To był dzień konia (do dnia MKona jeszcze mi trochę brakuje, ale może kiedyś?;))! Wszystko zagrało jak miało zagrać. Prawie każda nuta wybrzmiała czysto i w odpowiednim momencie, a te które zafałszowały, były na tyle nieistotne, że trudno było je w ogóle usłyszeć. Była odważna (i zwycięska!) walka w wodzie, było śpiewanie na bajku pod nosem i radosne popiskiwanie Pimpusia w stronę fotografów i kibiców na trasie, a wygłupy te połączyłem z mocną nogą i średnią prędkością jakiej nie mam się co wstydzić. Na biegu zaś: radość, spełnienie i zagrzewanie kibiców do dopingowania, a na mecie uśmiech i pełne zadowolenie z wyniku. A to wszystko okraszone ogromnym wysiłkiem fizycznym, wysokim walorem towarzyskim imprezy i całkiem sporą kolekcją samojebek. Czy podczas 1/4 IM w Nieporęcie mogło być lepiej?:) Zacznijmy od początku…

Czas akcji: późny wieczór przed startem, w tle Oranje łoją brazylijskie dupska. Miejsce akcji: czat na Fejsie. Trwa tajna narada wojenna matki (Bo – życzymy zdrowia!) i jednego z ojców założycieli (Krasus) Smashing Pąpkins przed zawodami 1/4 IM w ramach VTS Nieporęt.

– Na ile jutro celujesz?
– Nie wiem. Serio. Oczywiście chcę złamać 2:20, ale może być różnie, bo 500 metrów trasy rowerowej to ponoć jakaś trylinka, do tego niesprawiedliwa strefa zmian, a jeszcze ja nie wiem co na bieganiu będzie z nogą, która pobolewa od tygodnia. Będę cisnął, ale co wyjdzie – nie wiem.
– Będzie 2:18:45.
– Poniżej 2:19?! Ale Ty miła jesteś, że tak mówisz:P To mało realne, ale dam z siebie wszystko.
– Cóż, teraz nie wypada inaczej;)

2:18:45? Super wynik, ale bez przesady… W przyszłym roku to owszem, z palcem gdzieśtam, ale teraz? Mój prywatny tri-kalkulator mówił, że jak dobrze zawieje, to 2:20 uda się złamać. Przeprowadziłem więc najlepszy możliwy BPS, czyli zbijanie bąków kilka dni przed zawodami plus koncert w weekend startowy – przed Piotrem i Pawłem był to Kult, tym razem Alice in Chains i Metallica (ech, ten Narodowy to jednak ssie jeśli chodzi o koncerty…). Pobolewające biodrowo-piszczelowe kazało mi ostrożnie patrzeć na prognozy kalkulatora i nastawiłem się przede wszystkim na to, by z zawodów czerpać przyjemność, której zabrakło podczas ćwiartki w Piasecznie.

Pływanie – wiem co robię i jest dobrze
Dzień przed startem przeczytałem gdzieś, że jak bojka jest blisko, to warto ustawić się na linii startu tak, by od razu być po jej zewnętrznej stronie. Unikamy wtedy przepychania się do bojki. No to stanąłem sobie po prawej, w tłumie. Odliczanie i lecimy. Biegniemy. Wciąż biegniemy, więc… wyprzedzam, bo przecież dobrze biegam. Wody do kolan i biegniemy. Wody po uda i biegniemy. Nie wiem, ile tego biegu było, ale na oko to spokojnie z 30-40 metrów. W końcu zaczynamy płynąć i zaczyna się napierdzielanka. Poprawiam swoje pływanie cały czas, ale to oznacza, że z ogonów, gdzie jest w miarę spokojnie, trafiam do środka i tuż przed niego, gdzie jest najtłoczniej. Ktoś mi, ja komuś: bach-jebs-pierdut, ktoś krzyczy „Ludzie, bo mnie utopicie!”. Ale ja zupełnie się tym wszystkim nie przejmuję. Płynę i, uwaga-uwaga, bo to szok i niedowierzanie: wyprzedzam! Cały czas. Spodziewam się niemożebnej ciasnoty na bojce, więc opływam ją po zewnętrznej, a w środku dzieją się jakieś dantejskie sceny. Wszystko się zaczopowało i ludzie nie mogą się ruszyć. A Krasusek sobie ciach-bach opłynął wszystko i wszystkich, a jak ktoś za bardzo go blokował, to po prostu przepływał po nim, o! Kilka razy byłem podtapiany, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, płynąłem swoje. Finalny wynik to 17:09, poprawa wyniku z Piaseczna o prawie 2,5 minuty! Brzmi niesamowicie, ale trzeba pamiętać o tym bieganiu po wodzie – ja nadal jednak biegam szybciej niż pływam. Czasem nie ma się więc co jarać, ale już miejscem – owszem. 176 miejsce na 467 osób to niecałe 38 proc. stawki. Jeszcze rok temu wychodziłem z wody w 70-80 proc., a Piasecznie byłem niemal równo w połowie. Z jednej strony to efekt poprawy pływania, a z drugiej nabytego doświadczenia. W niedzielę cały czas miałem sytuację pod kontrolą, ani na chwilę nie straciłem koncentracji ani orientacji, cały czas wiedziałem co chcę zrobić.

Pływanie: 0,95 km (zmierzone 0,93 km) / czas 17:09 / m-ce 176 z 467 (37,7%)

Rower – tłok, rwane tempo i pucharki od Endo
Te kilkaset metrów trylinki to wielka męczarnia i strach o Zuzkę. Jakby pękła rama albo moje śliczne kółko, to bym się zapłakał chyba. W końcu zaczyna się asfalt, kładę się na lemondce i dzida. Orajuśku, ale tłok… Wyprzedzam. Bezproblemowo biorę pojedyncze osoby, ale wyprzedzenie 20-osobowego (a niby zasady zabraniają draftu…) peletonu zajmującego całą szerokość jezdni nie jest proste. Wkurzony zjeżdżam więc na lewy pas (akurat wolny) i mykam dalej. Po paru kilometrach uświadamiam sobie, jak dobrze jest. Bez większego problemu jadę 38 km/h, czujemy z Zuzką to magiczne połączenie, które sprawia, że jest dobrze. Bo od początku do końca stanowimy jedność. Pimpuś na przedzie rozbija opór powietrza, płuca i serducho dostarczają tlen mięśniom, a te kręcą nogami doskonale współpracującymi z mechanizmami Zuzki. Do Beniaminowa cisnę niesamowicie – na liczniku często widnieje prędkość 40-45 km/h! Po nawrotce jest trudniej, bo okazuje się, że wieje (stąd też te prędkości wcześniej). Ale i tak jedzie się bardzo dobrze. Czuję flow, którego tak brakowało mi w Piasecznie. W głowie znów muzyka, która momentami z głowy dociera do rzeczywistości i wyprzedzani rywale muszą być zdumieni słysząc mój mały chórek.

Miejsce, do którego uciekam, aby żyć
Miejsce, gdzie moje sanktuarium
Miejsce, do którego nikt
Nie może znaleźć drzwi

Parę razy Pimpuś pozdrawia nielicznych na trasie rowerowej kibiców wydobywając ze swych fioletowych płucek donośny pisk. Na nawrotce przy strefie zmian słyszę „Dalej kur… ty z tym koniem!”, no przynajmniej ktoś od razu skumał, że Pimpuś jest konikiem, a nie krową czy psem!;) Podoba mi się to rowerowanie, bez dwóch zdań. Jadę z poczuciem, że robię dobrą robotę i czas 2:20 wydaje się być coraz bardziej realny.

Radość z jazdy, to kocham! Tylko kurde, do T1 to ja muszę sobie wstawić lusterko, bo znów jak trzepak z przekrzywionym kaskiem jechałem… ;/ fot. BikeLife.pl
Niestety, są i minusy, a właściwie (poza trylinką na początku i końcu) jeden: na trasie jest za dużo zawodników w stosunku do szerokości drogi i długości odcinka. W połączeniu z pięcioma nawrotkami na 45 km oznacza to, że co kawałek śmigają pociągi. Tu InterCity, tam Przewozy Regionalne, nie brakuje też Pendolino, czyli draftujących osób z czołówki. Trudno mi osądzić, ile z tego było chamskim oszukiwaniem (wg przepisów odległość pomiędzy zawodnikami powinna wynosić min. 10 metrów, za wyjątkiem manewru wyprzedzania oczywiście), a ile wynikało z tego, że inaczej było po prostu trudno. Faktem jest, że na drugiej pętli cały czas szarpałem tempo, bo albo próbowałem jakąś grupę wyprzedzić, albo puścić tych, którzy wyprzedzali mnie. W efekcie średnie prędkości były już odrobinę niższe, a i tak miałem wrażenie, że cały czas jadę w tłumie, męcząc się przy tym przez te próby unikania draftingu. Przy okazji któregoś wyprzedzania dostałem nawet upomnienie od sędziego.

Ostatecznie rower zajął mi 1:15:42, a po odcięciu nieszczęsnego dojazdu po trylince średnia prędkość wyniosła 37,1 km/h! Endziak pokazał aż trzy nowe kolarskie rekordy życiowe, a najszybsze pięciokilometrówki miały średnie 40, 39,5 i 38,7 km/h! Podczas etapu kolarskiego wyprzedziłem ponad 60 osób, a mnie tylko osiem. Ostatecznie wpadając do strefy zmian byłem na 91. pozycji. Nie wiedziałem jakie miejsce zajmuję, ale rowerów w boksach stało wyraźnie mniej niż więcej, co jeszcze poprawiło mój nastrój.

Rower: 45 km (zmierzone 45,3 km) / czas 1:15:42 / m-ce 74 z 467 (15,8%)

Bieg – gorąco, szybko i z pĄpkami
Wylatuję ze strefy zmian i od razu spotykam znajomych:) Przy trasie kibicuje pĄpkinsowy Marcin (dzięki za przybycie!), a na pierwszym kilometrze doganiam łapiącą w locie tri-bakcyla Avę i Aśkę, której drugie imię to właściwie Bakcyl. Macham tylko dziewczynom i lecę swoje. Plan jest taki, by po kilometrze osiągnąć docelowe 4 min/km i trzymać je do mety. Wybiegając ze strefy zmian widzę na cyferblacie 1:36 i wiem, że jeśli nie zaatakuje mnie ITBS, to będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Chciałem pobiec w około 42 minuty, to daje szansę na zrobienie wyniku, o jakim dzień wcześniej mówiła Bo. Pojawia się szatański plan, by w razie posiadania paru sekund zapasu, zwolnić w końcówce i wpaść na metę w 2:18:45…;)

Ale nie jest lekko. Upał mocno doskwiera, a wiatr utrudnia zabawę. Pot leje się strumieniami, na punktach korzystam więc z wody, którą popijam zaplanowane jedzenie (szczegóły na końcu). Walczę o utrzymanie tempa, na twarzy klasyczny wyraz umarlaka, ale w duchu gra muzyka! Tym razem Vavamuffin ze swoją „Sektą”. Na głośne śpiewanie nie mam jednak za bardzo sił, więc muzyka pozostaje w środku.

Pruję do przodu: noga za nogą, metr za metrem i… wyprzedzany za wyprzedzanym. Przez 41 minut biegu wyprzedziłem 46 osób, a mnie nikt (przynajmniej nikogo nie zarejestrowały moje zmysły;)) Lecę raz po 4:05, raz poniżej 4:00. Nie jest to może bieg w trupiaka jak ostatnio w Poznaniu, ale jest na maksa. Dyszę głośno jak lokomotywa, sapię, pluję i smarkam na pobocze, ale cisnę do przodu. Tempo dyktuje wiatr i ewentualnie spowolnienia przy punktach odżywczych (pomarańcze, mniam!).

Już czerwony dywan, jeszcze parę kroków i jest! Linię mety mijam, gdy na zegarze jest 2:18:45! Ojtam, że musiałem kilka chwil na ten czas zaczekać, to przynajmniej miałem możliwość porozmawiania z Kaśką i jej kumplem, zrobienia pierwszych ever pĄpek jeszcze przed linią mety i poprzybijania piątek z kibicami:) Daję się też wyprzedzić ośmiu, a może dziesięciu rywalom.

To gdzie jest ta meta? / fot. Triathlonowy.pl (zdjęcie na górze również)

Przecież ja doskonale wiem, na co mnie stać, ostateczny wynik ma niewielkie znaczenie, bo rekordu świata i tak nie będzie, a życiówkę to ja jeszcze zrobię taką, że hoho, a nawet już dziś moja lista najlepszych wyników wygląda ładnie:) Zaczekajcie tylko do przyszłego sezonu, to się dopiero będzie działo! Nieporęt pokazał, że stać mnie na zrobienie dobrego wyniku nie tylko na biegu, ale i na całym tri, a to dla mnie nowość, bo dotąd zawsze coś kulało. Dalej jednak jest pole do poprawy i zamierzam nad tym pracować. Choć start ten był dla mnie ważny, to o złote galoty przecież nie walczę, są rzeczy ważne (wynik) i ważniejsze (#poprostuBo i #wszyscyzaBo), prawda? :)

Bieg: 10,5 km (zmierzone 10,25 km) / czas 00:42:48 / m-ce 40 z 467 (8,6%)

Strefy zmian – wciąż jest co poprawiać
Ze stref zmian w Nieporęcie jestem zadowolony, ale jeszcze trochę można by tu dopracować, szczególnie tę drugą mogłem zrobić lepiej. Po pierwsze bowiem, źle z niej wybiegłem (w złą stronę) i straciłem z 8-10 sekund. Po drugie zaś, znów zapomniałem, że można przecież wziąć czapeczkę w ręce i założyć ją już wybiegając, a ja ruszyłem dopiero jak byłem w pełni gotów do biegu;) W efekcie w T1 wyprzedziłem 30 osób (!!), a w T2 spadłem o trzy pozycje. To się jeszcze dopracuje:)

Podsumowanie – musi być dobra zabawa
Fajnie, że w Nieporęcie zrobiono 1/8 IM, bo dzięki temu wiele osób mogło liznąć triathlonu (serio, by ukończyć 1/8 wystarczy po prostu umieć pływać i być jako-tako aktywną osobą, spróbować może każdy!). Niefajnie jednak, że oznaczało to pozamykanie WSZYSTKICH dróg dojazdowych już o 8 rano, podczas gdy my startowaliśmy o 11:30. Ja z przyjemnością dotarłem wcześniej, ale dla kibiców (szczególnie tych z małymi dziećmi) był to poważny problem. Pod tym kątem miejsce imprezy było fatalne.

Niefajnie wypada także trasa rowerowa. Owszem, była prosta, szybka i płaska, ale… by do niej dojechać trzeba było kilkaset metrów dotelepać się po niemożebnie nierównej trylince. Jechałem tam nie więcej niż 18-20 km/h, a i tak Zuzka krzyczała z bólu, Pimpuś wołał o pomstę do nieba. Ale udało się. Nie wszystkim jednak, bo jedni gubili bidony, inni liczniki, a zdarzyła się i wymiana dętki na pierwszych metrach. No wkurzyłbym się… Dodatkowo organizatorzy imprezy znacząco przegięli z liczbą uczestników i było bardzo ciasno zarówno na trasie pływackiej jak i rowerowej.

No i ten bieg w wodzie był słaby – lepiej jednak byłoby zrobić start z wody, a nie z brzegu, byłoby wtedy bardziej sprawiedliwie, bo byśmy 950 m płynęli, a nie 850 płynęli a 100 biegli.

15 osób (PIĘT-NAŚ-CIE!), jeden z rekordów! A i tak zapomniałem z kilkoma ważnymi personami zrobić…

A mimo tego, mi się podobało, wiecie?:) To potwierdza, że odbiór i ocena danej imprezy są bardzo subiektywne. W zasadzie w/w minusy powinny przekreślić Nieporęt z moich startów na przyszłość, a jednak…;) Wystarczy mieć dobry dzień i już człowiek inaczej spogląda na całość. Z dobrych rzeczy po raz kolejny muszę pochwalić swoją regenerację. Po niedzielnym występie (jakby na to nie patrzeć, całkiem mocnym!) w poniedziałek miałem już siłę na morderczy trening funkcjonalny, we wtorek dostałem ostre wciry na basenie, a w środę na bajku wpadło 6×5 km bardzo mocno (38-40 km/h). Jest forma i… już się nie mogę doczekać Borówna. Po cichu Wam się przyznam, że żałuję, że nie wystartuję w tym roku w PozTri. Pod każdym względem była to mistrzowska impreza i chętnie bym na nią wrócił.

Do zapamiętania. Podczas 1/4 IM w Nieporęcie zjadłem:
– rano: 1,5 bułki;
– przed startem: pół bułki i banan;
– na rowerze: dwa żele Agisko, pół batona Agisko, dwie kapsułki SaltStick;
– na biegu: żel Agisko, Power Bomba, jedna kapsułka SaltStick;
– w bidonach pół litra izotonika Isostar i pół litra wody. Zużyłem około połowy tego.

Nowością w moim menu były SaltSticki polecone przez kilkoro znajomych. Nie mam warunków laboratoryjnych do sprawdzenia, ale wydaje mi się, że działają. Nie było zjazdu jak w Piasecznie, zarówno podczas zawodów jak i za linią mety czułem się dużo lepiej niż wtedy, a przecież też mocno grzało w baniak.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen z poradami dla triathlonowych debiutantów
Następny artykułTen, w którym małe jest piękne
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

13 KOMENTARZY

  1. Fajnie opisane, a co ciekawe byłem, widziałem na własne oczy, nawet brałem udział i o dziwo :) mam podobne spojrzenie. Wynik ładny, ale moim skromnym zdaniem jest jeszcze przed tobą sporo do urwania (przy takich wynikach w jakie masz w bieganiu … /ps. nie raz mnie mijasz na tych bieganiach/)

    • Ależ oczywiście! Nie na darmo napisałem "życiówkę to ja jeszcze zrobię taką, że hoho":) W pływaniu do poziomu biegowego nigdy nie dojdę, ale na bajku wciąż robię duże postępy, w T1 i T2 też coś urwę i będzie dobrze. Mam nadzieję i Ciebie w przyszłym sezonie dogonić:)

  2. Chylę czoła! Jesteś kozakiem! :) W jednej kwestii pĄ-bracie się z Tobą nie zgodzę. Zadowolenie z wyniku osiągniętego na imprezie nie musi się przełożyć na chęć startu. Przykładem niech będzie moja Brodnica, gdzie podobnie jak ty w Nieporęcie, osiągnąłem wynik "ciut powyżej oczekiwań". Mimo to, więcej tam nie wrócę. Wygląda na to, że organizatorom VTS zależy przede wszystkim na kasie, a

    • Moje plusy to nie tylko wynik, ale i atmosfera i świetni ludzie, jakich tam spotkałem:) Wszystko zależy też, jak bardzo przeszkadzają minusy, które były. Gdyby wjechał we mnie samochód (zdarzają się i takie przypadki) to pewnie moja ocena byłaby inna… ;)

  3. No muszę przyznać że ta zabawa przed metą zrobiła na mnie wrażenie (niestety jej nie widziałam ale mi opowiadali) :) To pokazuje że twój fantastyczny luz w podejsciu do sportu, a nie tylko zawsze zacisniete pięści. To jest piękne jednym słowem :) Graty za super wynik. Przez sekunde jak mnie mijałeś na biegu pomyslałam że się podczepię, ale odjechałeś jak TGV :) co było zresztą do przypuszczenia.

  4. Jak czytam Twoje relacje to mam ochotę robić wszystkie ćwiczenia naraz, biegać, pływać i jeździć na rowerze. Brawo Krasus!<br />A swoją drogą, to wielka sprawa, że poczekałeś przed metą. Może to bagatelizujesz, może to kwestia ilości startów i dystansu do siebie, ale zrezygnować z tych kilkunastu sekund &quot;życiówki&quot;…#PoprostuBo! :)<br />Jesteś wielki!

  5. A mnie ciekawi sprawa uzupełniania elektrolitów – teraz użyłeś saltstick, a czego używałeś wcześniej? Bo tak właśnie przed chwilą porównałem skład jednej tabletki saltstick z jedną isostara i lepiej wypada iso… a gdy porównać cenę, to już w ogóle :)<br /><br />Pytam, bo jak znów mi się trafi ultra bez izo na punktach, to chciałbym mieć coś w torebce do wrzucenia w bukłak.<br /><br />No i graty

    • Niczego.. ;) Po prostu piłem co dali i jadłem żele/batony. Zdarzyło mi się więc w upale odwodnić czy być bliskim zjazdu. Skład składem, ale przecież isostar musisz rozrobić, więc w trakcie zawodów biegowych odpada. A saltsticka popijasz wodą z punktu i już:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here