Dzień przed startem Biegu Marduły napisałem na Fejsuniu„Będzie bolało, będzie ciężko, ale będzie pięknie, radośnie i szczęśliwie.” I wiecie co? Dziś, niemal tydzień po zawodach, nie jestem w stanie w jednym zdaniu streścić tych zawodów lepiej, nie spodziewałem się, że ta zapowiedź ziści się tak dosłownie.

Będzie bolało…
Ojapierdziulę jak bardzo bolały czwórki. Jeszcze w środę wieczorem ból był ciężki, dziś mamy piątek, a ja wciąż czuję, że mam mięśnie. Gdy w poniedziałek rano, przed klatką, na początku swojej drogi do pracy, zauważyłem, że nie wziąłem kasku i muszę wrócić się na trzecie piętro i jeszcze raz z niego zejść, niemal rozpłakałem się z żalu. Każda zmiana stanu (siedzenie-chodzenie, chodzenie-leżenie itd.) była okupiona jękami, stękaniem i nieparlamentarnym „k…”. Nie pomogła regeneracja na rowerze, nie pomogło jacuzzi, nie pomogła kąpiel solankowa. Swoje trzeba odcierpieć. W trakcie zawodów tak źle nie było, bo w miarę kontrolowałem intensywność wysiłku, a adrenalina i tatrzańskie endorfiny skutecznie zabijały zaczątki bólu, który nadszedł następnego dnia i potęgował się z każdą chwilą.

Będzie ciężko…
Tatry to nie są przelewki. Podejście na Przełęcz Karb czy wtarabanienie na Liliowe wymagają solidnej wydolności i siły mięśni nóg, nawet jeśli robimy to w tempie turysty. A to zawody, bieg, III Mistrzostwa Polski w Biegach Wysokogórskich Skyrunning! Na płaskim i z górki starałem się maksymalizować prędkość, ale tak, by nie narażać się na niebezpieczny wypadek. Najszybsze odcinki biegłem mniej więcej w tempie maratońskim (ok. 4:20 min/km), ale na podejściach tempo siadało momentalnie i skupiałem się na marszu. Długie kroki, mądre ustawianie stóp itd. W miarę się sprawdzało, choć jeden taki kolega zaczął mi uciekać w drodze do Murowańca, a na podejściu na Karb niemal znikał w oczach. Wniosek? Robił to lepiej.

Najtrudniejszy dla mnie moment? Właściwie to… chyba od końca asfaltu (pierwsze 2,5 km to rozgrzewka po asfalcie – oczywiście pod górę) do samej mety – czyli ponad 3h wysiłku. Starałem się biec (a pod górkę iść) tak, by cały czas było równo ciężko. I udało się. Nie zarzynałem się na żadnym podejściu, bo znam dobrze trasę biegu i wiedziałem, że sporo siły trzeba zostawić na drugą jego część, ale jednocześnie zrobiłem te zawody na maksa. Dość powiedzieć, że z 3,5-godzinnego wysiłku średnie tętno wyszło mi tylko o 3 uderzenia na minutę niższe niż z maratonu w Rotterdamie.

Będzie pięknie…
Powiem Wam szczerze: nie umiem znaleźć słów, które oddałyby to, z jakim zachwytem pokonałem te mordercze prawie 2000 m w górę, 1600 m w dół i 25 km do przodu. Pod kątem podziwiania widoków nie mogło chyba być lepszej pogody niż w sobotę. Niby walka o jak najlepsze miejsce i czas, ale wiele razy z premedytacją zwalniałem, oglądałem się za siebie i… przez plecy przechodziły mi ciarki. Już wbiegnięcie do Hali Gąsienicowej przynosi człowiekowi kochającemu góry wzruszenie, bo widoki tam zapierają dech w piersiach (zimowe wspomnienie: kliku-kliku). Żółta Turnia, Orla Perć, Kościelec, Świnica – Jezusicku, czego stąd nie widać! Miałem ochotę zatrzymać się, usiąść i podziwiać widoki. Ale przecież nie było czasu na przesadne zachwycanie się panoramą. Banan, woda na punkcie odżywczym i lecimy dalej. A dalej jest jeszcze piękniej! Widok spod Karbu na Stawy Gąsienicowe jest bez dwóch powalający i fakt, że podziwiałem go już z pięć razy nijak tego nie zmienia. Gdybym miał wskazać jedną ze swoich ulubionych panoram w Tatrach, byłoby to właśnie podejście na Karb. Kto go nie widział, to naprawdę polecam ten szlak.

Takietam widoczki:) / fot. Olaf W.

Niestety, ze względów bezpieczeństwa (sporo śniegu) trasa biegu została zmieniona i ominęła nas wizyta na Świnickiej Przełęczy. A szkoda, bo to niesamowite miejsce, no i odcinek od Świnickiej Przełęczy do Kasprowego to prawdziwy skyrunning – bieg na wysokości ponad 2000 m n.p.m. W zamian za to z Czerwonych Stawków polecieliśmy do dolnej stacji kolejki, spod której rozpoczęło się trudne i męczące podejście na Przełęcz Liliowe. I znów, mimo coraz bardziej palącego bólu ud i zatykania płuc, co jakiś czas nie mogłem się powstrzymać przed poświęceniem uwagi widokom. To niesamowite, bo podczas normalnego ulicznego biegu nie mam siły na podziwianie miasta, a tutaj, mimo wysokiej intensywności zawodów, przyciąganie Tatr było tak ogromne, że przecierałem oczy od zalewającego je potu po to tylko, by choć na kilka sekund popatrzeć na szczyty i przełęcze.

Zdaję sobie sprawę, że jak mnie ktoś na trasie zobaczył, to wyglądałem jak zombie. Twarz zalana potem (delikatnie mówiąc nie jestem fanem upałów), obłęd w oczach i otwarte usta, bo wtedy łatwiej się oddycha. Ale mimo tego wyglądu, było to 3h24min radości. Takiej wewnętrznej, duchowej. Radości z bycia częścią czegoś wyjątkowego i obcowania z widokami jakich nie da się powtórzyć ani nawet opisać. Czytam tę swoją relację po raz kolejny i mam takie poczucie, że nawet w połowie nie umiem Wam opisać tego, jak pięknie tam było i jak bardzo to przeżywałem…

Od samej linii startu wiedziałem, że najtrudniejszym odcinkiem będzie dla mnie zbieg z Kasprowego Wierchu. Bo choć pobiegałem w Falenicy, pobiegałem na Kazurce, a nawet spędziłem kilka zimowych dni w Tatrach, to zbieganie nadal jest moją najsłabszą stroną. I tak było. Wyprzedziło mnie tam kilka osób, kilka innych łyknąłem ja, ale z każdym kilometrem było coraz trudniej. Jak się wypłaszczyło to i tak nie mogłem bezpiecznie puścić nóg, bo nawierzchnia była bardzo, bardzo niefajna dla moich nadwyrężonych kostek, więc nadal się męczyłem. Co parę minut na Garminie sprawdzałem aktualną wysokość odliczając kolejne sto metrów w dół.

Ostatnie 1500 metrów biegu prowadzi pod górę, do Hotelu Kalatówki. Nie jestem w stanie biec, więc uprawiam marszobieg. Mając w pamięci końcówkę z ubiegłego roku, co jakiś czas oglądam się za siebie wypatrując innych zawodników. Dopiero fakt, że biegnąc zbliżam się do jednego z rywali motywuje mnie do tego, by poruszać się szybciej. Na 100 metrów przed metą widzę Justynę z kamerą, więc się uśmiecham i pozuję do filmiku, ale pewnie wyszło bardzo pokracznie, jak zwykle w moim przypadku. Za metą 10 pĄpasków i można odetchnąć, udało się… :)

Nie ma dobrego biegu bez zestawu samojebek! Telefon dał trochę ciała i niektóre nie wyszły, ech… :(

Radośnie…
Wyjazd w Tatry to zawsze dla mnie ogromna radość i duchowe przeżycie. Tym razem radości było wyjątkowo dużo, bo wybraliśmy się tam bardzo wesołą gromadką. Wybiegany w dwupaku, Jędrek, Kwito, Paweł, dołączył do nas Łukasz i jeszcze ta cała Bo, której przecież nikt nie lubi. Przygarnęliśmy ją więc i nawet nocleg w pokoju z TV jej daliśmy żeby Opole sobie mogła przed snem obejrzeć.

Oj, było naprawdę wesoło. Nie zabrakło wspólnego rozruchu, nie zabrakło pizzy, makaronów i piwa oczywiście też nie zabrakło. Ale to nie tak, żeśmy tylko browce pili. Od dotarcia do mety minęła godzina. Piwko już wypite, posiłek wciągnięty, co by tu robić. Leżymy na trawie, patrzymy na te góry, patrzymy… „Chodźmy na Giewont!” rzuca Kwito. Na początku sceptycznie i markotnie, ale… w mojej głowie kiełkuje myśl, że przecież cały dzień przed nami! Jestem w Tatrach, a Tatry to moje miejsce na ziemi. No kurde tak cały dzień siedzieć i pić piwo? „Idźmy, ale z tym Giewontem będziemy negocjować, bo tam tłumy będą.”. Zebrało się nas trzech odważnych i dosypaliśmy do pieca jeszcze ponad 1000 metrów w górę i 1300 w dół oraz 14,5 km do przodu. No kurde, to ja rozumiem! Miejscami biegliśmy, miejscami szliśmy, a bez względu na tempo rozmawialiśmy głównie o… jedzeniu;)

Pąpaski na Małołączniaku (2096 m n.p.m.)

I szczęśliwie!
Świat się skończył, piekło zamarzło, tego jeszcze nie grali… Po raz pierwszy w „karierze” wracam z zawodów sportowych z nagrodą! I to wracam z nagrodą z III Mistrzostw Polski w Biegach Wysokogórskich Skyrunning! Brzmi nieźle, co?:) Cóż, dopisało mi po prostu szczęście, dużo szczęścia! Dla co 40-tego zawodnika, który dotrze na Kasprowy Wierch Hotel Kasprowy ufundował weekend dla dwóch osób. No i psim swędem byłem tam akurat 80:)

15 KOMENTARZY

  1. Zazdroszczę i jeszcze raz zazdroszczę. To naprawdę niesamowita impreza. Doświadczenia wizualne jak w UTMB. Ciekaw jestem jak to jest pobiec na wysokości 2000m, jak zachowuje się organizm i świadomość. <br /><br />Co do bolących nóg to domyślam się tego jak się czujesz. W tym roku biegłem Półmaraton Ślężański w Sobótce gdzie jest skromniejsze 600m pod górę i też dochodziłem do siebie przez tydzień

    • Bartek, większość uczestników startuje w terenowych butach biegowych. Najwiecej osób ma jakieś Salomony, ja biegam w Inov8, nie brakowało tez Brooksów Cascadia, a jeden moj kumpel używa terenowych Asicsów. Kilka osób widziałem w zwykłych szosowych butach, ale tego nie polecam.<br /><br />Bieg powyżej 2 tys to coś niesamowitego, choć w tym roku było tego mniej ze względu na zmieniona trasę.

    • Kumpel biegł w Nike terra kiger i bardzo sobie chwalił – podobno but idealny na Mardułę czy np. na taki BUGT. Choć wildhorse podobno jeszcze lepszy…<br />Przy czym nie zmieniam zdania, że niezaprawieni górscy ścigacze powinni po tak trudnych szlakach biegać na dużo wyższym bieżniku…

  2. C`mon &quot;ale na podejściach tempo siadało momentalnie i skupiałem się na marszu. Długie kroki, mądre ustawianie stóp itd&quot; – W szkole nie uczyli, ze pod góre należy skracać krok a zwiększać kadencje. Polecam wypróbować przy wbiegu na Śnieżkę, Twoje czwórki mi podziękują . :)<br />Nic dziwnego, ze potem przez 5 dni nie możecie chodzić :)<br />Do zobaczenia na szlaku !

  3. Klasowa relacja! Bardzo klasowa!<br />A co do butów, śmiem twierdzić, że Salomony są na takich biegach perfekcyjne, ale tylko dla tych najlepszych, którzy biegnąc z górki…nie hamują :-)<br />Reszcie jednak sugerowałbym bieżnik jak z opony od Ursusa – to zdecydowanie bezpieczniejsze rozwiązanie!

  4. Piękne zdjęcia, piękne widoki, piękne góry i piękny bieg. Czy może być coś lepszego od latania po górach? Chyba latanie w jeszcze wyższych partiach gór :)<br />Gratuluję nagrody i wyniku oraz zazdroszczę uczestnictwa w tych zawodach.

Skomentuj Bartłomiej Kamiński Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here