Od prawie trzech tygodni napiernicza mnie to durne pasmo biodrowo-piszczelowe. Boli najmocniej rano, gdy schodzę te parę schodów z sypialni do łazienki. Boli jak wstanę od biurka w pracy i idę po wodę, boli jak wysiądę z samochodu. Wystarczy 10-15 min. spaceru i ból jest wyraźnie mniejszy. Pasmo pozwoliło mi bez bólu przebiec i wygrać Aquathlon, ale podczas powrotnego biegu spokojnego… napiżdżało jak się patrzy. Przy tempie 5:00 ból był nie do zniesienia, ale jak przyśpieszyłem poniżej 4:40 min/km… zniknął! Dziwne to. Nie przypominam się, byśmy umawiali się na zabawę „pojawiam się i znikam”, ale tak to wyglądało przez dwa-trzy tygodnie.

Wkurzam się, bo moje przygotowania do ataku na życiówkę podczas 1/2 IM w Borównie miały właśnie wejść w kluczowy moment, a tu kicha. O ile z jazdą rowerem nie jest źle (ból znika po kilku minutach, więc cisnę jakieś interwały, interwałki, minutówki i co tylko się da), pływam też coraz lepiej (choć wczorajszy trening pokazał jasno, że prędzej się zesr… do basenu niż ogarnę delfina…), to z bieganiem jest problem. Mówiąc wprost: nie biegam. No bo, kurczaki, jak określić stan, w którym tygodniowo robię 30 km? Co wydaje mi się, że jest lepiej, noga atakuje ze zdwojoną siłą.

Uprawianie sportu ma wiele wspólnego z inwestowaniem. Inwestujemy czas, wysiłek, pot, krew i łzy w to, by osiągać wyniki. Wczoraj doświadczyłem jeszcze inwestowania czegoś innego: bólu. Dostałem solidną porcję bólu w krótkim czasie licząc na to, że potem nie będzie go w ogóle. Po dwóch tygodniach samodzielnych prób, spasowałem. Po dwóch tygodniach rolowania, rozciągania, chłodzenia, smarowania i ćwiczenia, stan pasma się nie zmienił: boli. Postanowiłem w końcu pójść do Pana Magika, czyli oswojonego fizjoterapeuty.

„Teraz zaboli” powiedział wciskając mi kciuk w biodrową część pasma. I faktycznie, musiałem zagryźć zęby, bo „boli” to zbyt delikatne określenie. Ale gdy potem zasadził się na moje biodro łokciem, aż zawyłem z bólu, który przeszył moją prawą nogę od łydki przez kolano aż po biodro. Po kilkudziesięciu sekundach uciskania ból trochę odpuścił, a potem czułem go już tylko w miejscu ucisku – napięcia pasma zostały rozluźnione, mogłem już przestać zagryzać co się dało. I faktycznie, dziś rano zejście po schodach z sypialni nie było już tak bolesne, ból ledwie co tam się pojawił.

I zastanawiam się tylko: dlaczego z wizytą u fizjo czekałem ponad dwa tygodnie…?

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTen, w którym wzmacniamy nogi, czyli SCHODING PĄPKINS
Następny artykułTen z szaleńcami na Veturilo
Krasus – biegacz, napieracz, triathlonista i pĄpkins pełną gębą. Jego filozofia uprawiania sportu łączy ciężką pracę i ciągłe dążenie do bycia lepszym z dobrą zabawą, bo przecież w życiu chodzi o to, by było fajnie. Zrobił swoje jeśli chodzi o uklepywanie asfaltu i teraz realizuje się w terenie. W lesie, z mapą czy w górach czuje się jak ryba w wodzie!

13 KOMENTARZY

  1. O, widzę podobne kłopoty masz co ja. Znaczy u mnie jak na razie cisza – pomogła przerwa w bieganiu i samodzielne masaże. Ale był moment, że idąc przez Rynek Mariensztatu w kierunku pracy, na którym to rynku idzie się w dół i pokonuje parę naprawdę niewybitnych stopni, skakałam po nich na jednej nodze.

  2. Współczuję. Na następny raz masz nauczkę, żeby wcześniej iść do Pana Magika ;) To pasmo to taka dziwna kontuzja…nie do końca ją rozumiem ;)<br /><br />U mnie jak na razie pomaga rozciąganie, smarowanie i właśnie uciskanie w biodrze, aż mi siniaki wyłażą. Na szczęście biegać mogę, ale jak tylko czuję pulsowanie w biodrze to robię 3 serie ćwiczeń od Kasi (RunTheWorld).

    • Dzięki wielkie, ja za Ciebie też! Mam 1,5-litrową mineralkę gazowaną, do tego ukochany beret i zestaw ćwiczeń. Minie, bo nie ma wyjścia, prawda?:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here