No dobra, przyznaję. Nastąpił jeden z niewielu momentów, gdy trochę zabrakło mi trenera, albo choćby sztywnego, wywieszonego na lodówce, planu treningowego. Lekko bowiem przygotowania do warszawskiej połówki mi się rozjechały. A właściwie to uciekły. Dopiero co wróciłem z urlopu, zrobiłem porządną bazę, dopiero co zacząłem przyśpieszać, z dwa razy pobiegłem interwały, jakieś treningi progowe i nagle okazuje się, że to już za pięć tygodni! Za szybko ten czas leci.

Owszem, pięć tygodni to szmat czasu, ale wcale nie jest tak, że będę miał możliwość w pełni się w tym czasie poświęcić połówce. Jestem teraz w Tatrach na obozie i biegając po górach cieszę się życiem (fotki są o TUTAJ), więc treningu progowego, który wg mnie jest podstawą w przygotowaniach do półmaratonu, nie robię. Jak wrócę, to trzeba będzie się zregenerować i kilka dni wypadnie. Po odpoczynku jeden mocny trening, kolejny w ramach startu w II Ogólnopolskim Biegu Niezłomnych, a potem już odpoczynek przed Zimowym Ultramaratonem Karkonoskim, więc szybkie odcinki skrócę, by w Karkonosze pojechać na świeżości. Po powrocie znów odpoczynek i do Półmaratonu Warszawskiego zostaną niespełna trzy tygodnie.

Już żadnych startów, na nic nie dam się namówić, nie ma bata! Oprócz regularnego biegania utrzymam to, co zacząłem od początku lutego i widzicie na głównym zdjęciu – ćwiczenia w domu. Cholernie zaniedbałem ten aspekt w ostatnich miesiącach i teraz każdego poranka staram się poświęcić parę minut na kilka podstawowych ćwiczeń: podciąganie na drążku, pĄpaski, deskę, przysiady i stabilizację. Kartka z liczbami w poszczególne dni wisi na drzwiach wejściowych i motywuje.

A biegowo pewnie uda się zrobić jeszcze z pięć, może siedem jakościowych treningów. Nie umiem powiedzieć, czy to mało czy dużo, ale… tak naprawdę to zupełnie się tym nie przejmuję. Wczoraj podczas indywidualnego spotkania z obozowymi trenerami usłyszałem podstawowe pytanie: „No to jakie są Krasusie obecnie Twoje priorytety? Z jakim celem tu przyjechałeś?”

Rok temu, dokładnie przy tym samym stole, zadano mi to samo pytanie. Bez chwili zawahania powiedziałem wówczas: „Chcę w Rotterdamie złamać trójkę w maratonie.”. A wczoraj? Po krótkim namyśle odpowiedź była zgoła inna. „Chcę nadal czerpać frajdę z uprawiania sportu i poprawiania swoich wyników.”. Owszem, jakieśtam cele są. Ten Półmaraton poniżej 1:20 to cel minimum (z 1:18:59 cieszyłbym się jak dziecko, ale zdaję sobie sprawę z tego, że będzie cholernie trudno), w ZUK-u chciałbym wypaść jak najlepiej, życiówkę na 10 km w rodzinnym Żninie zrobić (poniżej 36 minut się uda?), GWiNT Ultra Cross ukończyć w czołówce, jakieś pudło na PMNO odwiedzić, a i triathlonowo pościgać się tu i tam (4:45 w połówce będzie dobre!).

Mam jednak wewnętrzne poczucie, że niczego nie muszę. Nie czuję najmniejszej potrzeby udowadniania niczego ani sobie, ani nikomu innemu. Tak mi się w głowie ułożyło, że nie brakuje mi motywacji do zapieprzania, że cały czas chcę być lepszy, wygrać z kilkoma kolegami, poprawić kilka czasów, ale zupełnie nie odczuwam presji. To bardzo fajne uczucie, polecam:)

13 KOMENTARZY

  1. Fajnie masz….ja tą presję nadal odczuwam. Mam sobie wiele do udowodnienia i póki co to kłody pod nogi. A to choroba, a to jakiś ból nogi, a to sraczka. Ale staram się przeć do przodu. Najgorsze, że mam cholerne wyrzuty sumienia jeśli mi wypadnie jakiś trening z planu. :/ Może kiedyś też poczuję to co Ty teraz czujesz :D

    • Radziu, szczerze Ci tego życzę. To naprawdę fajne uczucie. Ja tak mam po genialnym sezonie 2014 – same sukcesy, wszystko mi się udało i… i wiem już, że NIEMANIEMOGĘ, teraz kolejne sukcesy będą osiągane na pełnym luzie. Co nie znaczy oczywiście, że bez ciężkiej pracy, wylewania hektolitrów potu itd.

  2. „Mam jednak wewnętrzne poczucie, że niczego nie muszę. Nie czuję najmniejszej potrzeby udowadniania niczego ani sobie, ani nikomu innemu.”
    Tydzień temu napisałem coś bardzo podobnego o sobie. Nawet w pierwszej chwili pomyślałem, że mnie cytujesz ;-)
    Z takim podejściem zaszalejemy na Karkonoszmanie ;-)

  3. Oj Krasus, z tonu posta widać że Ci tam endorfiny w tych górach uszami wyłażą :) Bardzo pozytywnie. Ale wrzucę dziegciu . Piszesz że niczego nie musisz, że nie masz potrzeby udowadniania. Może i tak, a może tak czujesz bo po prostu wszystko ci ostatnio super wychodzi. Co start w Falenicy to życiówka, przesz do przodu jak burza, to i odczucia są mega pozytywne. Bardziej ludzko opisał to Radzio, choc jak wiemy Radzio też nic nie musi, bo amator a nie zawodowiec. Reasumując wierzę Ci że robisz to (biegasz) bo to kochasz i chcesz czerpać z tego frajdę, ale wydaje mi się że nawet amator, kiedy nie do końca spełnia swoje własne oczekiwania i plany, staje przed sytuacją że jednak chciałby coś komuś a przynajmniej sobie udowodnić, bo ma wkurwa że mu czasem nie idzie :) To tyle – buziaczki z Warszawy!

    • Ależ oczywiście. Bie byłbym w stanie osiągnąć takiego stanu umysłu gdyby mi nie szło. Tak jak napisałem w odpowiedzi Radkowi, to udany poprzedni sezon sprawił, że mogę sobie na to pozwolić. Co chciałem to udowodniłem i teraz mogę mieć ba to „wybiegane” :)

      • Ha, jestem ewenementem, bo mi może nie wychodzić, chociaż mam aspiracje, dążenia w zakresie biegania. No po prostu tak chyba mają ludzie sukcesu minionego roku (jak Ty) i kanapowe lenie (jak ja). :D Uważam, że najważniejsze w pasji jest to, by nie bolała nas na duszy w momencie porażek. Może boleć, jak nie można biegać. Ba, pasja właśnie wtedy najbardziej boli. Ale porażka? Nie, nie ma tego słowa w moim słowniku a propos biegania. Wiem, że poważniejsi amatorzy, bardziej doświadczeni myślą inaczej, ale powinni sobie chyba przypomniej, ile radochy dawało im bieganie na samym początku – kiedy piebiegli pierwszy raz 5, 10 k bez zadyszki, kiedy poczuli, że mają kondycje! :)

  4. Ach, jak mi się podoba ten post. Wyróżnia się na tle wkurwów lub patetycznie wzniosłych afirmacji. :) Mam dokładnie taki sam plan. Nic nie muszę, ale zachciało mi się dać z siebie więcej i dam z siebie więcej. Tylko nic na siłę.
    Tatry są bossskie! Myślę, że taki trening może dać wiele więcej niż ten do półmaratonu, bo głowa najważniejsza. :)
    Powodzenia we wdrażaniu regularnych ćwiczeń wzmacniających i oczywiście trzymam kciuki za przyszłe życiówki.

Skomentuj Radziu Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here