, bo jest fajnie, na luzie i śmieszno świadczy wywiad jakiego udzieliłem telewizji po zawodach (kilku-kliku).

Tymczasem przypominam, że pokazać możecie i Wy! I to na dystansie 5 km, podczas warszawskiego biegu Runbertów, na który mam do rozdania dwa pakiety startowe. Wystarczy kliknąć o tu kliku-kliku i coś napisać;)

Liczba znajomych twarzy rośnie z każdą edycją. Coraz więcej ludzi się pojawia,
a nieznajome dotąd twarze stają się znajomymi:)
To właśnie zaleta niewielkich kameralnych imprez.

3 KOMENTARZY

  1. Lubię konkursy i darmowe pakiety, ale 8-go czerwca w moje urodziny biegam szybko po Woli. Trasa, co mnie wcale nie martwi, płaska niemal jak stół – nie to co Kazurka :)

  2. No patrz, a Poniedzielski mówił, że w Warszawie omyłkowo wyrzucona przez budowlańców górka piasku może stanowić urozmaicenie krajobrazu. I tutaj to by się akurat zgadzało – poza tym omyłkowo ;-)

Skomentuj drproctor Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here