Kameralne imprezy, w których udział biorą głównie krewni i znajomi królika – myślę, że to jest wycinek rynku imprez sportowych dla amatorów, który podoba mi się najbardziej. Choć robione bez zadęcia i napiny, to można się na nich na serio pościgać, a potem napić piwa z w/w królikiem i jego ziomalami. Zorganizowane na początek sezonu są doskonałym przetarciem przed priorytetowymi startami, a przy tym okazją do zacieśnienia więzi towarzyskich z ciekawymi osobami. Dodajmy do tego świetną lokalizację zawodów, walory estetyczne (mieszkamy w pięknym kraju!), aspekt charytatywny oraz niepowtarzalną atmosferę przyjaźni i rywalizacji połączoną z wyżerą domowej roboty ciast, które nazwozili uczestnicy.

Gdzie takie rzeczy? A w Kromerowie u Marcina Mkona Koniecznego, na pierwszej edycji Azzun Duatlonu. Tego, że było genialnie, to Wam zapewne tłumaczyć nie muszę. Że przez cały weekend banan nie schodził nam z twarzy, że można było pogadać z kumplami, popękać z zazdrości obserwując ich rowery (tak, tak, zazdrośnik ze mnie!) i wypocząć w uroczym zakątku Polski chyba też nie, co? Ach, no i niesamowite emocje podczas biegu dzieci, który zgromadzonej gromadce sportowców sprawił nie mniej radości niż nasze własne ściganie!:) I rozdanie nagród, na którym nagród było tyle, że miałem już dość losowania dopóki sam nie wylosowałem pakietu startowego na połówkę w Chodzieży, która jest moim startem A w tym roku!

Skupię się więc na aspekcie sportowym. To była dla mnie dobra lekcja, mam nadzieję wyciągnąć z niej dobre wnioski i wykorzystać doświadczenie. Azzun Duatlon zorganizowano na dystansie 5 km biegu – 30 km roweru – 7,5 km biegu. Rozłożenie sił na takich zawodach to trudna sztuka, tym bardziej, że sam nie wiedziałem, ile tych sił mam. Przez ostatnie trzy tygodnie leczyłem kontuzję mięśnia dwugłowego prawego uda, robiłem tylko krótkie i lekkie treningi, a na rowerze na zewnątrz byłem w tym sezonie raz. Jeden raz. Marzyła mi się oczywiście jakaś epicka walka o pudło w kategorii wiekowej, ale fakt jest taki, że mocy w nogach tym razem być nie mogło, bo ona nie bierze się znikąd, tylko z zapieprzania na treningach.

Pamiętając Półmaraton Warszawski (kto nie czytał, ten nadrabia kliku-kliku!), który do chwili kontuzji biegłem kawałek za Drummerem, postanowiłem i teraz trzymać się jego pleców. Niestety, plecy już na pierwszym kilometrze oddalały się za szybko i musiałem odpuścić. Pobiegłem więc na własne wyczucie. Bez mocnych treningów nie da się ścigać z najlepszymi. Cisnąłem nieco szybciej niż 4 min/km, utrzymując się w końcówce pierwszej dziesiątki, a jednocześnie na granicy komfortu biegu.

Wiało paskudnie, więc w strefie zmian poświęciłem trochę czasu na ubranie kurtki. Lekko się przy tym zapultałem i zmiana zajęła mi dużo za dużo, w efekcie do strefy wbiegłem dziewiąty, a wyjechałem z niej jakieś dziesięć pozycji niżej. Na rowerze ruszyłem dość mocno, ale podjazdy i wiatr szybko utemperowały moje zapędy. Na dodatek efektem braku wyjeżdżenia na zewnątrz jest strach jaki oblatywał mnie, gdy z boku mocniej przywalił wiatr. Bałem się po prostu, że zaliczę szlifa, bo po drodze rzucało solidnie. Jechałem więc raczej zachowawczo, a gdy do wiatru doszedł grad, trzymałem się już tylko górnego chwytu.

Tak, tak, grad. Na trasie rowerowej był grad, wiatr, podjazdy i zjazdy, a brakowało tylko płaskich odcinków. To było 30 km napieprzania w ciężkich warunkach. Wyciągając z kieszeni batona przez przypadek zapauzowałem Garmina, więc nie wiem, jaka średnia prędkość mi wyszła, ale z tego odcinka, który mam (24,5 km), było prawie 32 km/h, co jak na obecną formę i trudne warunki jest i tak niezłym rezultatem.

Druga zmiana znów trochę mi zajęła, bo musiałem zdjąć kurtkę. Pożaliłem się jeszcze NKŚ, że rower to mi do dupy poszedł i na bieg ruszyłem chyba na 25. miejscu. Pomny niedawnej kontuzji starałem się znów biec na granicy komfortu, co przełożyło się na tempo nieco ponad 4 min/km. W międzyczasie wyprzedziłem kilka osób, kilka zdublowałem i ukończyłem zawody na 20. miejscu na 63 uczestników z czasem 1:45:39, do pudła w kategorii i TOP10 w generalce tracąc nieco ponad 6 minut.

Czego się na Azzun Duatlonie dowiedziałem? Ano tego, że z bieganiem jest nieźle, skoro na zmęczeniu trasą rowerową i na trudnej pagórkowatej trasie strefa komfortu kończyła się nieco powyżej tempa 4:00, parę chwil po dotarciu do mety nie czułem już zmęczenia, a w niedzielę z radością wybrałem się na godzinny rower. W najbliższych dniach sprawdzę jeszcze jak jest z wytrzymałością długodystansową i wtedy podejmę decyzję, co zrobić z majowym startem w GWiNT Ultra Cross na 55 km.

Po raz kolejny przypomniałem sobie, że muszę dopracować strefę zmian. Nowe piękne buty kolarskie SIDI wciąż leżą w szafie bez bloków, a tymczasem pora wreszcie nauczyć się wskakiwać na rower w biegu. W Kromerowie postawiłem na zdrowie (ubranie kurtki), ale w Sierakowie to już nie będzie zmiłuj, zmiana ma być błyskawiczna! Żadnych zbędnych ruchów.

Była to też dla mnie kolejna lekcja pokory jeśli chodzi o kolarstwo. Nie wiem, dlaczego tak często zapominam o tej jednej jedynej słusznej prawdzie: ŻEBY JEŹDZIĆ TRZEBA JEŹDZIĆ. Na wrodzonej zajebistości można robić wyniki dobre, ale nie bardzo dobre. Choć tej zimy i tak do trenażera przyłożyłem się bardziej niż rok i dwa lata temu, to nadal było go za mało, a moja niechęć do jazdy w trudnych warunkach pogodowych (musi być słoneczko, bezwietrznie i ciepło!) skutkuje brakami technicznymi.

Trzeba szybko wskoczyć na docelową objętość 16-20h miesięcznie w siodle. Bo choć chwilami w Kromerowie odpuszczałem bojąc się wiatru, to miejscami po prostu moje mięśnie nie dawały rady. Podoba mi się taki początek sezonu, w którym poznaję swoje aktualne miejsce w szeregu i dostaję motywacyjnego kopa do pracy. Jedziemy z koksem!

NIE MA NIE MOGĘ!

10 KOMENTARZY

  1. Fajne zawody. Ja teraz porządnie jaram się rolkami, chcę kupić nowe i wrócić do tego sportu, który kochałam rekreacyjnie, potrafiąc być całkiem szybka. Teraz z treningiem na pewno potrafiłabym być jeszcze szybsza. I docelowo marzy mi się maraton na rolkach. :) Rowerek jest fajny, też lubię jeździć, ale triathlon to za dużo, wolę czytać relację z takich wydarzeń. Duathlon jest kuszący nawet, ale chyba więcej jednak tri zawodów, niż takich.
    Tak w ogóle to doszukiwałam się znaczenia MKon gdzie indziej niż w nazwisku i bufkę czytałam tak:
    …..Nie Ma
    …………..K**wa
    …nie mOgę
    …………..No!
    :) Super, że zrobiłeś sobie rozeznanie w tym, nad czym trzeba pracować. :)

    PS Czy masz możliwość dodania opcji śledzenia komentarzy? To byłoby fajnie, żeby widzieć rozwój dyskusji niektórych co ciekawszych wątków.

    • Muszę przyznać, że Twoja interpretacja ksywy Mkon jest całkiem-całkiem!:)
      Co do śledzenia komentarzy, to kiedyś była, zniknęła po przeprowadzce na WP. Ale masz rację warto to przywrócić sensownie! Pomyślę nad tym:)

      Duathlonów nie brakuje, jak poszukać, to ciągle się jakieś odbywają, a to naprawdę przednia zabawa:)

  2. No super relacja… kiedyś też muszę spróbować sił w samym duathlonie. Fajnie byłoby to zrobić na takiej imprezie jak ta! Ostatnia a zarazem pierwsza rzecz jaka przykuła moją uwagę to medal. Czadowy :)

  3. Krasus! Słyszałem jak się w radiu wymądrzasz na temat rozpoczynających swój galop cen mieszkań w Łodzi. Myślałem, że już porzucasz korpożycie bo wszyscy Chia Charge teraz jedzą zamiast kartofli i kiełbasy.

  4. Fajna relacja i bardzo fajne zawody, rzeczywiście super sprawa jeśli chodzi o przetarcie się i zweryfikowanie tego co się zrobiło przez zimę.

    Po długich poszukiwaniach, rozmyślaniach i negocjacjach z domownikami zakupiłem swoją pierwszą szosę. Zgadzam się z Tobą w zupełności, że najlepiej jak jest cieplutko, słoneczko i zero wiatru (no chyba że w plecy). Takie warunki po prostu dają niczym nieskrępowaną radość z jazdy. Inna sprawa, że rzadko się zdarzają;)

    A co do Gwinta, to miałem przyjemność pobiec w ubiegłorocznej edycji i gorąco polecam ten start. Co prawda zmienili trochę formułę w porównaniu z zeszłym rokiem ale nie wątpię, że i tym razem będzie świetnie. Super organizacja, atmosfera i widoki na trasie. Podczas trwania biegu wiedziałem, że i w tym roku tam pobiegnę. Tym bardziej żałuję, że mnie jednak nie będzie gdyż w obecnej edycji mój brat zalicza debiut w ultra i przegapię okazję do spotkania i samojebki z Krasusem:(

  5. O, o, ta radość z jazdy! Bo oczywiście trening treningiem, ale taki poranny trening w niedzielę, gdy na drogach prawie nie ma samochodów, świeci słonko i jest ciepło, to.. no, taki trening to esencja życia, kurde mać!:)

    Skoro Twój brat będzie, to czemu Ty nie możesz? Może choć pojawisz się jako kibic?:)

    • Lada dzień powiększy mi się rodzina (kolejny raz;) i nie dostałbym za nic przepustki;) Pojawienie się jako kibic przeszło mi przez myśl, to taka ważna okazja w końcu, sam z resztą pisałeś o tym w poprzednim wpisie.

      Będę musiał negocjować, jakiś pomysł jak przekonać Lepszą Połowę?:)

  6. Bartek, to piękna okolica, świeże czyste powietrze, może Piękniejsza Połowa też by przyjechała? Mały relaks jej nie zaszkodzi. Ja wiem, że po miesiącu od rozmnożenia to nie jest łatwe, ale za to jakie przyjemne!:D

Skomentuj Pan Żabka Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here