„Pamiętaj, że wilk do szlachetne zwierzę. W razie czego, to nie możesz po prostu wymięknąć i zrezygnować.” – jedno zdanie Staszka, którym przed startem Funex Orient 2014 nawiązał do mojej relacji z Trudów, sprawiło, że motywacji nie brakowało mi przez 12 godzin napierania po górach. W odczuwalnym mrozie dochodzącym do kilkunastu stopni na minusie, na stromych podejściach, zejściach, a miejscami i zjazdach, bo bywały takie stoki, że iść się nie dało, trzeba było po prostu zjechać na nogach lub dupci.

Bez bicia przyznaję, że nie doceniłem Beskidu Żywieckiego. Nie byłem tam nigdy i pomyślałem, że po prostu będą góry dookoła, a my tam sobie pobiegamy, może trochę w górę i trochę w dół. Oczywiście liczyłem przy tym na dobry wynik, 8-9 godz. na górskiej trasie wydawało mi się realne. Wszak to „tylko” pięćdziesiąt parę kilometrów. Gorąco na plecach zrobiło się, gdy kilka chwil przed startem usłyszałem plotkę, że ma być „trójka z przodu” jeśli chodzi o przewyższenia. 300 metrów w górę odpadało, w grę wchodziło tylko przekroczenie trzech tysięcy metrów. Zimowy Ultramaraton Karkonoski, którego nie mogę się już doczekać, ma mieć 52 km i 1800 m w górę. Tu na podobnym dystansie dali nam niemal dwa razy więcej. A w gratisie zabawę z mapą. Zapowiadała się przednia impreza! Jeszcze tylko kilka żartów, uśmieszków i zdjęć i…

3, 2, 1… START
Ruszyliśmy punkt dziewiąta. Już na pierwszym podbiegu stawka trochę się rozciągnęła, a prowadził ją będący ostatnio w niebywałej formie Krzysiek Lisak, aktualny wicemistrz Polski na 50 km z mapą. W naszej grupce byli też m.in. Słoik Roku i Bartek Grabowski, który chciał sobie zapewne odbić niezbyt udane ostatnie starty (Nocny Marek i Trudy) i obronić fotel lidera Pucharu Polski. Ale już pierwszy punkt kontrolny pokazał, kto tego dnia będzie rozdawał karty. W czasie gdy po odbiciu punktu myśmy rozglądali się, gdzie tu pobiec, Krzysiek popierniczał już wzdłuż stoku z prędkością światła. Przez dwieście a może trzysta metrów udało się nam trzymać jego tempo, ale potem zaczął znikać między drzewami i następny raz zobaczyłem go dopiero na mecie. W tym momencie uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie przegrałem piwo;) Wcześniej bowiem założyliśmy się, że stracę do niego mniej niż 1h15min.

W międzyczasie zniknął gdzieś Kwito, a z tyłu został Marcinek Kargol. Zostałem z Bartkiem i kimś jeszcze. Trochę się jednak przed dwójką zapultaliśmy i grupka urosła, a oczom mym ponownie ukazał się Kargolek. Co dwóch Marcinów to nie jeden, połączyliśmy siły i razem napieraliśmy do PK2. Nie poszło nam to zbyt dobrze:/ Bartek uciekł (nie czułem się na siłach by go gonić) i wyszła niezła dupa. Na krótkim odcinku straciliśmy do Krzyśka 16, a do Bartka 7 minut! Ten kawałek pokazał, kto jest obecnie w formie, a kto może nazywać się leszczem. W między czasie minęliśmy się z Przemkiem Witczakiem, z którym łącznie widzieliśmy się na trasie z pięć lub sześć razy, aż w końcu zaprzestaliśmy oszukiwania przeznaczenia i ostatnich kilka godzin napieraliśmy razem.

W górach jest wszystko co kocham
Ale wróćmy do pierwszych godzin zawodów. Strata do ścisłej czołówki rosła, ale nastroje dopisywały, bo góry gwarantują dobrą zabawę i piękne okoliczności przyrody. Do naszej Marcinowej dwójki dołączył lokalny zawodnik Marek Bartyzel, z którym spędziłem kolejne 9 albo 10 godzin. Był on autorem szalonego pomysłu, by z PK3 do PK4 obiec góry asfaltem. Wydało nam się to niezłym rozwiązaniem i daliśmy się namówić, jednak dołożone parę kilometrów i trochę przewyższenia nie sprawdziło się, na tym odcinku straciliśmy do Bartka i Kwita (odnalazł się;)) ponad 20 minut.

W drodze do PK5 znów trochę zapultania, a w schronisku kubek ciepłej herbaty (warto było!) i w efekcie wyprzedziło nas kilka osób, m.in. w/w Przemek, którego jednak dogoniliśmy trochę później. Pomiędzy PK7 i PK8 nadszedł zmrok, trzeba było wydobyć czołówki i zacząć racjonować porcje żywnościowe, bo oczywistym było, że w mniej niż 10h to na pewno nam się nie uda tego rajdu ukończyć. Po siedmiu godzinach napierania w górach trudno już było utrzymać mocne tempo i chwilami bywało zimno. Mokre od niemal samego początku stopy zaczęły przybierać kształty kalafiorów, a dłonie kilka razy były na granicy odmrożenia, której przekroczenia na szczęście zdołałem uniknąć. Uratowałem też przed zamarznięciem napój w bukłaku, wystarczyło na przelotach chować rurkę pod kurtkę. Na dole temperatura wynosiła -5 do -6 stopni, 500 metrów wyżej było zapewne z -10, a gdy dodamy do tego lekko (na szczęście!) wiejący wiatr, to odczuwalna była na 100 proc. kilkanaście stopni poniżej zera. Cały czas powtarzałem sobie słowa Staszka zacytowane na wstępie. „Nie możesz po prostu wymięknąć i zrezygnować”.

W kupie raźniej
Pomiędzy PK7 i PK8 spotkaliśmy w lesie wyglądającego trochę jak zombie Mirka Baszczaka. Miał za sobą poważny kryzys, kiełbasę w dłoni (ależ mu zazdrościłem! Chyba wrócę do zabierania kabanosów na trasę) i mówił o zejściu z trasy. Grupka na dobre wchłonęła Przemka oraz Mateusza Talandę, mocnego napieracza z Katowic i w pięć osób pokonaliśmy kilka punktów kontrolnych. W paru miejscach łapaliśmy zawieszkę, bo umiejętność koncentracji na tym poziomie zmęczenia, po ciemku i na mrozie była ograniczona, a mapa nie zawsze dokładnie odpowiadała rzeczywistości, szczególnie, że po zmroku rzeczywistość jest jakby trochę inna. Ale tym razem zasada „co kilka głów to nie jedna” zadziałała całkiem sprawnie. Zawsze znalazł się ktoś, kto rozkminił sytuację i uniknęliśmy poważnych wtop.

Po zaliczeniu PK10 od grupki odłączył się Maniuś, który nie mając picia i jedzenia (niestety, sam jechałem na oparach i nie bardzo miałem mu co dać) postanowił ewakuować się do bazy, co oznaczało, że jeśli tylko uda mi się zaliczyć jeszcze choćby jeden punkt kontrolny, to wygram nasz wewnętrzny marcinowo-NBRTeamowy pojedynek. My zaś we czwórkę napieraliśmy dalej i szło to całkiem nieźle, analiza tracków GPS pokazuje, że strata do Bartka i Piotrka przestała od PK9 rosnąć, momentami wręcz zmniejszała się. Zaliczyliśmy m.in. spektakularny zbieg z Wełczonia, podczas którego na dystansie półtora kilometra obniżyliśmy się o 300 metrów. Oczywiście ścieżki ani drogi żadnej tam nie było, cięliśmy po lesie i polu. Była po drodze lekko podkręcona kostka, która trochę boli do dziś, ale poważnej gleby nie zaliczyłem.

Od PK12 już tylko w dół i do bazy asfaltem. Sił trochę brakowało, ale myśl o tym, co na mecie, motywowała do biegu. Wcześniej w myślach pozwoliłem sobie na zakup paczki chipsów po ukończeniu. Dziwny jest umysł ludzki, że tak głupia myśl jak „mogę zjeść chipsy” jest w stanie zmusić organizm do ekstremalnego wysiłku. No ale zadziałało, a wieczorna paczka Lay’sów była boska. Na metę dotarliśmy we trójkę (Przemek na ostatnim przebiegu kawałek został i dobiegł kilka chwil za nami, cały czas jednak widzieliśmy jego czołówkę niedaleko z tyłu), a ze względu na brak możliwości klasyfikacji ex-aequo zająłem finalnie siódme miejsce (realnie 6-8 ex-aequo z Markiem i Mateuszem).

Funex Orient 2014 dał mi nieźle w kość, ale jednocześnie dodał dużo wiary w siebie. Praktycznie nie przygotowywałem się do tego startu, zrobiłem ledwie jedno długie wybieganie tydzień wcześniej w Górach Świętokrzyskich, a o pracy nad siłą dopiero myślałem. Mimo tego wytrzymałem 12h (finalny czas to 11:54:10) napierania z solidnym przewyższeniem na poziomie 3200 m w górę i 3200 m w dół. To praktycznie dokładnie tyle samo, co ma Bieg Rzeźnika na trasie o kilkanaście kilometrów dłuższej. Oczywiście to inny rodzaj wysiłku, bo mamy tu przerwy na myślenie nad mapą, poszukiwanie trasy itd., ale z drugiej strony 12h wysiłku górskiego to już coś.

Tegoroczny Funex Orient z kompletem punktów ukończyło tylko 14 z 52 startujących osób. Była to najtrudniejsza impreza sportowa w jakiej brałem udział (oceniam ją jako trudniejszą niż KarkonoszMana) i udało mi się na niezłej pozycji dotrzeć do mety, a to przecież dopiero początek przygotowań. Plan zakłada regularną pracę nad mięśniami, sporo biegania po górach i górkach, a prawdziwy test nastąpi 7 marca w Karkonoszach.

Inne relacje:
Kasica;

 

Jest impreza, są świetni ludzie, są samojebki!
Jest impreza, są świetni ludzie, są samojebki!

Stats & hints:
Wynik: czas 10:54:10; 7/52 miejsce w klasyfikacji open;

Warunki pogodowe: od -5 do -10 stopni, brak opadów, zachmurzone z godziną lub dwiema słońca.

Sprzęt/ubranie: buty Inov-8 Race Ultra 290 + stuptuty krótkie Inov-8; ciepłe różowe skarpetki;); plecak do biegania Quechua Trail 10 Team; zimowe leginsy Newline Base Winter Tights, koszulka Icebreaker Merino z długim rękawem, koszulka termiczna bez rękawków z Decathlona, kurtka NewLine Imotion Cross JKT; Garmin 910 XT; kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie:
2 x mus owocowy Aptonia + PowerGel + baton Agisko + Mars orzechowy + Mars zwykły + MilkyWay + Chia Trial Mix; 1,2 l izo w bukłaku i kubek herbaty na punkcie.

Dla zainteresowanych zapis z Garmina w serwisie Endomondo jest poniżej (lub tutaj), a lubiących emocje i analizę trasy zapraszam do przejrzenia wyścigu złożonego z tracków kilku osób (kliku-kliku)

14 KOMENTARZY

    • Maniek chyba nie przygotował się kalorycznie na taki wysiłek. Mi też ledwie wystarczyło.. tam był taki moment, że byliśmy o 10 czy 15 minut od bazy, a były jeszcze 2 punkty do znalezienia – właśnie tam ludzie schodzili, bo było łatwo.

  1. Rany brawo! Hardcorowy bieg, no i jesli piszesz że przewyższenia na poziomie Rzeźnika a do tego jeszcze przy minusowych temperaturach to kapelusz z głowy do ziemi). Kurcze, mam nadzieję że Was wylosują na Rz. to pokażecie co potraficie, bo już jest dobrze, a pewnie po treningach dedykowanych to będzie w ogóle kosmos :)
    ps. „Mogę zjeść chipsy” LOL! :)

    • Bo widzisz, z motywacją ja wyznaję zasadę taką samą jak z jednostkami treningowymi – im większe zróżnicowanie, tym lepiej! No i taka opcja zjedzenia chipsów była w danej chwili lepsza niż „ciśnij, bo walczysz o pierwszą dziesiątkę” albo coś takiego.. ;)

  2. Fajne zawody, fajny kilometraż :) Z jednej strony gratuluję wysokiego miejsca z z drugiej strony, co tak słabo ? :)
    Napisz mi jak sprawdziły się Inov-8 Race Ultra 290 w śniegu i czy biegniesz w nich ZUK czy zakładasz na nogę coś innego?

    • Marcin, jestem na ukończeniu pierwszej wstępnej recki tych butów, jeszcze tylko kilka zdjęć w weekend zrobię:) Ale odpowiadając na Twoje pytanie – tak, biegnę w nich ZUKa.
      A lepsze miejsce? Jadąc tam liczyłem na 3-5, więc dużo nie zabrakło. Ale jednak.. było to dużo, ja dopiero wszedłem w regularne treningi po odpoczynku. Nie ma się co łudzić, 60 km po górach to konkretny wysiłek, póki co nie dla mnie pudło. Ale spoko, 2015 to dopiero będzie!:)

Pozostaw odpowiedź Tomek N Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here