Przy obiedzie (to czas na ogarnięcie RSS-a) czytam u Ani i u Avy o przygotowaniach. O ostatnich dniach przed startem, końcowych tygodniach treningów (btw, ja też popełniłem kiedyś fajny poradnik dla początkujących maratończyków: kliku-kliku). W myślach zaznaczam słuszność obu tekstów i wskazówek. Fajnie, że doświadczone biegaczki piszą takie teksty, na pewno wielu osobom się to przyda, bo ludzie robią taaaaakie błędy przecież…

WTEM! W mojej głowie budzi się świadomość. Otwiera jedno oko, przeciąga się. Zamyka to oko i przeciąga się jeszcze raz. Procesy myślowe zaczynają intensywnie działać. Świadomość w ułamku sekundy otwiera oczy, wyskakuje z łóżka i drze ryja na cały regulator. Powoduje to zatrzymanie pracy mojego serca na dwie sekundy, a oddechu na kilkanaście. Widelec z kaszą spada na talerz, a strużka soku marchwiowego wycieka mi z ust i brodą wędruje na spodnie.

KUR… W D… MAĆ! Przecież ja za cztery dni mam jeden z trzech najważniejszych startów w tym sezonie! Nie to żebym o nim zapomniał. Nie no, luz. Wszystko mam obcykane jak ta lala! Logistykę, odwiedziny u Wuwcia, wizytę u Czmochów, nocleg u Kucharzy itd. Niezmiennie od miesięcy trzymam się też tego, że chcę tam złamać pięć godzin na połówce ajronmena. Cóż więc spowodowało zafajdanie dżinsów sokiem z marchewki? Otóż w ostatnich dwóch tygodniach umknęła mi jedna rzecz. Jak się głębiej zastanowić, to jest to rzecz niezwykle istotna: TRENINGI.

Tak, treningi, tak zwane bezpośrednie przygotowanie startowe. Serio, nie żartuję. Zawsze zwracałem na to baczną uwagę, bo będąc „w gazie” czułem się mocny zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dodawało mi to dużo pewności siebie. Chodzi o to, by stanąć na starcie (uwaga, będzie cytat nieparlamentarny) „na takiej kurwie, że go zmiatam z powierzchni ziemi. To jest pierwsze pierdolnięcie i on nie żyje.” (jak ktoś nie wie co to za cytat, to kliku-kliku).

Przed wyjazdem do Rotterdamu wiedziałem, że zadanie domowe odrobiłem w 95 lub więcej procentach. Że jestem ostry jak żyleta, szybki jak błyskawica i mocny jak tur. Że rozwalę ten maraton pierwszym pierdolnięciem. I pojechałem tam po swoje. Pobiegłem maraton życia, od startu do mety zgodnie z założeniami i zameldowałem się na linii końcowej z 58-sekundowym zapasem. To było coś! Do dziś mam dreszcze jak wspominam ostatnie kilkaset metrów tego biegu, a jak patrzę na fotki to łza kręci mi się w oku. Drugim najwyższym priorytetem sezonu był KarkonoszMan. Ze względu na trudność zawodów (nigdy wcześniej nie jeździłem rowerem po górach) nie zakładałem żadnego konkretnego wyniku, miało być jak najlepiej. Poszło bardzo dobrze, a przede wszystkim była to przygoda jak nigdy. Z rozpędu zrobiłem świetną ćwiartkę w Nieporęcie i biegowe życiówki na 5, 10 i 21,1 kilometrów. To było dobre pół roku!

Trzecim w sezonie startem o priorytecie A jest właśnie Borówno, a to już za kilka dni. Po nie do końca udanych ubiegłorocznych zawodach chciałem się z tym miejscem rozliczyć. Przyjechać tam mocny jak w Rotterdamie, pewny swego jak na Półmaratonie Warszawskim i bez memłania się rozwalić pięć godzin z 10-minutowym zapasem. Jeszcze na początku lipca wszystko wskazywało na to, że się uda. Że tak wypasiony wynik jest możliwy. Forma rowerowa rosła, basenowa trenerka chwaliła postępy w wodzie, a biegało mi się naprawdę dobrze.

I wtedy przypałętał się ból pasma biodrowo-piszczelowego w prawej nodze. Dałoby się z tym żyć i coś trenować, gdyby nie fakt, że kontuzja wdała się w… romans z czymś, czego wcześniej nie znałem: brakiem samodyscypliny i organizacji czasoprzestrzeni. Takie tête-à-tête mogłoby być niegroźne w listopadzie. Pozwoliłoby mi odpocząć w grudniu. Ale, jasna cholera, przed kluczowym startem?! Zamiast biegać tempówki piłem piwo, rowerowe wyjeżdżenia zostały zastąpione przez bliżej nieokreślone marnotrawienie czasu, a treningi funkcjonalne – przekopywanie otchłani internetu.

W ostatnich dwóch tygodniach przed zawodami na rowerze byłem raz, biegałem dwa razy i zrobiłem tyle samo treningów na basenie. Pięć treningów. Do tego minimalna ilość Schoding Pąpkins i nanoilość ćwiczeń w domu. Zwykle robię tyle w niecały tydzień. Teraz wyszło w dwa. Gdybym się uparł, to za jakiś trening mógłbym ewentualnie uznać dwie wycieczki górskie i dwa zrobione podjazdy podczas rekreacyjnej wycieczki rowerowej koło Zurychu. MÓGŁBYM gdyby nie fakt, że wydarzenia te były okraszone browarkiem czy dwoma (a może trzema) i radosnym obżeraniem się shitem. Na wadze przybyły mi dwa kilogramy Krasusa, a fizycznie czuję się na leżenie na sofie, a nie przepłynięcie 1900 metrów, przejechanie 90 kilometrów i przebiegnięcie 21,1. Na dodatek na wczorajszym basenie naciągnąłem sobie coś z tyłu na dole uda i mnie ciągnie calutka noga teraz, więc nawet z dzisiejszego potruchtania też nici.

Do połówki w Borównie podejdę więc na takiej świeżości, jakiej nie miałem nigdy;) Wkurza mnie przede wszystkim brak pewności. Wiecie, ja nie wykluczam, że przyniesie to niezły efekt, bo przecież sportowa forma nie znika ot tak, prawda?:) Ale ta niepewność mnie irytuje. Nie robiąc nic sportowo, robię wszstko wokół. Od 24h nie piłem piwa (yeah!) i zastąpiłem je sokiem z buraków, czyli ekoEPO. Zbieram też szczęśliwe amulety, które mają mi pomóc w osiągnięciu sukcesu. W torbie na wyjazd znalazły się więc: szczęśliwa czapeczka (prezent od MS:*), w której zrobiłem już ochnaście życiówek; szczęśliwy czerwony ręcznik, który układam na kierownicy w T1; ulubiona papierowa taśma do przyklejania żeli i batonów do roweru; najlepszy na świecie Pimpuś; ukochani kibice (w tym Garnek Mocy), a przede wszystkim… Szczęśliwe klapki podrabiane Kuboty czyli Hero by Wrangler z Tesco oraz w zestawie reklamówka z PoloMarketu od Bormana! Chyba będzie dobrze, co?;)

 

24 KOMENTARZY

  1. Jak zwykle wpis okraszony sporą ilością autoironii i jak zwykle czyta się z ogromną ciekawością. Klapki to po prostu mistrzostwo świata :-)<br />Będzie jakaś relacja online z zawodów?

  2. Zatem obiecuję przywalić kilka razy w jakiś garnek w niedzielę, żeby też mieć jakąś cegiełkę w tym sukcesie (bo to, że będzie sukces jest oczywiste)<br />Powodzenia!!!!!

  3. Ech Krasus, zaczęło się jak u Agathy Christie (ta strużka wyciekająca z ust) albo jak w opisie lunchu pensjonariuszy domu opieki, ale spoko – ja myślę, że Twoi kibice nie będą świadkami ani kryminału ani geriartrycznych występów Krasusa, bo po prostu się w Borównie na pełnej kurwie ogarniesz i wykorzystasz zgromadzone w ciele ostatnio zapasy jako paliwo do rozwalenia piątki :) No a jeszcze z

    • No mam właśnie taką nadzieję.. :) Wszak organizm potrafi wykorzystać energię z tłuszczu, nie?;) No i amulety!! Reklamówka, klapersy – miazga będzie:]

  4. Nie zapominaj, że regeneracja podstawą treningu! Szkoda, że to Borówno tak daleko, pokrzyczałbym sobie… A tak, tylko napisać mogę: OGIEŃ Z DUPY! DAJESZ KRASUS! SIŁAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  5. Ja przed połówką w Poznaniu przez 2 tygodnie prawie nic nie pływałam, a ta dyscyplina poszła mi najlepiej, więc… DASZ RADĘ! Przerwy od treningów czasami bywają zbawienne w skutkach :) Jestem pewna, że pójdzie Ci dobrze! Tylko nie jojcz, zbieraj w sobie sportową złość i OGIEŃ Z PĄDUPY !!! :D

  6. Jojczysz,jojczysz jak…ja:D Wszystko jest – Pimpuś,KIBICE (super !),GARNEK … i moc tez też.Myslisz,ze nie pocwiczysz tydzien i ona juz znika? Na szczescie nie.DAJ CZADU !! Powodzenia !

  7. nie mam konta na FB więc piszę tutaj. OGROMNE gratulacje!!! Do Piły mam jeszcze tydzień więc zaczynam gromadzić amulety!!! widzę, że bez tego ani rusz. Naiwnie sądziłem, że wystarczy dobry trening.

Skomentuj Maria Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here