Nie jestem osobą wierzącą. W kościele bywam tylko przy okazji konkretnych uroczystości związanych z ważnymi dla mnie osobami. Śluby, chrzty i tak dalej. Bardzo za to lubię kolędy. Są dla mnie wzruszającym symbolem rodzinnego ciepła z bożonarodzeniowych wieczorów u dziadków w Czewujewie. Wspomnieniem wieczorów, których już nie ma i nie będzie. Nie potrafię wyjaśnić skąd, ale podczas podejścia na Połoninę Caryńską, gdy zaczepiona na hol moja rzeźnicka partnerka, czyli BO (jej relacja o TUTAJ), stawiała już największy możliwy opór, a ja po 70 km robiłem konkretny trening siły biegowej, w głowie pojawiło mi się „Gdy się Chrystus rodzi”.

Zacząłem śpiewać, najpierw w myślach. W oczach pojawiły mi się łzy wzruszenia i przypomniałem sobie jak Kamil Leśniak pisał o tym, że płacz pozwala mu walczyć z bólem i zmęczeniem. Poddałem się. Zacząłem śpiewać na głos i rozpłakałem się na dobre. Wyobraźcie sobie miny turystów widzących gościa, który ciągnie na lince biegową partnerkę, śpiewa na głos kolędy i zanosi się płaczem. Dodajcie do tego fakt, że BO oczywiście też ryczała. Cóż, do tego obrazka bardziej pasowałaby chyba Droga Krzyżowa niż radosne co do zasady kolędy. Ale choć uda paliły, łydki skrzypiały ze zmęczenia, a BO ważyła około dwóch ton, udało się na tę Caryńską wtarabanić w niezłym tempie.

Gdyby Bieg Rzeźnika miał 70 km
Tak w ogóle to dobre tempo trzymaliśmy przez całe 70 km, niemal dokładnie, co do metra. Przed startem rozpisaliśmy sobie całą trasę z międzyczasami na podstawie ubiegłorocznego występu Justyny Frączek i Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej. Drużyna Natural Born Pąpkins (czy dziękowaliśmy już NBR, naszemu partnerowi? Tak? No to jeszcze raz: DZIĘKI!:)) miała pobiec jak one: zacząć spokojnie, dać się wyprzedzić wszystkim chętnym, a potem lecieć swoje, do samego końca. Celem było złamanie 11h, co w ubiegłym roku, przy bardzo szybkiej trasie, dałoby nam piąte miejsce wśród par mieszanych. Za zrealizowanie takiego celu sam sMentor obiecał zaprosić nas do Olsztyna, było więc o co walczyć!

Na pierwszych 8-9 km musieliśmy zamknąć oczy, by nie zwracać uwagi na wyprzedzające nas tłumy. Cały czas pełna kontrola tempa i intensywności – miało być na luzie. Powoli wyprzedzać zaczęliśmy na podejściu na Chryszczatą, pojedyncze pary. Potem w dół na Żebraka Bo złapała taki biegowy flow, że nie mogłem za nią nadążyć i łyknęliśmy kilkadziesiąt osób, w tym Magdę i Krzyśka Dołęgowskich, co było wbrew ustalonemu planowi. Ale uznaliśmy, że hamowanie podczas zbiegu, gdy Bo jest w stanie lecieć niczym kozica, nie ma sensu i… jakoś poszło. Takie zbiegi, gdy praktycznie się nie hamuje, to krejzolstwo najczystszej postaci.

Byliśmy oczywiście wówczas świadomi, że Magda i Krzysiek biegną na hamulcu ręcznym. Potem go nieco popuścili i przez 25-30 km biegliśmy mniej-więcej razem. Oni nieco mocniej pod górkę, a my z górki. Ostatni raz wyprzedzili nas na podejściu na Małe Jasło, po jakimś czasie dwie pary czerwonych podkolanówek zniknęły mi z oczu na dobre i to był koniec wspólnego biegu z czołówką biegaczy ultra i dobra wiadomość, bo bałem się, że widząc ich będziemy się za bardzo napinać, by nam nie uciekli.

Rzeźnicki doping na 100 procent!
W Cisnej na pierwszym przepaku euforia. Piątek, długi weekend, 6:45 rano, a na uliczkach tej miejscowości TŁUMY. Najbardziej rozwaliła mnie grupka osób, która kibicowała na balkonie jednego z pensjonatów. Ależ robili hałas! Dobieg to przepaku to już kompletny biegowy haj i ciary na plecach. Muzyka, krzyki, przybijane piątki, znajomi i nieznajomi, no i super szybki przepak, który potraktowaliśmy jak triathlonową strefę zmian. Podobnie zresztą było na kolejnych dwóch punktach: pamiętałem dokładnie sugestie najlepszych: do punktu dobiegasz już z przekręconym na przód plecakiem i odkręconym bukłakiem, wlewasz co masz wlać, pijesz kilkaset mililitrów, łapiesz żarcie w rękę i strzała. Łącznie na trzech punktach odżywczych spędziliśmy 6 minut i 23 sekundy, tylko sześć na siedemset par (!) było od nas lepszych. Pełna profeska, co?:)

Ale tak w ogóle, to najlepsi na całym Rzeźniku to byli kibice. Najpierw ci, których się spodziewałem lub przynajmniej znałem, ale się nie spodziewałem (Marcin, dzięki za niespodziankę!). Kris supportujący nas na każdym przepaku, Łukasz czekający na jednej z przełęczy, Weronika, Ola i pozostali, których w tej chwili moja pamięć nie przywołuje (czy Kuba, którego przy Chatce Puchatka po prostu nie poznałem:/). Po drugie, to kibice nam obcy, ale którzy nas rozpoznawali. To naprawdę niesamowite ile osób nas wywoływało nas na trasie i nam kibicowało, a my nie wiedzieliśmy kto to. No i grupa trzecia – przypadkowi turyści na trasie. Słyszałem już o tym, że na Biegu Rzeźnika dają wyjątkowe wsparcie i to święta prawda. Ileż to razy słyszeliśmy dobre słowo, oklaski, podziw i gratulacje. Dzięki!:)

Choć powinienem wymienić ich na początku, bo byli w grupie spodziewanych, to wymieniam na końcu, bo zasłużyli na oddzielny akapit. Dobiegamy do ostatniego punktu odżywczego w Berehach Górnych. W nogach 68 km, poziom zmęczenia jest już maksymalny, Bo nie poznaje Krisa, a ja przez pot zalewający twarz ledwie widzę. A z oddali słychać BOOOOO! KRASUUUUUS! Nie mam pojęcia kto to, ale głos niesie się naprawdę z daleka. Biegniemy, patrzę, a tam cała wataha ludzi z drużyny ObozyBiegowe.pl! Ależ hałas, ależ to niesie! Ledwie się powstrzymuję przed podbieganiem (bo zasada numer jeden mówi, że pod górkę się idzie). Wpadamy między nich, rajwach taki, że ciary na plecach zbieram jeszcze przez kwadrans. Maciek częstuje truskawkami, a ja próbuję zapamiętać wszystkich, którzy tam byli, by im potem podziękować. Ale oczywiście jest to nierealne. Jestem zbyt zmęczony i… zbyt szczęśliwy, bo właśnie tamto kilkaset metrów Biegu Rzeźnika, przy nieziemskim dopingu Obozowiczów, zapamiętałem jako najwspanialsze kilka minut całych zawodów. Dzięki Obozy, wymiatacie!

Ale żeby nie było, ostatnie sto metrów do mety też było piękne. Wbiegamy w wiwatujący tłum i czuję jakby ten szpaler ludzi zabrał nas na ręce i niósł do linii mety. Nie ma zmęczenia, nie ma bólu, nie ma cierpienia. Pełna euforia, szczęście, radość i ogromna satysfakcja, bo mimo potwornego kryzysu BO, który trwał właściwie bez przerwy przez ostatnie dwie godziny, dotarliśmy na metę na 68 zespół (na 694) i dziewiąta para mieszana na 132. W debiucie! Końcówka to szpaler ludzi, przybijane piątek, krzyk i radość. Macham rękoma, cieszę się jak szalony, walimy na glebę, robimy pĄpki i potem (wiadomo – taka kolejność) przekraczamy linię mety.

Euforia na widok ekipy Obozów / fot. Piotr Drewnik

Czas 11:18:22 oznacza, że w naszym konkursie na typowanie wyniku opaski kompresyjne Zero Point wygrała Agnieszka Kruszewska-Senk, gratulujemy i prosimy o kontakt z BO. Drugie opaski, te z losowania otrzymuje zaś Magdalena, która na moim blogu bardzo się pomyliła w typowaniu (BO będzie pierwszą kobiałką na mecie), ale za to miała szczęście w losowaniu:) Gratulujemy i zapraszamy do skontaktowania się!

Postrzeźnicka refleksja
Tylko że wraz z upływającym czasem po zawodach coraz bardziej boli mnie widok z linii mety. Ja cieszę się jak opętany, a BO ledwie żywa, praktycznie cały czas płacze. Tak było nie tylko na linii mety, ale także wcześniej. Nie mogłem nic zrobić, nie byłem w stanie przekonać Jej do ogarnięcia się ani zmusić do jedzenia. Ta bezradność to właśnie mój tytułowy ból. Jasne, czuję czwórki i ścięgna różniaste, ale niczym to w porównaniu do tego, jak czuję się w związku z tym, że jako jednostka w naszym zespole silniejsza, doprowadziłem tę słabszą do takiego stanu. Zarządzałem tempem (nie podbiegamy pod górkę!), co kilka minut pytałem, czy na pewno czuje się komfortowo, mówiłem kiedy jeść i pić, kazałem odpoczywać w cieniu, a jak najszybciej uciekać z prażącego słońca i przygotować się do przepaku już podczas dobiegu do niego.

Z bliską żelaznej precyzją realizowaliśmy założenia co do międzyczasów i nawet na chwilowe wyprzedzenie Magdy i Krzyśka Dołęgowskich sobie pozwoliliśmy, bo BO zbiega jak szalona i hamowanie byłoby niepotrzebnym wysiłkiem. Jak na podejściu na Smerek złapał Ją kryzys, to zaczekałem aż pochlipała, przytuliłem, podpiąłem na hol i z „Nie boję się gdy ciemno jest, ojciec za rękę prowadzi mnie” Arki Noego na ustach, pociągnąłem nas na górę. I wróciły radość, biegowy flow i szczerząca ząbki BO, jaką uwielbiamy wszyscy. Znam trochę BO, wiem, że płacz jest jej reakcją na trudy i byłem na to przygotowany.

Zadowolony z tego jak sprawnie pokonywałem kryzysy oraz ciesząc się z zajebistego czasu (10:50-10:55 było w naszym zasięgu!) zapomniałem jednak o najważniejszym. Założenie, że BO poradzi sobie z każdym kryzysem było po prostu błędne. Założenie, że jak powiem „jemy” to zje, było po prostu błędne. Nie jadła, a ja tego nie dopilnowałem i skończyło się bombą stulecia. I kij z wynikiem, przecież to tylko bieg jak jeden z wielu. Nie mogę sobie po prostu wybaczyć tego, że bliską mi osobę doprowadziłem do chwili, którą jeden ze współbiegaczy (pozdro Hubert!) podczas sobotniej rozmowy przy kibicowaniu na Rzeźniczku określił nasz widok na zejściu z Caryńskiej jako „największe przeżycie jego Biegu Rzeźnika”.

Nie znajduję w tej chwili odpowiedzi na pytanie: co powinienem zrobić w tamtej sytuacji. Bałem się dłuższego odpoczynku, bo wstanie i ruszenie potem do mety mogłoby być jeszcze trudniejsze niż kontynuowanie walki. Robiliśmy więc krótkie przerwy na złapanie oddechu, praktycznie nie biegliśmy, wmuszałem w Nią colę, izotonik (płyny jako-tako chciała przyjmować, jedzenia – nie) i co tylko się dało, ale efektu to nie przyniosło. Zejście z Caryńskiej było prawdziwą masakrą. Wyprzedzające nas pary nie budziły w BO wojowniczki, a sprawiały, że załamywała się jeszcze bardziej, a ja nie umiałem Jej pomóc. Ale i tak dotarła do mety z fantastycznym wynikiem. BO, dla mnie jesteś największym bohaterem tych zawodów.

W zapowiedzi Biegu Rzeźnika napisałem „Na pewno złapie mnie kryzys, będzie kurewsko ciężko i będzie bolało. Ale to przezwyciężę i polecimy dalej. Potem kryzys zaatakuje BO. Będzie jojczyć, płakać i tupać nóżką. I ona to przezwycięży. Będzie pięknie, wzruszająco i będziemy się cieszyć.”. I było wszystko poza tym ostatnim, bo cieszyłem się tylko ja. Sygnał tego jak jest źle dostałem na Caryńskiej, gdy 11h mieliśmy jeszcze na wyciągnięcie, nomen omen, ręki. Zrozumiałem go, ale nie umiałem nic poradzić.

– Podaj mi rękę.
– Dam Ci linkę podepnij się i lecimy.
– Nie chcę linki. Chcę byś potrzymał mnie za rękę.

46 KOMENTARZY

  1. Kurde, ładnie lecieliście! Słyszałem, jak jeszcze dopingowałeś kibiców, żeby dopingowali Twoją partnerkę, więc, dorzucając jeszcze rzeczy z Twojej relacji, zrobiłeś raczej 101% tego, co można było. Płacz jest naturalnym odruchem organizmu, gdy brakuje cukru we krwi, a to z kolei normalne, gdy już nic do jedzenia nie wchodzi, ale to też jest na takim dystansie czymś zwyczajnym. Jedyne, co wg mnie można zrobić, to wcześniej więcej trenować długich wybiegań o samej wodzie, żeby organizm lepiej przyzwyczaić. Szacun, gratulacje, pozdro!!!

      • Takie długie właśnie :) Pierwszy raz jest ciężki, następne już łatwiej. Biegam tak wybiegania, od kiedy pierwszy raz robiłem BPS wg Greiffa, który właśnie dał takie zalecenie (http://treningbiegacza.pl/dlugie-wybiegania-po-co-dlaczego). Na tym Rzeźniku pierwszy raz wypróbowałem też dietę maratońską (3 dni bez węgli, potem 3 ładowanie), która chyba zadziałała, bo przez cały dystans zjadłem tylko 4 żele, tak to tylko izotonik, ale gdybym leciał na większej intensywności, na pewno trzeba by było jeść więcej (95% dystansu było raczej w pierwszym zakresie)

  2. No i znowu się poryczałam… I rozmazałam. Dzięki Krasus za wszystko! Podałeś mi tę rękę, a że nie potrafiłam się dźwignąć to tylko moja wina…
    A wtedy to chyba nawet dźwig by nie pomógł :)

  3. Się człowiek nie gniewa przecież, że nie został rozpoznany ;)

    Tak jak już rozmawialiśmy… moje gorące i szczere gratulacje! Opis wszystkiego tylko podnosi poziom mojego podziwu i szacunku.

    Od razu życzenia na przyszły rok… połamania dyszki!

  4. Wielkie gratulacje, ukłony w pas! Jesteście niesamowici! Wasz wyczyn sprawił, że człowiek przestaje narzekać, marudzić… Swoim przykładem motywujecie do działania. Dzięki Wam wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych! :)

  5. Wiesz co Krasus, przypomniał mi się Wielki Wyścig i wasza pierwsza rywalizacja, kiedy mieliście ze sobą walczyć a nie współpracować. Ile się zmieniło od tego czasu :) Myslę sobie jednak że już tamta historyczna rywalizacja była podłożem i zapowiadała taką współpracę jaką wykonaliście na Rzeźniku. Jesteście po prostu zgranym teamem. Czy zrobiłeś wszystko co mogłeś? Myślę że tak. Czy Bo zrobiła wszystko co mogła? Też myslę że tak. Czasem nawet największy głos rozsądku nie pomoże jak żel nie wchodzi i próby jego zeżarcia mogą się skończyć pawiem. Co do kryzysu Bo, to wydaje mi się tak po cichutku, że Was plan był bardzo bardzo ambitny i chociaż oboje jesteście mocarzami, to pokonanie tego dystansu i przewyższeń w takim tempie po raz pierwszy w życiu było po prostu gigantycznym wysiłkiem. Ja bym pewnie padła już na Smereku :) Gratulacje dla Was, rządzicie!

  6. Jestescie Oboje niesamowici, podziwiam. Ten kto biega doceni najmocniej wysilek jaki w to wlozyliscie, razem i Kazde z osobna. Mi sie to jeszcze nie do konca miesci w glowie ;-) Szacunek wielki.
    PS. Typowalam jak typowalam, ale jak widac: wiara czyni cuda, a przynajmniej nagrody :-D ha! :-)

  7. Uff czekałem na tą relację i się doczekałem.

    W przeciwieństwie do większości Twoich relacji ta jest dosyć… chaotyczna. To bardziej taki zbiór impresji z tego biegu a nie opis jak to się działo po kolei. Dla mnie to tylko dowód jak wiele emocji wiąże się z tymi zawodami. Pewnie obraz będzie pełniejszy jak napiszesz drugą część relacji, nie mniej aż mnie ciśnie aby kilka rzeczy na gorąco napisać.

    Biegiem Rzeźnika interesuję się od dawna. Od kilku sezonów czytam najróżniejsze relacje spisane po zawodach. To co się często przebija to fakt, że ten bieg pokonujesz z partnerem i wszelkie związane z tym konsekwencje. Czytałem relację gdzie dobór partnerów był fatalny, gdzie w komentarzach sobie wyrzucano najgorsze rzeczy, była relacja gdzie po tym jak jeden zawodnik po kryzysie stwierdził, że nie da rady a jego kolega postanowił pobiec sam. Nie mnie to oceniać ale to dowodzi jak coś co ma być wspólną przygodą może poróżnić dwójkę ludzi. Oczywiście nie brakuje relacji pozytywnych i ich jest zdecydowanie więcej.

    Podczas samych zawodów to co Wam mogło zaszkodzić to właśnie pewna różnica potencjałów. Gdy Ty kończysz bieg w dobrym zdrowiu a Bo ledwo żywa nasuwa się myśl, że to Twoja wina, że przegiąłeś. Przeczytałem chyba ze trzy razy Twoją porzeźnicką refleksję no i cholera nie mogę się Tobą zgodzić.

    Po pierwsze obiektywnie patrząc zajęliście niezłe miejsce zarówno w open jak i mixie i niewiele przekroczyliście założenie czasowe.

    Po drugie jeżeli na trasie, która ma 77km kryzys dobija Ciebie na 70 to nie jest niczyja wina, na takim etapie trasy pewnie większość zawodników jest na oparach. Gdyby Was rozwaliło w połowie trasy to co innego.

    Po trzecie, nie raz w swoich relacjach pisałeś, że miałeś kryzys. Ty sam, który znasz najlepiej swój organizm a mimo tego doznajesz kryzysu nie możesz mieć pretensji do siebie o to, że odcina Twojego towarzysza. Z drugiej strony piszesz, że założenie iż Bo ogarnie wszystkie kryzysy było błędne. No ale gdybyś założył, że ich nie ogarnie to po co w ogóle startować?

    Po czwarte gdyby sytuacja była odwrotna i to Ty byś stracił prąd to obwiniłbyś za to Bo?:)

    Przygotowaliście się do tego biegu lepiej niż większość zawodników. Mocne treningi, dobre przetarcie na startach, wsparcie sprzętowe a do tego rekonesans trasy, rozpisanie międzyczasów i realne ocenienie własnych możliwości. Przed samym startem byliście już dla mnie Wygranymi.

    Po prostu jak to czytam nie mogę przyjąć tego do wiadomości, że tak się biczujesz. Sam napisałeś, że nie wiesz co mogłeś jeszcze zrobić, skoro nie wiesz to chyba znaczy, że zrobiłeś wszystko. Czekam na relację Bo, która z pewnością naprostuje Twoje rozważania:)

    • Bartek, dziękuję za tak wnikliwy komentarz. Taki kontakt z uważnymi czytelnikami bardzo cenię:)

      Jeśli chodzi o relację to mam trochę inne podejście niż wielu blogerów. Wychodzę z założenia, że najważniejsze są emocje, które są wewnątrz człowieka, a to, ile trwało odebranie numeru startowego, co było w pakiecie i że był z nami piesek, który merdał ogonkiem wydaje mi się mniej istotne. W tych zawodach nagromadzenie emocji było tak duże, że zdecydowanie wygrały one z chronologią i innymi rzeczami. Druga część będzie swego rodzaju analizą taktyki, sprzętu i zgromadzeniem wskazówek na przyszłość (dla mnie i innych startujących), będzie więc bardziej uporządkowana.

      Z tym kończeniem przeze mnie w dobrym zdrowiu to bym nie przesadzał. Chwilami, szczególnie mając BO na holu musiałem wejść na naprawdę wysokie obroty. Tylko świadomość, że jestem tym silniejszym ogniwem i mam odpowiedzialność za drugą osobę, nie pozwalała mi na skupianie się na swoich słabościach. W sytuacji gdy druga osoba ma kłopot człowiek naturalnie odrzuca własne problemy. To po prostu nie pozwoliło mi się poddać swoim kryzysom, choć oczywiście mnie one aakowały.

      Absolutnie się zgadzam z tym, że nasz wynik jest świetny. No pewnie, że mam niedosyt, wszak jestem ambitnym sportowcem, stawiam sobie cele i chcę je realizować. Ale ten wynik (choć słabszy od założeń i możliwości naszych (mówię naszych, a nie moich) jest i tak świetny i ani grama rozczarowania nie czuję! Boli mnie jedynie ta bezradność w kwestii pomocy partnerce, której nie umiałem udzielić. Oczywiście, że nie dojdę do odpowiedzi co powinienem zrobić. Może nic. Może po prostu BO potrzebowała zebrać doświadczenie i nauczyć się, że na ultra trzeba jeść, bo niemoc wzięła się z braku energii, a ten – z bardzo niewielkiej liczby kcal jakie przyswoiła. Masz rację, że nie ma co szukać winnych. Jako debiutanci zebraliśmy naukę, aczkolwiek ja potrzebowałem trochę takiego oczyszczenia z emocji i odczuć po tym biegu. Stąd relacja nie zawiera opisu poszczególnych etapów zawodów, a notatki z emocji, które mną targały i targają.

      • Chaotyczna relacja nie znaczy zła, bynajmniej, mimo że to słowo może kojarzyć się pejoratywnie miałem na myśli, że Twój opis wydarzeń jest po prostu wyjątkowy. Wiele relacji faktycznie opiera się o pewien schemat co w natłoku biegowych blogów może trochę powszednieć. Mimo to jeden pisze tak, nie można się oderwać a przy innym ciężko doczytać do końca.

        W wyniku tych emocji, które dalej w Tobie są faktycznie może być ciężko o chronologię ale absolutnie to nie przeszkadza. Czuć zato klimat i ten ból, który Wam towarzyszył.

        Tak bardzo się skupiłeś na tym aby zadbać o Bo, że za bardzo nie pomyślałem o tym że Ty również dostałeś mocno po tyłku. Słuszna uwaga.
        Ta Twoja niemoc musiała być straszna. Teraz jednak trochę inaczej na to patrzę, zwłaszcza że przeczytałem już relację Bo. Straszny kryzys. Czegoś takiego nie doświadczyłem i nie chciałbym przeżyć. Ogromny szacunek dla Was obojga za tą walkę i za te przepaki! Po tym jak przeczytałem o nich jeszcze u Bo to pełny respekt.

  8. Szacun! Mega szacun! Jesteście turbo. Gratulacje. No i te górki, pagórki cudowne. <3 A w ogóle to muszę się przyznać, że się nie pokapowałam, że biegłeś w Sky Tower Run. A przecież jestem z Wro i mogłam przypełznąć, przybić piątkę i pokibicować. Ehhh. Ale, nadrobię kiedyś na jakimś szlaku. :)

  9. Pamiętam was , kilka razy nas wyprzedziliście a później role się odwróciły ale i tak jesteście wielcy :) Jeszcze raz wielkie gratki :)

    • Na końcówce był totalny zjazd, wyprzedziło nas 15 par, choć od Pryszczatej to praktycznie głównie my wyprzedzaliśmy, ewentualnie, tak jak z Wami mijaliśmy się raz-raz. Aczkolwiek każdy widząc skalę kryzysu na zejściu z Caryńskiej chciał pomóc. To było dla mnie niesamowite. Rywalizujemy o najlepsze miejsca (wszak TOP10 to naprawdę czołówka!), ale Wy zatrzymywaliście się, pytaliście czy możecie coś oddać, kijki, jedzenie, picie, cokolwiek. Strasznie fajne takie coś jest:)

  10. czytam i ryczę a w głowie mam kolędę…
    Przez to, że byłam tam na trasie i widziałam Was, poczułam się jakbym znów wróciła w góry.
    Niesamowite co przeżyliście na trasie… dzięki za te emocje i ogromne gratulacje dla Was obojga za walkę do końca. Piękny debiut!
    czy Ty fałszujesz…? ;-)

  11. Krasusie, Twoja i Bożenowa relacje to jedne z bardziej wzruszających tekstów blogowobiegowych, jakie czytałem. Tak naprawdę największe zwycięstwo odnieśliście na tej Caryńskiej, docierając pomimo kryzysu do mety, razem, w płaczu i chwale. Przy tym wszystkim te 18 minut w tę czy tamtą na mecie to mało ważna rzecz, przecież za rok i tak pobijecie ten wynik z zapasem. Cieszę się, że mogłem Was spotkać i wielkie dzięki za kibicowanie na Rzeźniczku!

  12. Zrobiłam to! Przeczytałam relację z Rzeźnika – to moja pierwsza, ale nie ostatnia, lecę do Bo :)Muszę przyznać, że umiesz pisać te relacje, nie rozbierasz kilometrów, da się to czytać i przeżywać, ja pewnie bym podobnie jak Bo skończyła, też zaraz ryczę i się poddaję, a obserwator niewiele wtedy może zrobić, dlatego Krasus nie obwiniaj się, ważne że dotarliście do mety i to naprawdę w niezłym czasie. Na tle ogółu wyglądacie super!

  13. Stary, ja też na trasie kilka razy miałem łzy w oczach. Bez żadnego konkretnego powodu. Ot tak, po prostu, same napływały do oczu:) Na szczęście moja partnerka tego nie widziała;) Ona, dla odmiany, ile razy nasze spojrzenia się spotykały, zawsze miała na twarzy uśmiech od ucha do ucha, a co najważniejsze, także roześmiane oczy:) To też dawało mi zajebistego kopa, bo jak wiesz, niespecjalnie mogłem się do tego biegu przygotować i nawet przy moim, znacznie wolniejszym tempie, kilkanaście ostatnich kilometrów jechałem na oparach.

    Może i chłopaki nie płaczą, ale mężczyznom czasem wolno (tak się przynajmniej pocieszam;)

  14. Absolutnie okazałeś się partnerem idealnym, ale i Bo idealną partnerką. Przecież biec na TEN czas tak bliskim założeniom o tak skromnym paliwie. A przecież nie robiła tego: bo tak. Nie miałeś wpływu na to, że nie jadła, tak jak i ona. Bo przecież jadłaby, jakby mogła. To niesamowite, jak działa na nasz organizm wysiłek, stres/ekscytacja, wysokość, odległość. Bieg w parze to ostoja i presja zarazem. Czy nie troszczę się o mojego kompana za mało, czy przegapiam alarmujące sygnały. Czy zawiodę go swoim problemem z trasą/ciałem. W kilku relacjach przewinęło się zaciskanie zębów i niemówienie partnerowi o czymś, co mogłoby wpłynąć na posypanie się strategii, zmniejszenie motywacji. Czasem trzeba powiedzieć, a czasem można po prostu podholować się mentalnie na sile partnera. To egzamin nie tylko przepracowania sezonu i przygotowania do wysiłku, ale chyba najbardziej z człowieczeństwa. I, kurde, okazałeś się mega człowiekiem.
    Kolędy kładą mnie na kolana. Chciałabym tam być, kiedy śpiewałeś.
    Za rok dacie czadu, jestem tego pewna. Bo teraz już daliście, a jesteście bogatsi o wyjątkowe doświadczenia i mocniejsi w tym duecie. Btw, nie wiedziałam że NBR jest z Poznania. Skoczę do nich po batony Chia, jak przyjadę do miasta. :)

  15. Dużo, dużo emocji, fajnie się czyta. Ja myślę, że niema co się biczować o te 18 minut. Plan mieliście bardzo wyśrubowany, a na 77 kilometrach dużo się może zdarzyć. Daliście z siebie wszystko i jeszcze trochę

  16. Gratulacje, wielki szacunek dla Was obojga !
    Emocje sączą się z relacji w idealny sposób, nie za dużo – bez patosu, nie za mało, bo już prawie koniec części 1 i tym krótkim dialogiem dokładasz do pieca, że za gardło ściska każdego, kto potrafi sobie zwizualizować taką sytuację. Ciary.
    Jeszcze raz szacun za dokonanie na Rzeźniku. czekam na drugą część!

    MAciej

  17. Dziwna sprawa. Jakoś do tej pory nie ciągnęło mnie ani do gór, ani do ultra. Ale po przeczytaniu tegorocznych relacji z Rzeźnika (Agnieszki, Ewy i Twojej – do Bo jeszcze nie dotarłem niestety) nabrałem, cholera jasna, ochoty ;-)
    W każdym bądź razie Graty dla Waszej Dwójki!

  18. czytam sobie po raz kolejny, Krasusie, po raz kolejny chlipnęłam ze wzruszenia i powzdychałam z podziwu! z podziwu nie tylko nad megafizycznym wyczynem (77km w górach, w 11 godzin, daleko poza moim horyzontem!), ale i nad wyczynem w wymiarze niewiarygodnie ludzkim – mimo indywidualnego zmęczenia, które każde z was odczuwało, każde z was robiło co mogło, żeby wyszło jak najlepiej i żeby sobie tej wspaniałej przygody (bo choć to – jako się rzekło – poza moim horyzontem, to bieg w tak pięknych okolicznościach przyrody, z partnerem, którego się zna i lubi to byłaby dla mnie przede wszystkim piękna, choć bolesna przygoda) nie popsuć. a podziw mój jest jeszcze większy od rozmowy z człowiekiem, który w tym roku ze swym znajomym Rzeźnika również przebiegł, z tym że z przygody został niesmak – tylko dlatego, że jeden nie potrafił zaakceptować kapitulacji zdrowia drugiego i docenić, że mimo strajku organizmu ten dalej biegł, żeby obaj mogli przekroczyć linię mety;/ Bardzo Wam gratuluję! I wspaniałego czasu, mimo kryzysów, i tego, że pokazujecie to wspaniałe oblicze sportu, gdzie urwana minuta nie staje się cenniejsza od troski o człowieka i radości z tego, co się robi!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here