Gdy na początku listopada 2013 r. rodziła się idea Smashing pĄpkins nie spodziewaliśmy się, że rozwinie się w tak fajnym kierunku. Nie sądziliśmy, że przetrwa dłużej niż pĄpowanie na Everest i w rok zgromadzi taką grupę totalnie pojechanych i, jak powiedziano kiedyś w telewizji, „nie do końca normalnych” ludzi;) Pierwsza edycja Zimowych Biegów Górskich w Falenicy była najlepszym dowodem na to, co w Waszym (i naszym!) rozumieniu oznacza słowo „drużyna”.

„Wracam dopiero do biegania, nie mogę wystartować, ale przyjadę Wam kibicować.” No i Ava przyjechała, zabierając ze sobą… kalendarz adwentowy, z którego każdy finiszer mógł sobie wybrać czekoladkę:) Prosty gest, a totalnie mnie rozwalił. W trakcie zawodów stała cały czas i razem z Groszkiem kibicowała pĄpkinsom i innym znajomym. Groszkiem, który przecież startował na krótszym dystansie i byłby już siedział w domu z piwem. Ale nie, chciało mu się, wolał zostać do końca, wspierać swoich i bić im brawo. A na końcu zjeść pączka (żono Roberta, pójdziesz za to do nieba!) i w końcu… zrobić grupową serię pĄpasków! To był czad, coś fantastycznego, odjechanego i niepowtarzalnego, dzięki ludziska!

Ale sobotnie przedpołudnie to nie tylko wygłupy i radosne pĄpaski. To także sporo potu i kwasu mlekowego połączone z szalonymi zbiegami i wyprzedzaniem. Wyprzedzać trzeba było dużo, bo się zagadałem i trochę źle ustawiłem, za bardzo z tyłu. Trochę się wkurzyłem na starcie za to na siebie, ale… w efekcie skończyło się dobrze, bo pierwszy podbieg zrobiłem dzięki temu bardzo spokojnie.

25 samojebek.. :)
25 samojebek.. :)

A potem się zaczęło… Jabadabaduuu z górki na pazurki! Nauczyłem się już trochę tych zbiegów i dorzucałem do pieca jak tylko się dało. Ze względu na to, że przed sobą miałem głównie wolniejszych biegaczy, ciąłem z boku ścieżki, między drzewami. Jeden sus nad korzeniem, drugi nad kamieniem. Hopla! Kostki się wyginają, ale nowe Inov-8 dobrze trzymają. Do pędzenia na złamanie karku trochę brakowało, ale muszę przyznać, że tak szybko w Falenicy to jeszcze nie zbiegałem. Pierwsze dwie górki były mocno krejzolskie, potem trochę się uspokoiłem, bo to przecież 10km. Praktycznie do końca drugiego okrążenia wyprzedzałem, potem dublowałem, więc cały czas coś się działo, nie było mowy o nudzie!

Na trasie kibicują Ava i Groszek. „Co tak wolno?” pytają. No ładne dowcipy, ja tu płuca wypluwam, a ich się żarty trzymają! Kończąc pierwszą z trzech pętli zobaczyłem na stoperze 13:41 i pomyślałem: „Oj Krasusie, chyba przesadziłeś. Zapłacisz za to teraz!”. Ale… druga pętla to 13:35, upewniam się dodatkowym spojrzeniem na zegarek i wiem już, że życiówka będzie jak ta lala! Słyszę jak kibicka mówi depczącemu mi po piętach Gawłowi, że jest na 29. miejscu. „Mój najlepszy dotąd wynik to 48. pozycja, będzie postęp!” – myślę sobie. Niestety, koleżanka miała chyba z matmy tróję, bo mimo faktu, że wyprzedziłem jeszcze dwie-trzy osoby, skończyłem na 30. pozycji, z czego oczywiście i tak jestem zadowolony.

Trochę dawał mi się we znaki poziom obecnego przygotowania. Moc się dopiero zbiera, bo choć nie obijałem się, #schodingpĄpkins zrobił swoje, ale wytrzymałość jeszcze nie ta, ostatnie interwały VO2max robiłem kilka miesięcy temu. Ktoś mnie wyprzedza, ja kogoś, ale generalnie to inni zwalniają bardziej niż ja i odgłosy depczących mi po piętach rywali słyszę jakby coraz mniej.

Sapię, dyszę jak lokomotywa, klnę nad podbiegach, a na zbiegach pluję i smarkam na lewo i prawo. Niestety, magiczne zaklęcia nie pomagają. Siła się po prostu skończyła i ledwie już cisnę. Lecę po życiówkę i walczę o nią. Już ostatni zbieg, jeszcze parę długaśnych susów (o, Bela robi zdjęcia, może by tak głupią minę?), ostatnia prosta. Mijam wolniejszych zawodników napierając po głębokim piachu i praktycznie na bezdechu, odbijam na prawo by skierować się do mety i trochę przyśpieszając w końcówce wpadam na nią z czasem 41:10. Pffffhhhhhh, za to właśnie uwielbiam tę Falenicę, można się tu konkretnie sponiewierać:)

Chwila rozmowy z szybszymi kolegami i już po kilku minutach przybijam piątki z paroma, których udało mi się dziś obiec. Kuba stwierdza tylko „Jezu, Krasus, jak Ty sapiesz i dyszysz podczas biegu!”;) Oczekuję na pĄpkinsów, którzy jeden za drugim pojawiają się na mecie. Niektórych tracę z widoku. Gdzieś znikają za metą, bo padają na glebę i robią honorowe pĄpaski. Kubek herbaty, ciepła bluza, roztruchtanie i kolejne pogaduchy, kolejne zdjęcia, uśmiechy, kolejne przybite piątki, a w aparacie 25 samojebek, na każdej uśmiechnięta znajoma mordka, a kilku i tak nie udało mi się złapać do zdjęcia. W ramach rozbiegania truchtam sobie pod prąd, dopingując kończących znajomych, udało mi się złapać Ren i bezapelacyjną bohaterkę dnia w naszej drużynie – Panią Anię.

Wcześniej, jeszcze przed startem, w biurze zawodów spotkałem się z kolejnym uczestnikiem zabawy Biegiem po Piwo, listopadowym zwycięzcą, Wojtkiem. Wojtek to bardzo pozytywny gość, cieszę się, gdy moje nagrody trafiają do takich ludzi:) A tymczasem trwa już grudniowa edycja gry. Przypominam, że dołączyć można w dowolnym momencie, więc klikajcie, piwo czeka!

Zasady zabawy BIEGIEM PO PIWO:
1) Dołączamy do rywalizacji Biegiem po Piwo na Endomondo.
2) Biegamy, (liczy się bieganie, bieganie na orientację i bieganie na bieżni) i odnotowujemy swoje treningi w serwisie.
4) Po zakończeniu miesiąca następuje podsumowanie i losowanie.
5) Każde 19,99 km to jeden los.
6) Losuję zwycięzcę i kontaktuję się z nim. Uzgadniamy jakie piwo lubi (jeśli nie pijesz piwa to dostaniesz coś innego;)), wybieram dla niego jedno i wysyłam lub przekazuję osobiście jeśli jest taka możliwość.
7) Proste? Proste!:) Dołączacie?
8) Pamiętajcie, że ze względu na nagrody jest to zabawa tylko dla osób, które ukończyły 18 lat.
9) Miło mi będzie jeśli polubicie FP na Fejsiku i zaprosicie znajomych do gry.

7 KOMENTARZY

  1. Ojej Krasus, aż się zarumieniłam po kokardę, ale zrobiło mi się bardzo miło że tak o mnie napisałeś. Smashing PĄPKINS to fantastyczna inicjatywa i faktycznie tak jak piszesz aż dziw że z jednego endomondowego wyzwania zrobił się z tego team pełen fantastycznych ludzi. Jakby powedżeli Amerykanie „I’m proud to be a part of it”. No a tak w ogóle i wracając do konkretów to wielkie gratulacje ! pojechałeś z grubej rury z tą życiówką a to przecież dopiero pierwsza edycja, więc myślę że przy treningach które sobie zapodajesz (vide dzisiejszy) to twój PR będzie narażony na ciągłe łamanie w Falenicy o ile pogoda pozwoli:) A tak na koniec dodam że mega motywujesz mnie chłopie i już tyle razy w chwilach słabości na starcie czy treningu mówiłam sobie – dupę w troki bądź jak Krasus, u niego nie ma miętkiej gry :)

    • Z tą Falenicą to jest jak piszesz, karty rozdaje pogoda. W poprzednim sezonie najszybszy miałem pierwszy start, a przecież zimę ciężko przepracowałem. Mam jednak poczucie, że mogę jeszcze sporo nadrobić, praca nad siłą będzie i efekty się pojawią:)
      pĄludzie robią różnicę. Jak widać po tym co napisałaś, nie dość, że się dobrze bawią, to jest wzajemnie się motywują i wspierają. Chyba właśnie o to chodzi w drużynie, strasznie mi się to podoba:)

  2. Pięknie napisane.. A z tym „z nie do końca normalnych ludzi” to kurde wiesz jak jest ;) Człowiek po 21.1km na mecie, mózg niedotleniony to i plecie bzdury do kamery ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here