Choć zdawać by się mogło, że to niemożliwe, że takie rzeczy się nie zdarzają, że nie dam rady, nie podołam wyzwaniu i nie wytrzymam, to jednak… Po raz kolejny głowa wygrała ze słabościami organizmu, poradziła sobie z tym, co kiedyś zdawało się niemożliwe: przez dwa tygodnie KOMPLETNIE NIC NIE ROBIŁEM:) Nie odbyłem żadnego treningu, a aktywność ograniczała się do zwiedzania i rekreacyjnego pływania w oceanie. No i picia i jedzenia, bo przecież najpierw masa, a potem rzeźba! Sporo czasu spędziłem też nad książką „Triathlon dla każdego” Dariusza Sidora (którą mam nadzieję opisać w osobnym poście przy nadarzającej się okazji), a ona z każdym rozdziałem budowała we mnie coraz większą chęć do powrotu na treningowe ścieżki.

Kurczaki, dawno nie byłem tak zmotywowany i chętny do ciężkiej pracy! Chce mi się, naprawdę chce mi się zapierniczać, bo ja to lubię. Kocham sport i czerpię z niego ogrom przyjemności i to nie tylko ze spokojnych treningów gdy jest okazja do podziwiania złotej polskiej jesieni, ale i z takich treningów po których mam miękkie nogi, a serducho wyskakuje z orbity. Nie wiem kto ukuł stwierdzenie, że przyjemność ze sportu czerpie się tylko gdy uprawia się go rekreacyjnie. A GUZIK PRAWDA moi drodzy! Niebywałą przyjemność można czerpać także z regularnego upadlania się i zdychania ze zmęczenia. To inny rodzaj przyjemności, ale wcale nie gorszy:) Gdyby w takim sporcie nie było przyjemności, to po co w ogóle go uprawiać?

Choć dla wielu zabrzmi to jak bełkot szaleńca, to tęsknię za ciężką tyrką. Za uciekającymi spod podeszwy buta interwałami, za moim ciężkim (ale dającym ogromną satysfakcję) 2×20 min w tempie progowym, no i ostrym skopaniem sobie dupska w górach (oj, góry będą powracać w nadchodzącym sezonie wiele razy…). Ale na razie nic z tego. Nic z tego, bo po roztrenowaniu trzeba zacząć budować bazę, więc w grę wchodzą tylko biegi spokojne i luźne kręcenie w strefie komfortu.

Powoli krystalizują się plany i cele na 2015 r. (o różnicach pomiędzy jednymi a drugimi mądrze napisał kiedyś Bartek – polecam lekturę), na myśl o niektórych mam ciarki na plecach. Patrzę sobie na to i aż merdam ogonkiem z radości, a nogi same przebierają z podniecenia. Na razie pozostawię je dla siebie, choć tu i tam coś już zdradzałem, szczegóły pojawią się na blogasku niedługo.

W każdym razie faktem jest, że szkielet sezonu 2015 już mam. Faktem jest też, że w zeszycie w linie (szerokie – to info dla zainteresowanych) powstał zarys planu treningowego. I to nie obejmującego tylko bieganie (jak ten, który pozwolił mi złamać trójaka w Rotterdamie), ale i pływanie oraz rowerowanie. Jak sobie na niego spoglądam, to pięć treningów biegowych w tygodniu zaplanowane na luty (tego jeszcze u mnie nie było!) i wyjazd na tydzień w Tatry wyglądają słodziaszczo. A pierwsze plany czasowe (dobra, pochwalę się: 1:19 w połówce!) powalają śmiałością… ;) I wiecie co? Już się nie mogę doczekać!

PS, a aktualny adres kanału RSS to http://feeds.feedburner.com/biecdalej, uaktualnijcie sobie gdzie trzeba:)

Nie ma nie mogę

2 KOMENTARZY

  1. Jacie, jacie, Karsusie, ale cel! W życiu nie będę taki szybki. Wiem, wiem, wystarczy nad tym popracować. Ale jednak, taki dzik jak ja raczej nie zostanie demonem prędkości.
    Facet, jak Ty mnie motywujesz. Dzięki, dzięki stokrotne :) .

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here