XII Półmaraton Mikołajów w Toruniu miał być elementem biegowej przygody. Mocnym treningiem w drugi zakresie, a żeby się tego założenia trzymać, umówiłem się, że pobiegnę z jednym z pĄpkinsów, który chciał złamać 1:30. Miało więc być w miarę miło, radośnie i towarzysko.

Cel najważniejszy udało się zrealizować, aczkolwiek było ciężej niż sądziłem. I to nie ze względu na trudną trasę (większość po lesie, a miejscami sypki piasek i kilka podbiegów). Problemem był fakt, że drugiego zakresu w tempie 4:14 było tyle co kot napłakał, zdecydowaną większość dystansu przebiegłem w trzecim, a w końcówce odpuściłem finisz, by się nie zakwasić, bo biegłem już na progu.

Najważniejsze jednak było, by pĄpkins dobiegł w zakładanym czasie i to się udało, miał cwaniak sporo zapasu i końcówkę wyrwał jak szalony dobiegając z przewagą niemal dwóch minut nad atakowanym 1:29:59. A wiecie dlaczego tak się stało? Bo pod obowiązkową koszulką mikołajową miał ukrytą pĄkoszulkę! A wszyscy wiedzą, że pĄkoszulka na klacie dodaje +10 do lansu na dzielni i po +20 do szybkości oraz wytrzymałości. Na dodatek dziewczyny patrzą na właścicieli jakby łakomym wzrokiem…;)

A ja? W sumie, jak się tak uczciwie zastanowić, to trudno było oczekiwać, że będzie lepiej niż było i owo 1:29 pobiegnę sobie na pełnym luzie. Już po kilku kilometrach nieźle sapałem i smarkałem, a tętno powędrowało ponad drugi zakres. I choć czułem, że mam zapas sił, to pilnowałem się, by go nie naruszać, bo to nie czas jeszcze. Nie czas na zakwaszanie się, na długotrwałe wysiłki beztlenowe i inne tego typu trudności. Dopiero miesiąc minął odkąd zacząłem się ruszać i owo 21,1 km (czy też 20,9 jak woli Garmin) w Toruniu było jak dotąd najbardziej intensywną jednostką treningową.

Przede wszystkim jednak wyjazd był udaną przygodą, bo udało się spotkać wiele znajomych biegowych mordek, co możecie tradycyjnie zobaczyć na galerii samojebek:) Było dużo rozmów i uśmiechów, a najwięcej radości sprawiła mi… obca osoba. Posłuchajcie historii: siedzę sobie przed startem, czekam na spóźnialskiego Cypka i w pewnym momencie podchodzi do mnie dziewczyna.

– Cześć. Ty mnie nie znasz, ale ja Ciebie tak, bo prowadzisz bloga.
– Ojej, jak miło, czytelniczka!
– I chciałam Ci podziękować za doping podczas Maratonu Warszawskiego, bo gdyby nie Wy, to bym nie dała rady, a to był mój debiut. To było naprawdę świetne – jeszcze raz dziękuję!

Niniejszym ogłaszam, że Agnieszka jest jedną z moich ulubionych czytelniczek!;) A ja głupi, z wrażenia nawet sobie z nią zdjęcia nie zrobiłem…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here