Osiąganie sukcesów i przesuwanie granic, o których pisałem w pierwszej części wpisu o motywacji, nie jest możliwe bez regularnego ciężkiego treningu. Mówi się, że trzeba zapierdalać i to prawda. Nie ma tu wielkiej filozofii. 99 proc. z nas to rzemieślnicy i ile sobie wypracujemy na treningach, tyle dostaniemy na zawodach. Swoje trzeba przepracować, za darmo to można co najwyżej dostać po gębie. Dziś będzie o tym co robię, gdy męczyć na treningu lub zawodach mi się nie chce;) Spróbuję odpowiedzieć na pytanie: jak zmotywować się do wyjścia na trening i dobrego wykonania go.

3) Motywacja do wyjścia na trening

Tu dochodzimy do trudnej w chwili, w której się po prostu nie chce. Chyba każdy boryka się z tym problemem. Tak zwany niechcemiś to kawał skurczybka. Najtrudniej jest przy brzydkiej pogodzie. Za oknem wieje, leje, a wygodna sofa i TV kuszą… To zawsze test dla silnej woli. Podobnie jak pobudka o 5:30 po to, by zrobić na przykład kilometrówki VO2max. Uch, jak się potwornie nie chce! Zwykle to czysty leń, ale bywają sytuacje, w których to organizm daje nam znać o przemęczeniu lub atakującej go chorobie. Rozróżnienie niechcemisia od takich sygnałów jest trudną sztuką, ale da się tego nauczyć. A metod na niechcemisia jest wiele, każdy może wypracować swoje, ja w kilku poniższych zdaniach zaprezentuję swoje.

Zwykle wystarcza pomyślenie o tym, po co to właściwie robię. Jeśli chce się osiągać sukcesy i dochodzić do celów, to po prostu trzeba trenować. Tu nie ma wielu dróg na skróty. Żeby biegać trzeba biegać itd. To kwestia woli, trzeba wstać i wyjść. Czasem zajmuje mi to nawet półtorej godziny, ale nie zdarzyło mi się jeszcze, bym z czystego lenistwa opuścił trening.

Ale całkowicie odpuścić to zdarza mi się w trzech sytuacjach:
1) Choroba lub jej zwiastun – wolę odpuścić trening niż się rozchorować. To właśnie to odróżnienie niechcemisia od sygnału od organizmu. Z przeziębieniami u mnie jest tak, że nagle czuję, że mnie coś atakuje. Wtedy trzeba szybko wyprowadzić kontrę czosnkiem, imbirem i innymi cudami – zwykle pomaga.
2) Przemęczenie treningowe – nie od parady powiada się, że lepiej być 10 proc. niedotrenowanym niż 5 proc. przetrenowanym. Na takie przemęczenie pomóc może lekki trening regeneracyjny, ale czasami warto po prostu odpuścić.
3) Brak snu – wg mnie sen, czy szerzej pojęta regeneracja, to najważniejsza jednostka treningowa. Nie mam problemu ze wstawaniem na trening o 6 rano, robię to średnio cztery razy w tygodniu. Ale raz na ruski rok coś wieczorem wypadnie i mój plan położenia się do wyra nie wypali. Kilka razy zdarzyło mi się odpuścić pobudkę na trening o świcie na rzecz wypoczynku.

Kiedy nie ma poważnego powodu by odpuścić trening, trzeba po prostu wyjść i go zrobić. W dni, gdy jest to wyjątkowo trudne, można zastosować którąś ze „sztuczek” i spróbować oszukać słabą psychę.

1) Umówić się z kimś – po stokroć trudniej jest odpuścić wyjście na trening gdy jesteśmy z kimś na niego umówieni. No głupio tak kumpla wystawić do wiatru, prawda?
2) Zmienić coś – rutyna to Twój wróg! Jeśli zawsze biegasz po lesie, to pobiegnij w mieście – zmiana wprowadzi ożywienie. Żonglować możesz wszystkim: muzyką (brać / nie brać), towarzystwem, trasą, jednostkami treningowymi, porą dnia czy nawet butami.
3) Poinformować świat – to naprawdę działa. Jeśli napiszesz na FB, że idziesz na trening, to nie będziesz się czuć dobrze zostając w domu. Czasem taki mały motywator może pomóc. W tym sezonie mam przeokrutny problem ze zmuszeniem się do ćwiczeń uzupełniających w domu. Doskonale wiem, jak ważne są brzuszki, pĄpasy i wszystko inne, ale idzie mi to cholernie opornie. Wiecie co wtedy robię? Zanim zacznę robić tego domowego mini WOD-a, wprowadzam już trening do Endomondo;) Nie ma zmiłuj, rzygam oszustami, którzy chwalą się niezrobionymi treningami, więc w takiej sytuacji trening zawsze zrobię:)
4) Trener / plan treningowy – trening zapisany, a ja zostaję w domu? I co ja powiem trenerowi? To jedna z najlepszych możliwych motywacji. Dobry trener to także świetny motywator. Jeśli szukacie kogoś, zwróćcie na to uwagę. Ale pomóc może nawet rozpisany plan. Poczucie winy, że się go nie zrealizuje potrafi zmusić do ruszenia tyłka.
5) Ustal sobie nagrodę za wyjście… – nie jest to najzdrowszy pomysł, ale dobre piwo, paczka chipsów czy czekolada, bywają skutecznym sposobem na zmuszenie się do pracy.
6) … lub za osiągnięcie celu – świadomość, że za osiągnięcie celu kupisz sobie coś fajnego ma sporą moc do wykopania na trening. Celem nie musi być jakiś czas na zawodach. Może to być np. stuprocentowe zrealizowanie planu treningowego lub założenie „co najmniej dwa razy w tygodniu jestem na basenie”.

Zapewne każdy z Was ma swoje sposoby, ale jeśli wszystkie one nie pomagają to… można odpuścić. Bez jednego (!) treningu świat się nie zawali:)

4) Motywacja do ukończenia treningu/zawodów

6 x 1000 metrów VO2max, 2 x 20 min. biegu progowego, 10 x 50 metrów na basenie na całej pydzie albo półminutówki sprintów na rowerze – nie sposób już w połowie takiego treningu nie mieć go serdecznie dość. Człowiek oddycha pachami, pot leje się jak Wodogrzmoty Mickiewicza, a mięśnie palą żywym ogniem. To właśnie takie treningi wykuwają stal, z której potem robi się miecz do przecięcia maratońskiej ściany czy epickiego finiszu na ostatnich kilometrach biegu ultra. Bo nie chodzi tylko o pracę fizyczną, ale i psychiczną.

Oprócz morderczego pod kątem fizycznym treningu niezbędne jest jeszcze coś w głowie. Jedni to mają, a inni nie. Tym czymś jest zdolność do opuszczania strefy komfortu. Potrzeba do tego odwagi, siły i trochę szaleństwa. Najważniejsze to nie dać się takim myślom jak „nie dam rady” czy „nie potrafię” i mieć w głowie coś, co nas pociągnie do przodu i pomoże zmusić się do nadludzkiego wysiłku.

Tu nie ma uniwersalnej recepty. Czasem w głowie pojawia się piosenka motywująca, czasem pomyślisz sobie o kimś, kto Ci kibicuje, o bliskich, których nie chcesz zawieść. W innych sytuacjach szalę przechyla duch rywalizacji. Wyprzedzić tego w zielonym, tego w niebieskim i jeszcze tego w białej koszulce, uch! W trudnej chwili warto mieć przed oczami cel. Jeśli chcesz pokonać jakąś barierę czasową lub wygrać z kolegą/koleżanką, to bez ciężkiej pracy się nie obędzie. Przypominaj sobie ten cel, myśl o nim w trudnych momentach, to naprawdę działa.

Duże pokłady motywacji z człowieka może wydobyć odpowiednio dobrana muzyka. Niekoniecznie muszą to być ulubione kawałki, bardziej chodzi mi o takie, które zmotywują Was do zwiększenia obrotów. Przed startem triathlonu w Borównie rok temu miałem w odtwarzaczu playlistę z paroma kawałkami dodającymi kopa. Jak mi się raz na treningu na biegu spokojnym przypadkiem włączyła, to mimo że robiłem bieg spokojny, nagle zauważyłem, że lecę w trzecim zakresie;) To mojej listy zaliczają się m.in. „Autystyczny” i „Hymn” Luxtorpedy, „Eye Of The Tiger” z Rocky’ego i parę punkowych kawałków w stylu „Idź pod prąd” KSU. Ale numerem jeden na tej liście jest „Lose yourself” Eminema. Wystarczy, że usłyszę ten kawałek, a adrenalina zaczyna mi buzować. Wszystko przez jedno skojarzenie.

Niesamowitą moc wydobywania z ciała dodatkowych pokładów energii mają gesty bardziej i mniej bliskich osób. Jest taka dwójka ludzi – Magdalena i Przemysław. Jeżdżą po zawodach triathlonowych i kibicują. Jak Przemo startuje, to Magda stoi w jakimś miejscu na zawodach i napierdziela w Garnek Mocy, gdy Przemo ma wolne – są tam oboje. Nie do opisania jest, jak bardzo usłyszenie tego walenia dodaje człowiekowi sił. UWIELBIAM ICH! Za każdym razem przechodzą mnie wtedy dreszcze, a nogi same szybciej przebierają, czy to na rowerze, czy w biegu. Dzień przed maratonem w Rotterdamie, w sobotę wieczorem dostałem od nich na FB zdjęcie. A na zdjęciu spersonalizowana Kopycha dla mnie (Kopycha, jak sama nazwa wskazuje, służy do walenia w Gar), a na niej napisane „Krasus <3h Rotterdam, 13.04.2014”. Takie gesty rozwalają maratońską ścianę w proch i w pył.

Nic więc dziwnego, że na mojej osobistej liście największych motywatorów podczas zawodów są kibice. Rodzice na trasie zawodów triathlonowych, NKŚ oczekująca w miejscu, gdzie jest najbardziej potrzebna, a także nieoczekiwani znajomi i nieznajomi. Mam tę komfortową sytuację, że parę osób mnie dzięki blogowi i FB kojarzy, na wielu zawodach zdarzało mi się usłyszeć coś miłego od obcej osoby. Każdy okrzyk czy przybita piątka są niesamowitym zastrzykiem energii.

Mega energię dodaje mi też drużyna. Gdy powstawała idea Smashing Pąpkins półtora roku temu nikt nie spodziewał się, że w pĄkoszulkach w całym kraju (i poza nim!) biegać będzie setka osób, że będziemy walczyć o dobre miejsca w dużych zawodach i w ogóle, że będzie tak odjazdowo. To kolejna cegiełka do mojej prywatnej świątyni motywacji.

Trudno jednak o kibiców na treningach. Poza Agrykolą, gdzie znajomi mogą Ci coś krzyknąć w trudnym momencie, nie ma co liczyć na wsparcie. Trzeba sobie radzić samotnie. Dla mnie niebywale silnym motywacyjnym kopem jest współpraca z „sMentorem”, czyli Marcinem Koniecznym. Popularny Mkon to triathlonowy kozak, który w ubiegłym roku złamał 9h w Ironmanie, a za kilka lat planuje zostać mistrzem świata na tym dystansie. I Mkon wymyślił sobie, że będzie się dzielił swoją wiedzą i doświadczeniem z amatorami poprzez program mentorski. Z masy chętnych wybrał grupę paru osób (w tym mnie), którzy mogą liczyć na jego merytoryczne wsparcie. Dla mnie to taka nobilitacja, że problem z motywacją do zapieprzania praktycznie zniknął. Serio. Największą wartością z bycia w grupie Mkona jest dla mnie sama świadomość, że tam jestem. Działa o zarówno na treningach jak i zawodach. Marcinowe hasło NIE MA NIE MOGĘ naprawdę czyni cuda, o czym przeczytacie już za parę dni w relacji z Biegu Żnińskiego.

Ogromnie ważne dla mnie jest wsparcie bliskich. Nie wyobrażam sobie całej tej walki gdyby NKŚ nie była taka jaka jest. Liczy się nie tylko kibicowanie na zawodach i wspieranie w (jakże dla otoczenia trudnej!!) pasji, ale i prozaiczna codzienność: przygotowanie kolacji, samodzielne posprzątanie mieszkania gdy ja robię długie wybieganie, czy danie mi możliwości wypicia piwa po zawodach (jest dobrym kierowcą i zawsze bezpiecznie zawiezie mnie do domu). Cierpliwość i wyrozumiałość partnera jest naprawdę ważna i w chwilach zwątpienia pomaga zmotywować się do działania. Świadomość, że ktoś o mnie myśli, wspiera i kibicuje pozwala wznieść się na wyżyny możliwości.

Dużo tego wszystkiego jest, pokłady motywacji każdy powinien odnaleźć sam w sobie, wszystko tak naprawdę rozbija się o podejście. Z negatywnymi założeniami nic się nie uda osiągnąć. Optymista zawsze widzi szklankę do połowy pełną.

To druga część tekstu o motywacji,
pierwszą przeczytasz TUTAJ
.

17 KOMENTARZY

  1. Mnie do skończenia trudnego treningu często motywuje wpisanie go wcześniej do Gremlina. Głupio nie biec w zadanym tempie, albo odpuścić jeden czy kilka szybszych odcinków, gdy „osobisty asystent” w niewybredny sposob sygnalizuje, że masz to (z)robić właśnie teraz.

    • Och, no oczywiście, ry-wa-li-zac-ja!! To napędza.. zmasakrowałeś mnie na Półmaratonie Warszawskim, ale to nie było jeszcze ostatnie słowo, oj nie:D

  2. Zjadłeś wu, jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, w motywacji (link, na samym początku). ;)

    Ze wszystkim się zgadzam. Nawet człek zmotywowany musi sobie raz na jakiś czas przypomnieć o motywacji, dlaczego to robi. Przypomnieć o celu, marzeniach, planach, powzdychać do nagród, nagrodzić się samemu (tylko chipsy niet – lubię czasem, czasem pragnienie wygrywa, jednak z premedytacją ich nie wyznaczyłabym jako nagrodę – wiem, że z Twojej strony to tylko przykład, ale musimy mieć czyste żyłki, a nie zapchane syfem, trzeba zerwać z chipsami na zawsze lub samemu w piecu robić…).

    Bardzo mnie motywuje przynależność do drużyny i obserwacja sukcesów jej członków. Sukcesów i zmagań, porażek. Widzę, że kondycja jest budowana latami, więc trzeba patrzeć w dal, być cierpliwym. Mentorstwo górą! :) Ty masz hasło nie ma nie mogę od swojego mentora, a ja przygarnęłam je od Ciebie i nazywam Krasusowym. :)

    • O nie, kolegi Wu to ja jadł nie będę!;) (za literówkę przepraszam, dziękuję za spostrzegawczość – już poprawiłem:))

      Zerwanie z chipsami jest oczywiście dobrym pomysłem, ale aż tak silnej woli to ja niestety nie mam. Nie do ogarnięcia dla mnie, są zbyt smaczne, zbyt je uwielbiam!

      Strasznie się cieszę, że team motywuje także Ciebie. Jesteśmy międzynarodowi:D

  3. Super wpis :)

    Dla mnie największym problemem jest zmobilizowanie się do mocnych i nieprzyjemnych treningów.
    Wyjście w góry, wstanie rano na wschód na Babią to jest sama przyjemność w porównaniu właśnie
    z interwałami czy podbiegami.
    Często mam tak,że wychodzę z domu z zamiarem takiego mocnego treningu i od samego wyjścia organizm mnie sabotuje, że zamiast 6×1000 zrobić lepiej lekką 15tką, że zamiast podbiegów może lepiej se wylecieć na Skrzyczne raz, że zamiast płąskiej 30 tki lepiej se iść na Babią na 5 godzin.
    Do czegoś takiego najlepiej jest umawiać się z kimś na taki trening- wtedy gorzej nam go zmienić .
    Kolejny problem to motywacja na samym treningu, tj. np. w trakcie trwania interwału – masz też tak że już od połowy dystansu wymyślasz sobie wymówki, że to bez sensu, że trza się zatrzymać itd ?
    Jak sobie z czymś takim radzisz, jeśli na treningu jesteś sam?
    Pozdrawiam CIę serdecznie i dzięki za ten wpis!

    • Artur, a pomyśl o tych, którzy nie mają za oknem Babiej czy innych atrakcji.. dla nich alternatywą jest blokowisko i ta sama pętla wokół osiedla. Ty i tak masz fajnie!:)

      A jeśli chodzi o takie najtrudniejsze treningi, to wiele osób ma tak jak piszesz. U mnie z wyjściem na interwały np. 6x1000m problemu nie ma, dostateczną motywacją jest wiedza, jaką wartość treningową mają. Pierwsze dwa robię, bo jest w miarę łatwo, ale schody zaczynają się potem. Czwarty, piąty to już bywa masakra. Fajnie napisał to Marcin Dąbrowski na FB moim dziś – po prostu umawiam się sam ze sobą, że zrobię i nie ma zmiłuj, trzeba zrobić. W najtrudniejszych momentach (piąty interwał!) włącza mi się czasem rywalizator. Ach, wygrać z tym albo owym! Wiem, że bez ciężkiej pracy się nie da, więc zapieprzam.

      Fajnie jest się umówić z kimś na taki trening, ale to bardzo trudne, bo musiałby to być ktoś na dokładnie takim poziomie jak ja. Oczywiście, że mam takich kolegów, ale mieszkają gdzieś indziej, mają swoje plany treningowe itd. itp. Raz tylko udało mi się pobiegać 400-tki z kumplem.

  4. Bardzo dobry wpis popełniłeś Krasus :)

    U mnie z motywacją nie jest strasznie, ale znowu przemęczenie daje mi się we znaki…niestety taka praca. Staram się jak mogę, ale demotywujące są ciągłe treningi bez tzw. świeżości. Brakuje mi tego. Mimo to staram się nie poddawać, regularnie biegać oraz ćwiczyć. Dodatkowo mam biegającego partnera, który w te najcięższe dni goni mnie i pogania. A gdy sama mam zrobić długi bieg to wskakuje na rower :) To jest niesamowity kop w tyłek! Owszem mieszkanie na tym trochę cierpi, czasem jest za dużo kurzu ;) ale nie o to w tym chodzi.

    I dziś myślałam o wprowadzeniu porannych ćwiczeń…tylko brakowało mi motywacji ;) a dzięki Twojemu tekstowi już ją mam! Dzięki!

    • Dorota, by nie być gołosłowny dzisiejszy dzień zacząłem od mini porannego WODa: 50 przysiadów, 40 pĄpasków, 90 sek. deski i 4 podciągnięcia na drążku. Malutko, ale zawsze coś! :D

      Nie brzmi dobrze to co piszesz o przemęczeniu, ale wiem co masz na myśli. Powiem Ci, że praca, treningi, własny biznes i wszystko inne zużywa mi naprawdę dużo czasu i obecnie jadę na jakiejś granicy…

      • Oooo widzisz tym bardziej muszę się zmobilizować :) Czas nastawić budzik wcześniej :D

        Eh…mam nadzieję, że nie przekroczymy granicy w której nasz organizm odmówi nam posłuszeństwa…

  5. Świetny tekst Marcin, dobra robota :)

    Fajnie się czyta i można odnaleźć cząstkę siebie w tym.

    Bardzo trafne jest wsparcie najbliższych nam osób, gdzie nasze hobby (nie ma co) jest bardzo wymagające jeśli chodzi o konsumpcję wolnego czasu. Moja druga połówka akceptuje bieganie ale dzięki mnie skutecznie znienawidziła taką formę aktywności :)

    Aczkolwiek są chwile kiedy zamiast iść na trening, mogę ten czas poświecić rodzinie to tak robię. Trening jest ważny ale są rzeczy ważniejsze

  6. U mnie główną motywacją jest rywalizacja, nawet nie ta bezpośrednia, ale nawet pośrednia (na życiówki) widzę, że znajomy zrobił życiówkę – ok teraz ja Cię pogonię i podkręcę ją bardziej i jak tu nie wyjść na trening?

  7. Od czasu jak zobaczyłem ten film z Bevanem, nie moge się pozbyć ani Eminema z głowy ani tego finiszu… Absolutna jazda bez trzymanki!

Skomentuj klisak Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here