Szukasz bólu ud? Lubisz taki braku oddechu, że aż płuca zatyka? A palące łydki? I padnięcia na pysk za metą? Zapraszamy na Kazurkę! Kurczaki, chyba mogę powiedzieć zapraszaMY, w końcu byłem na trzech z czterech edycji Monte Kazura i czuję się na tej imprezie jak w domu.

No właśnie, jak w domu, bo atmosfera tych zawodów jest wyjątkowa, rzekłbym wręcz, że rodzinna. Niby rywalizacja, niby walka do ostatniej kropli potu, cholernie ciężkie zawody, ale zawsze jest fair, zawsze z uśmiechem (jak nie na ustach, bo tam rządzą zombie, to zawsze w sercu) i uściskiem dłoni za metą. Przez kameralność imprezy wiele osób się kojarzy i rozpoznaje, a przedstartowe pogaduchy są naprawdę fajne.

Ale nie dajcie się zmylić tej atmosferze. Piknik kończy się wraz z odliczaniem do startu. Pierwsze 200 czy 300 metrów jest może i płasko, ale to właśnie wtedy formuje się peleton, to właśnie wtedy ustala się kolejność na pierwszym podbiegu, a ten ma wprawdzie tylko jakieś 16 m pod górę, ale za to nachylenie w okolicach 25-30 procent. Każde okrążenie ma pięć podbiegów (jedne mniejsze inne większe, łącznie na 5 kilometrach 220 m w górę i tyleż samo w dół), a kółek jest trzy. Wierzcie mi, można się nieźle zajechać.

W sumie 15 razy popierdzielasz pod górę. Po dwóch-trzech masz już dość. A zawsze znajdzie się jakiś twardziel, który na pierwszej pętli leci jak szalony nie doceniając mocy Kazurki. Puchnie na trzecim-czwartym podbiegu i potem kończy gdzieś na tyłach. Bo Kazurka to wredni babiszczon jest. Nie wybacza najmniejszych nawet błędów, nie zna pojęcia biegnę na lekko. Nawet gdyby chcieć ją przemaszerować to i tak człowiek się zasapie jak diabli.

Dziubek w wykonaniu autora blogaska Dajesz Ojciec! to pełna profeska.
Ponoć Ojciec specjalnie na okazję naszego zapoznania się w realu kilka dni go ćwiczył!

Czwarta (dla mnie trzecia, jedną niestety opuściłem) edycja Monte Kazury była dla mnie sporą zagadką. Jechałem tam z solidnie zmęczonymi nogami, bo ostatni dzień bez treningu miałem 23 czerwca, dwa dni temu przyjąłem na klatę solidny trening funkcjonalny, a wczoraj 12x100m NN w płetwach na basenie. Cudów nie oczekiwałem. Miało być solidne pierdyknięcie, ostatni akcent przez ćwiartką w Nieporęcie i w miarę dobre miejsce w klasyfikacji, bo w generalce na końcu liczą się trzy najlepsze miejsca w cyklu.

Zacząłem w okolicach dziewiątej-dziesiątej pozycji, potem przesunąłem się na siódmą, a ostatecznie wylądowałem na szóstej. Wcześniej byłem piąty i dziesiąty, więc jest nieźle. Wartych odnotowania jest za to kilka wydarzeń: po raz pierwszy na Monte Kazurze zostałem wyprzedzony (bodaj pod koniec pierwszego kółka), po raz pierwszy kawałek podchodziłem pod górę (mając solidną przewagę nad siódmym zawodnikiem pozwoliłem sobie na to na ostatniej pętli mając w głowie niedzielny Nieporęt). Zrobiłem też swoje najszybsze okrążenie, w czasie poniżej 8 minut. Niby nie leciałem w trupa, starałem się kontrolować intensywność wysiłku by się nie zajechać, ale tętno i tak osiągnęło 189 bpm, a średnie wyszło 176. To najwyższe wartości z dotychczasowych startów, na co wpływ miała bez wątpienia nieomal tropikalna pogoda. Finalny czas brutto to 25:03, czyli o 12 sek. gorzej od dotychczasowej życiówki (netto 25:01). Dla zainteresowanych szczegóły tradycyjnie na Endziaku. Zająłem szóste miejsce na 88 startujących i drugie w kategorii M30 (na 37 osób).

Następna edycja Monte Kazury dopiero 20 sierpnia, oj, będę tęsknił! Wtedy nie będzie już zmiłuj, lecę w trupa tak trupiastego, że głowa mała. Nie mogę się doczekać, bo Monte Kazura to jedna z moich ulubionych imprez na nie tylko warszawskiej mapie biegowej. Jak ktoś jeszcze w MK nie startował to naprawdę spróbujcie, bo warto.

Pamiętajcie oglądać w HD!:)

Wiecie co oznacza powyższe? O tak, JESTĘ JUTBERĘ! Trzeba się rozwijać (właściwie to nie trzeba, ale ja chcę:)) i jednym z kierunków rozwoju mojego bloga będą materiały video. Pojawią się więc relacje z zawodów, będą rozmowy z zajefajnymi gośćmi i będą recenzje sprzętu. I w temacie sprzętu też mam coś fajnego do powiedzenia. Otóż zacieśniłem współpracę z i tak od dawna już ulubionym sklepem biegowym, czyli Natural Born Runners! Po prawej stronie zamieszkał więc link do sklepu, będzie więcej recenzji (tekstowych i filmowych) sprzętu, który od NBR otrzymam. O czym byście najchętniej poczytali? Buty? Plecaki? Opaski kompresyjne? Koszulki? Kurtki? Bluzy? Rzucajcie!:) A oczywiście jak ja coś dostaję, to będzie i dla Was! Będą więc kĄkursy, rywalizacje i zabawy, będą nagrody rzeczowe i będą zniżki na zakupy. Zaczynamy już wkrótce, bądźcie czujni, warto:)

A czujność można zwiększyć subskrybując mój kanał na YT, zapraszam!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z koszulką od Brubecka (dobre, bo polskie!)
Następny artykułTen z poradami dla triathlonowych debiutantów
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

9 KOMENTARZY

Skomentuj baraszko Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here