Prawie 150 km do przodu i 5 tys. metrów w górę – niemal 20 godzin biegania i około 10 godzin dodatkowych zajęć z: siły, stabilizacji, rozciągania i techniki. Tak mnie przeczołgali przez siedem dni. Na dodatek na czas obozu ktoś włamał mi się na Fejsa (lubimy!) i publikował tam zdjęcia z pocztówek i jakieś dziwne posty o tym, jak to jest tam wspaniale. Pora na sprostowanie: nie warto na taki obóz jechać!

Dlaczego?

Trzeba zaiwaniać

Widoki w Tatrach są jak zwykle boskie. Ja chciałbym się nimi nacieszyć, porobić zdjęcia, a tu każą mi zapieprzać. Że niby pracować pośladkiem na podbiegu (a nie łydką), że na zbiegach krzesełko robić, że mocno ramionami pracować. HELOU, A SAMOJEBKA Z GIEWONTEM?!

Miałem nadzieję się wyspać i poczytać książkę. Na co dzień ledwie dopinam czasowy koniec z końcem, pojechałem więc na urlop. A tam? O 8:10 rozruch, potem śniadanie, chwila oddechu i na trening. A na treningu dali mnie znów do najmocniejszej grupy i nie dość, że Krzycha gonić musiałem (raczej bez skutku), to jeszcze inni cały czas mi po piętach deptali, czasem wyprzedzali i trzeba było zapieprzać.

Jak wróciliśmy z treningu biegowego tośmy sobie z Wybieganym zalegli na wyrkach (niezbyt wygodnych niestety…) i tak sobie dumamy o pięknie świata. Myślałem, że można już browca otworzyć i pójść po chipsy, a tu dupa. Chwila odpoczynku i na salę pobliską. I trening siły. Na pośladki, na brzuch, na grzbiet. Jeszcze osiem powtórzeń, jeszcze sześć… już dyszysz jak lokomotywa, już sapiesz jak na interwałach, mięśnie palą. Ale jeszcze cztery powtórzenia, nie ma taryfy ulgowej! „Krasus, zroluj miednicę!”, „Krasus, trzymaj postawę!” – no nie dadzą człowiekowi spokoju, ciągle coś.

Nie ma imprezowania

Ha! Żony zostały w domu, można wreszcie poszaleć w dyskotece Wierchy. Błyszczące koszule przemycone w torbie pod koszulkami z merynosa, świecące lakierki zawinięte w torbę z Rotterdamu, taki ze mnie spryciarz! Jużeśmy mieli ciuszki z Ravem wyprasowane, już dupeczki dostały cynk, że zaraz wychodzimy, tylko… przysnęło nam się ze zmęczenia po rozciąganiu:/ Kolejnego dnia też nic z tego, dupa zbita! Napięty plan dnia i dużo aktywności fizycznych sprawiają, że wieczorem, po wspólnym wypiciu piwa lub dwóch, oczęta same mi się zamykały i w okolicach 23 (jak większość uczestników) potulnie lądowałem w łóżku. Lans na Krupówkach? Zapomnij.

Biega się z pełnym brzuchem

Śniadanie pierwszego dnia. Zwykle przed bieganiem zjadam banana lub pół bułki z dżemem. No, ewentualnie dobrego batona energetycznego;) Owszem, dżem był, bułki były, a banany kupowałem w pobliskim sklepie. Tylko że… Jak tu jeść banana gdy na stole lądują wyśmienite jajka sadzone? Gdy ser jest serem, a nie kawałkiem papieru, a pasztet zrobiony jest z mięsa, a nie z podeszwy buta? Po takim śniadaniu powinni nam dać trzy godziny wolnego! Biegaliście kiedyś po zjedzeniu czterech jajek sadzonych i przepchnięciu ich dwiema bułkami z solidnym okładem? Ja biegałem i myślałem, że wypluję swój układ trawienny! Jedzenie na obozie to totalna porażka!

Można się zgubić

Czy my się zgubiliśmy? Czy widzieliście kiedyś facetów, którzy się zgubili w terenie? Ależ nie! Ojtam, że szlak zniknął. Ojtam, że lecimy w trochę złym kierunku. Ojtam, że miało być regeneracyjne rozbieganie. W górach powinny być taśmy rozwieszone jak na maratonie, by każdy wiedział gdzie biec. I wiecie, co jeszcze? Szlaki były nie posypane piaskiem. Miejscami było ślisko, wywinąłem orła, a przecież powinni przygotować miejsce, gdzie mamy biegać, nie? Do bani.

Czepiają się wszystkiego

Myślałem, że będą mnie tam chwalić i klepać po pupie, a tu okazało się, że wcale tak nie jest. Twierdzą, że mi źle lewa ręka pracuje przy bieganiu. Że dziwne kółeczka zataczam łokciem. I nawet video spreparowali, żeby mi to pokazać! I jeszcze że mam nad pośladkami popracować. I stabilizację poprawić. I na rozmowie w cztery oczy mówią, że mam dobrą zdolność adaptacji, więc powinienem jak najbardziej różnicować treningi, zamiast robić to, co mi dobrze wychodzi. No też mi coś, i jeszcze może mam ciężko trenować, co?!

Nie dają spokoju

Wymyślili sobie, że fizjoterapeuta powinien być na obozie. No i zamiast mieć czas na odpoczynek, to myśmy musieli się rozciągać i jeszcze badanie ortopedyczne każdy miał zrobione. I pokazywali każdemu co źle robi, i tłumaczyli jak robić poprawnie. I podpowiadali jak zaplanować starty, jak ustawiać treningi, co robić. I ten kolo spod Everestu był, opowiadał jak się biega po górach, jak trenuje i tak dalej. Helou, przecież ja to wszystko wiem, co oni mi głowę zawracają.

I jeszcze kazali płacić…

Aha, no i wyobraźcie sobie, że obóz nie był darmowy! Siedem noclegów, żarcie każdego dnia, trenerzy i wszystko inne. I życzą sobie za to aż 1690 złotych. A w tym nie było darmowego piwa i po browary trzeba było chodzić do sklepu, ech… Nigdy więcej na obóz z ObozyBiegowe.pl!

Podoba się wpis? Spójrz, poniżej są przyciski do udostępniania!

10 KOMENTARZY

  1. Przekonałeś mnie – w życiu na obóz biegowy nie pojadę ;)
    A za te focie z „włamanego fejsa” to poważnie rozważałem tymczasowego bana – to było niehumanitarne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here