Dziwnie zaczęła się dla mnie ta Falenica. Czwarta edycja tegorocznych zawodów, trasę znam praktycznie na pamięć, niby to start treningowy bez wysokiego priorytetu (raczej C niż B), ale… jadąc tam, wpadłem w dziwną panikę. Wiecie, taki stres co to się przed maratońskim debiutem odczuwa. Jadę samochodem, ciśnienie mi skacze, nogi jakieś nieswoje, a w głowie kotłują się myśli.

Po cholerę zapowiadałem wszem i wobec, że te 40 min. chciałbym złamać? Po co mi to? Kolejny raz udowodnić, że #NIEMANIEMOGĘ to nie pusty slogan? Że na amatorskim poziomie naprawdę każdą granicę można przesunąć? Że mam jeszcze zapas, że mogę być szybszy, mocniejszy? Ech, głupi, po co Ci to, po co. W pewnym momencie mam wręcz ochotę zawrócić i pojechać z powrotem do domu, ale przy samochodzie spotykam szukające miejsca parkingowego Avę i Ren. No teraz już się wycofać nie można, i tak już dałem d…, bo nie wziąłem dla Ren czegoś, co obiecałem.

W poszukiwaniu znajomych idę do biura zawodów, tam w kolejce do WC zawsze można z kimś pogadać. Ale kolejka ma taki rozmiar, że decyduję się na spacer w krzaczki. Po drodze wpadam na NBR-owego zioma Belę oraz Stefana, byli w ubiegłym roku mocniejsi ode mnie, ale teraz wracają do biegania po przerwie, więc mam chwilę triumfu, wygrywam z nimi;) Potem łapię Gawła, z którym wiele razy ścigałem się podczas Monte Kazury, a na Falenicy zawsze jest tuż za mną. To właśnie jest cała Falenica – gdzie się nie obrócisz, tam znajoma gęba:) Decydujemy się na wspólną rozgrzewkę, w między czasie przybijam piątkę z truchtającymi pĄpkinsami – członkami najwspanialszej drużyny biegowej jaka kiedykolwiek i gdziekolwiek powstała.

Stres mija. Znów czuję się dobrze, czuję chęć na ostre ściganie. Mały test trasy pokazuje, że jest twardo (to dobrze!) i miejscami ślisko (to bardzo niedobrze!). Na śniegu i w innych terenach Inov Race Ultra 290 radzą sobie bardzo dobre, ale na lodzie to musiałbym mieć kolce. W paru miejscach na pewno by się przydały.

Duch Falenicy unosi się wszędzie. Co chwilę witam się z kolejnym pĄpkinsem, z ludźmi z Obozów Biegowych i innymi biegowymi łobuzami. Niestety, duch ten ma też złe strony – burdel organizacyjny. Przy pięciu czy siedmiu setkach uczestników nie można sobie pozwolić na powiedzenie bez megafonu lub mikrofonu „Startujemy za dwie minuty!” skoro wg rozpiski plan powinien być za minut cztery. Mi się udało tę informację usłyszeć, ale wielu osobom – nie.

A powyżej Falenickie gęby #4. Widzicie co ci wszyscy ludzie robią? Przyjrzyjcie się dokładnie. Prawie każdy z nich pokazuje jeden palec. Jeden palec jak…? No właśnie, jak jeden procent! Przyznajcie się, kto nie złożył jeszcze deklaracji podatkowej? Pamiętajcie o jednym procencie, dobra? Nie ma znaczenia, czy dacie go na WOŚP, na Bartka, TOPR, czy inny cel, ważne, by pieniądze te się nie zmarnowały.

A jeśli nie macie pomysłu, na co swój 1 proc. oddać (przypominam, że to NIE IDZIE Z WASZEGO PORTFELA!), to zachęcam do pomocy komuś, kto jest mi szczególnie bliski, namiary poniżej.

Fundacja Wcześniak Rodzice Rodzicom
nr KRS: 0000191989
Cel szczegółowy: Nina Marianna Jakuta
Dodatkowe wpłaty:
Fundacja Wcześniak Rodzice Rodzicom
numer konta: 43 1240 6351 1111 0010 5323 0121
z dopiskiem: Nina Marianna Jakuta

1 proc. dla Ninki
1 proc. dla Ninki

Taktyka na czwartą edycję Falenicy 2014/2015 była taka, by pobiec mocno, a potem przyśpieszyć. Proste? Tabliczkę „1 km” mijam mając na zegarku 3:54. Pamiętam, że poprzednio (za szybko) było to 3:52. Jest więc lepiej, ale powinienem odrobinę jeszcze zwolnić. Tak też robię, a pierwszą pętlę kończę z czasem 13:13, o 10 sek. wolniejszym niż dwa tygodnie wcześniej.

Ale z jakże innym samopoczuciem! Wtedy miałem już na tym etapie mroczki przed oczami. Teraz czuję się dobrze. No, na tyle dobrze, na ile można się czując mając tętno na poziomie 91 proc. HR max;) I wiecie co? Kończąc pierwsze kółko i mając w pamięci poprzednie zawody, wiedziałem już, że to będzie mój dzień, że 40-tka pęknie, że będzie sukces! Oczywiście, że to nadmierna pewność siebie, może jakaś pycha, ale po pierwszej z trzech pętli wiedziałem, że nic nie jest mi w stanie odebrać tego sukcesu.

Druga pętla bardzo podobnie – 13:17. Przebiegłem ją na końcu trzy- lub czteroosobowej grupki, lecącej moim tempem, co bardzo mi odpowiadało. Na ostatnim okrążeniu jedna osoba z grupki odpadła, a myśmy cisnęli dalej. Na trasie doping od Marty, Maćka i innych znajomych (jak zwykle DZIĘKUJĘ!), na pulsometrze okolice 98 proc. HR max, na gębie uśmiech.

Na końcu ostatniego podbiegu spoglądam na zegarek, ale ze zmęczenia nie jestem w stanie odczytać czasu, widzę tylko 38 na początku i nie wiem co potem. Pamiętam za to, że ostatni zbieg i prosta do mety zajmują mi mniej niż minutę, będzie czterdziecha, hahaha, będzie czterdziecha! Końcówka, tempo w okolicy 3 min/km, tętno bliskie maksymalnego, a ja się uśmiechem, wykrzykuję coś i nawet nie próbuję wyprzedzić dwójki biegnącej przede mną, bo i po co? Przyjechałem tu złamać 40-tkę i udało się!

Za metą przecieram oczy, spoglądam na zegarek, 39:33, to mi się podoba, ostatnia pętla w 13:03! Zaczynam wracać do żywych, a tu na metę wpada Gaweł! A to Kocur jeden, też mu się 40-chę udało złamać! Niestety, nie wiemy jednak jak bardzo, bo ze zmęczenia nie zatrzymał zegarka:) Szybka ubierka w bluzę i kurtkę i oczekiwanie na kolejnych znajomych. Najpierw wspomniani wcześniej Bela i Stefan, niedługo po nich, niemal jeden za drugim, trójka z Obozów Biegowych, a potem pĄpkinsi. Kasia z Robem znów niemal razem, potem chwila przerwy i Ava, drugi Robert i Groszek też w odstępie parudziesięciu sekund. Jeszcze tylko Przemek (ha! Mówiłem mu, że 55 bez problemu złamie!) i Mamuśka, która po raz kolejny poprawiła swój czas, tym razem o PIĘC MINUT. Ach, te pĄpkinsowe kobiety!

Normalna relacja powinna się już właściwie skończyć, bo przecież przebiegłem, zrobiłem życiówkę, zaczekałem na znajomych i pora wracać do domu. Ale, ale! Przecież Smashing Pąpkins to, cytując klasyków, „drużyna ludzi nie do końca normalnych”. Co oni robią? Z bagażników samochodów wyciągają kółka z kilkami służące do dokonywania dokładnych pomiarów. Zbierają się w silną grupę i… wybierają się na spacer falenicką wydmą – będą mierzyć trasę! Trzeba raz na zawsze rozstrzygnąć, ile ona ma, bo organizatorzy mówią o 10 km, Garminy pokazują około 9. O tym jak fajnie było, opowiadał nie będę, bo to trzeba było po prostu poczuć. A tego, ile zmierzyliśmy, dowiecie się z filmu na YT (o tutaj!) jak to już zmontuję;)

A Falenica? To był mój ostatni tam start w sezonie, za dwa tygodnie będę dopiero wracał z Tatr, a w trakcie finału będę raczej odpoczywał po ZUK-u, więc ścigania już nie będzie i życiówka poczeka na dalszą poprawę do przyszłego roku. Trochę żałuję, że nie będzie mnie za dwa tygodnie, bo może powalczyłbym o poprawę miejsca w kategorii wiekowej, w której na razie jestem siódmy. Do pudła nie doskoczę, ale do piątej pozycji strata jest relatywnie niewielka. Ale co tam, narzekać nie mam co, bo w tym sezonie każde kolejne zawody biegłem trochę szybciej. Ciężki trening jakiemu się poddaję przynosi po prostu wymierne efekty. Kusi mnie, by spróbować się na jakiejś płaskiej trasie. Zapisałem się więc na II Ogólnopolski Bieg Niezłomnych, 1 marca pościgam się w Białych Błotach pod Bydgoszczą. Zawody odbędą się dokładnie w Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, czyli żołnierzy antykomunistycznego podziemia, którzy po zakończeniu wojny nie przestali walczyć o niezależność Polski. Lubię biegi, które upamiętniają jakieś historyczne wydarzenia, taki sprawdzian na 10 km bardzo mi więc pasuje.

PS, na Instagramie mam 250 osób, chcesz być honorowym 251?:) Kliku-kliku!

1 KOMENTARZ

  1. Gdybym już nie oddawał podatku to chętnie bym wysłał. Ważne jest go podarować. Bliskiej znajomej synek ma siatkówczaka i walczą o ratunek dla oka. Zawsze takie sytuacje są smutne. Powodzenia w zbieraniu pieniędzy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here