„MOJA WŁASNA AKCJA ‚WRZUĆ ZŁOTÓWKĘ NA CZASÓWKĘ’ + GROSIK NA SZCZĘŚCIE ;))” – to najfajniejszy tytuł przelewu jaki kiedykolwiek dostałem (lepszy nawet niż wszystkie „FV XX/2015” i inne takie!) , bo choć opiewał na skromną kwotę 1,01 PLN, to stanowi symbol mojej motywacji do uprawnia sportu. Dostałem go, gdy podejmując decyzję o zakupie roweru czasowego, pochwaliłem się założeniem specjalnego konta oszczędnościowego na FB. Jeden z czytelników, Krzysiek, postanowił w ten sposób pokazać mi swoje wsparcie, czym totalnie rozwalił system.

W ogóle takie ludzkie wsparcie daje naprawdę porządnego kopa do pracy. Po nieudanym niedzielnym Półmaratonie Warszawskim dostałem w ciągu paru dni kilkanaście wiadomości, a nawet telefonów z pytaniami: Jak noga? Jak głowa? Pozbierałeś się? „Inspirujesz mnóstwo osób, a z potknięciami na drodze do sukcesu będziesz inspirował jeszcze więcej.” – napisała M. „Zjebałeś.” – stwierdził z kolei z wrodzoną delikatnością P. doskonale wiedząc, że nie zinterpretuję tej wiadomości dosłownie. Każda z tych wiadomości, każde pytanie i zdanie utwierdzało mnie w przekonaniu, że to co robię ma sens i nie pozwoliła załamać rąk, choć ostatnio nie było mi łatwo.

Ale takie ludzkie wsparcie to tylko jeden z motywatorów do uprawiania sportu. A mocna dawka motywacji to jeden z podstawowych składników sukcesu (nie tylko w sporcie zresztą). Stąd pomysł, by podzielić się z Wami tym, co mnie motywuje. „Psychologia dla sportowców” (dobra książka, pomogła mi poukładać sobie w głowie parę rzeczy – polecam!) dzieli motywację na wewnętrzną i zewnętrzną. Wewnętrzna to chęć do rozwijania się, poprawiania własnych osiągnięć itd., zewnętrzna to zaś to, co wpływa na nasze działania z zewnątrz, czyli np. pochwały i nagrody. Jak ktoś chce się zagłębić w temat, to polecam sięgnięcie do źródła, ja chciałbym motywację podzielić inaczej: ze względu na obiekt jej działania.

1) Motywacja do uprawiania sportu

Wiele osób zabiera się za sport, by zrzucić wagę. W zdecydowanej większości przypadków aktywność fizyczna połączona z magiczną dietą MŻ (mniej żreć!) prowadzi do tego celu. Inni chcą lepiej wyglądać, zaszpanować ukończonym maratonem na FB czy komuś coś udowodnić.

A ja? Ja po prostu to lubię. Wysiłek fizyczny sprawia mi ogromną przyjemność, o której pisałem już kiedyś TUTAJ. Zanim zabrałem się poważniej za bieganie, ładnych parę lat grałem w piłkę nożną, jako dziecko też należałem do tych aktywniejszych. Sport daje mi radość, wolność, przyjemność i takie -ości mógłbym wymieniać godzinami. Proste jak drut.

Dodatkowo jeszcze, podoba mi się rywalizacja. Wiele osób rozpoczyna od ścigania się z samym sobą, ale nawet na początkującym poziomie pojawiają się pierwsi kumple, z którymi chce się wygrać. To dodaje sportowi smaku. Dobrze mieć znajomych, którzy są lepsi. Dążenie do tego, by ich dogonić może być fajniejsze niż samo dogonienie. Mnie nakręca to do działania. Jednych przeganiam, inni przeganiają mnie – liczy się, by z przodu był jakiś króliczek.

2) Motywacja do przesuwania granic

Sport można uprawiać rekreacyjnie. Tak jest zdrowiej, łatwiej i przyjemniej. Truchtamy po lesie, robimy zdjęcia uśmiechniętych buziek i tryskamy endorfinami. Biegamy wtedy gdy mamy na to ochotę i w takim tempie, na jakie akurat danego dnia przyjdzie nam chęć. Jest jednak i inne oblicze sportu amatorskiego – to oblicze śmierdzi potem, promieniuje bólem mięśni i wygląda grymasem zaciśniętych zębów (tak, zdaję sobie sprawę, że językowo ostatnie zdanie jest niepoprawne). Dochodzimy do granic swoich możliwości tylko po to, by przesunąć je o kilka centymetrów dalej. Mija kilka miesięcy i wracamy to samo miejsce. I znów ściana zostaje kawałek przepchnięta. To wymaga ciężkiej pracy, dużego samozaparcia i… chęci do tego, bo nie każdego to w ogóle interesuje. Mi się chce. Ja to lubię. Jara mnie zdobywanie świata, walka z własnymi słabościami, pobijanie kolejnych rekordów, ściganie się z kumplami i bycie coraz lepszym. To daje ogromną satysfakcję i pozwala mi się realizować jako sportowiec.

Mamy tu też silne działanie motywacji zewnętrznej – uznanie znajomych i nieznajomych łechce prawie każdego. Prawie, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zaprzeczy i powie, że ma gdzieś poklask tłumu. Ale ta sama osoba, gry tylko coś osiągnie, z uśmiechem na ustach przyjmuje gratulacje. I nie ma w tym nic złego. Szalenie miłe jest osiągnąć sukces i zostać docenionym przez innych. Takie gesty jak opisany we wstępie przelew od Krzyśka (dacie wiarę, że to osoba całkowicie mi obca, znaliśmy się tylko z internetu i dopiero ostatnio udało się uścisnąć grabę) dodają chęci do działania.

W pewnym momencie może dojść do tego rywalizacja na całego, czyli walka o jak najlepsze pozycje. W ubiegłym roku udało mi się zająć parę dobrych miejsc. Trudno tu póki co mówić o nagrodach (zwykle są to drobiazgi), ale sam pucharek czy dyplom też motywuje do ciężkiej pracy. Chce się być coraz lepszym i szybszym. Nie mam szans na sukces w dużych imprezach, ale dobierając odpowiednio starty, można czasem stanąć na pudle, a któż nie lubi osiągania sukcesów?;)

Gdzieś jest jeszcze jakaś wewnętrzna zrobienia czegoś trudniejszego, czego wcześniej się nie robiło. Od pierwszego Biegnij Warszawo do maratonu, od biegania do triathlonu, od nizin w góry, na dystanse ultra i tak dalej. To potrzeba udowodnienia sobie i innym, że #niemaniemogę to prawda, że potrafię i dam radę. Taka wewnętrzna chęć to zrobienia czegoś jeszcze trudniejszego, do postawienia stopy tam, gdzie ludzka stopa jeszcze nie stała (no dobra, lekko przesadziłem z porównaniem;)).

Powyżej opisaną motywację do uprawiania sportu i to przesuwania granic określiłbym jako motywację w skali makro, bardziej długoterminową. Z tą motywacją trzeba uważać, bo gdy będzie jej za dużo, może pojawić się presja. Trochę presji nikomu nie zaszkodzi, ale co za dużo to nie zdrowo. Każdy ma inne podejście do takich spraw, ja przedstawiłem swój punkt widzenia, jaki jest Wasz? Dlaczego uprawiacie sport? Dlaczego chce Wam się łamać zasady, przekraczać granice i rozwalać kioski?

Za tydzień, w drugiej części, opiszę swoją motywację do wyjścia na trening oraz do zrobienia tego treningu jak należy, czyli motywację w skali mikro:)

To pierwsza część wpisu o motywacji,
do lektury drugiej zapraszam TUTAJ.

8 KOMENTARZY

  1. Moja makro jest taka, że lubię poczucie bycia w czymś dobrym (kto nie lubi….), ale dość szybko się wypalam. Z bieganiem stało się inaczej i trudno mi wyjaśnić dlaczego. Ot, drzemie we mnie dusza sportowca. Walczę dla samej siebie i o samą siebie, czyli wytrwałością w bieganiu dadaję sobie kopa do działania na innych polach. Róźnie to wychodzi, ale najważniejsze, że czasem zaskoczy i przełoży się na coś innego.
    Plus oczywiście oderwanie, bo bieganie odrywa mnie od rzeczywistości i okazuje się, że nie musi być to truchcik z endrofinkami, to mogą być też ciężkie tempówki, podczas których nie mam czasu na medytacje, a głowa i tak po nich czysta. Satysfakcja, gdy opływam potem, bo wiem, że dałam z siebie wszystko. Duma, że trwam w tym, sprawia, że nie chcę zaprzestawać. Tęsknota, jaką czułam za bieganiem, gdy biegać nie mogłam przez bolące kolano. To chyba taka miłość. Miłość do ruchu, wolności i lekkości, jaką daje mi na co dzień. Motywacją zewnętrzną dla mnie jest Smashing Pąpkins, rywalizacje na endo, ciągła ochota na spicie pysznej pianki wygranego piwa, na razie również zrobienie życiówki na 10k i w półmaratonie. Dodatkowo to poczucie przynależności do wspaniałej grupy ludzi, do stania po dobrej stronie mocy. Gdy np rozgrzewasz się, a ktoś jadący na rowerze pokazuje kciuk w górę, gdy mijasz znanego z treningów długodystansowca na spacerze z psem i wymieniacie pozdrowienia. Nie chcę znów stać obok tego. Nie wiem co jeszcze, to jest skomplikowane. Taka pozytywna infekcja, z którą się chce żyć do końca i na pewno na każdym etapie coś innego oprócz trwającej wiecznie magii będzie motywować.

  2. Moją pierwszą motywacją do sportu była chęć schudnięcia, czyli klasyka. Potem zamarzył mi się maraton, zaczęłam się do niego przygotowywać i ku własnemu zaskoczeniu naprawdę to polubiłam. Same treningi, podczas których pot zalewał mi oczy stały się przyjemnością, dla której trenuję. O odchudzaniu na śmierć zapomniałam, zresztą treningi w połączeniu z cudowną dietą o której wspominasz w zupełności wystarczyły, bym nie musiała się tym martwić. Obecnie moją motywację do sportu umieściłabym gdzieś pomiędzy przyjemnością z lekkiego truchciku a ciąglym przekraczaniem granic. Tzn. lubię i potrzebuję takich treningów do bólu i łez, dlatego chciałabym powrócić do biegania maratonów, ale kompletnie nie kuszą mnie kolejne, trudniejsze wyzwania jak triathlon czy ultra. Póki co.

    • Marzenia! Ależ, zupełnie o tym zapomniałem! Przecież marzenia właśnie mogą napędzać nas do działania! Komuś marzy się maraton, komuś UTMB, NYC Marathon i milion innych rzeczy. Dziękuję za przypomnienie. No i za fajny komentarz, trafiony w punkt!

  3. Dla mnie to proste – radość płynąca z wysiłku; obserwacja zmiany na lepsze – np. poprawianie życiówek, wydłużanie dystansu; możliwość obcowania z różnymi ciekawymi i fajnymi ludźmi; poznawanie nowych okolic i wyjazdy biegowe; praca nad własnym ciałem; snucie planów biegowych.
    Radość z #niemaniemoge! :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here