Jak pies do jeża podchodziłem do weekendowego pobiegania. Po tygodniu kurowania się chciałem sprawdzić, czy będę odczuwał ból podczas biegu. Chodząc na co dzień i robiąc w domu przysiady niczego złego nie czułem, byłem więc pełen dobrych myśli. I… nie boli! Spokojny trucht nie sprawił mi dyskomfortu, podobnie jak pierwszozakresowe kręcenie na rowerze. Jupi!

Z ostrożności udałem się jednak do oswojonego fizjo i dobrze, że taką ostrożność miałem. Okazało się, że jest „coraz lepiej”, ale wcale nie oznacza to „dobrze”. Zgrubienie na mięśniu dwugłowym uda (rozmiaru mniej więcej „poduszki” od kciuka) wciąż jest, choć stan zapalny powoli ustępuje. To niestety oznacza, że niedzielny atak na 35:XX na dystansie 10 km muszę odłożyć, bo nie chcę ryzykować pogłębienia kontuzji. Prawdopodobnie więc na żnińskim biegu popracuję nad byciem prywatnym zającem.

Uraz ten zmusił mnie to przemeblowania trochę planów startowych. Na razie odpuszczam ściganie się w Żninie i dopuszczam możliwość pojechania na sMentorski duatlon w zakresie tylko towarzyskim, choć aż przebieram nóżkami, by pościgać się w zacnym towarzystwie. Jak już w pełni wyzdrowieję, to wracam do zapierdzielania na pełnych obrotach. Zmianie ulegnie plan na jesień, bo choć tego nie planowałem, to wygląda na to, że będzie ona stała pod znakiem biegowej szybkości.

25 października będę chciał pobiec Półmaraton Gdańsk, a dwa tygodnie później w Biegu Niepodległości ustanowić nową wypasioną życiówkę na 10 km. Wcześniej dychę biegnę jeszcze w Poznaniu, gdzie rok temu stanąłem na pudle, jednak w związku z dość ciężkim czerwcem (Bieg Rzeźnika i Triathlon Karkonoski) na bicie rekordów się tam nie nastawiam.

Skąd za to owo napalenie się na półmaraton? Do czego mi on potrzebny? Ano, moi drodzy, bo… znów zamarzył mi się maraton po asfalcie! I to nie byle jaki, bo nowojorski. Pobiec legendarny NYC Marathon, przybić kilkadziesiąt tysięcy piątek kibicom, ach, och! Niestety, do NYC trzeba mieć szczęście w losowaniu lub mocną łydę. Limit pierwszego wykorzystałem w miłości, nastawiam się więc na wynik. Dla mnie, 34-latka, granicą jest 2:53 w maratonie lub 1:21 w półmaratonie. Nie biegając maratonów pierwszego nie dam rady osiągnąć, więc sami rozumiecie, połówka musi być;)

NYC Marathon to wielkie marzenie, a przecież marzenia są po to, by je spełniać, prawda? Czuwaj!

13 KOMENTARZY

  1. „do NYC trzeba mieć szczęście w losowaniu lub mocną łydę. Limit pierwszego wykorzystałem w miłości, nastawiam się więc na wynik. ” przy okazji gdańskiego półmaratonu zgłaszam się na korki ze słodzenia żonie ;)

  2. NYCM? Ale banał ;-)
    A tak serio, to będę kibicował (żadne tam ściskał kciuki – wiemy przecież, że to głownie od Ciebie zależy) na obu etapach.
    Acha, z powodów przez Ciebie wymienionych nie próbuję szczęścia z biegach z losowaniem ;-)

  3. No, no, fiu fiu :) Fajnie to sobie wymyśliłeś. I jakie 100 do motywacji żeby połówkę szybko pobiec! To oczywiście trzymam kciukasy i będę zazdrościć jak się uda załapać na listę startową w Big Apple. Ciekawy sezon Ci się robi :)

  4. Ze wszystkich znanych mi osób najbardziej na trasie NYCM wyobrażam sobie właśnie Ciebie! I mówię (piszę) to serio :) Trzymam kciuki za spełnienie tego marzenia :)

Skomentuj Bartek Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here