To była współpraca doskonała. Od chwili zaproponowania jej, nie miałem wątpliwości, że taka będzie. Raz, że w ubiegłym roku było bardzo dobrze. Dwa, że jesteśmy mądrzejsi, mocniejsi, lepsi. Trzy, że Jędrek jest tym mocniejszy, im jest trudniej. A w górach jest trudno. No i Karkonosze to jego miejsce. Nie mogłem znaleźć sobie po prostu lepszego wsparcia. I choć pojawiały się głosy, że to dziwne brać sobie za wsparcie kogoś, kto biega wolniej ode mnie, to nie miałem wątpliwości, że będzie dobrze. Wszak po 2 km pływania i 85 km roweru po górach wypoczęty nie będę, więc nasze siły się wyrównają.

I oczywiście, że tak było. Na początku lekko hamowałem. Jędrek był pełen sił, a ja miałem zdrętwiałe stopy po rowerze, na dodatek napierdzielał mnie dolny odcinek pleców, co jest efektem zaniedbań w treningu core. Spoglądał na mnie z troską gdy po 2 km charczałem i sapałem jak stary dziad, pytał czy na pewno wszystko w porządku i jak tylko wystawiłem rękę, podawał rurkę z bukłakiem, w którym niósł dla nas izotonik. Ale potem przyszła pora na szalone 2 kilometry w tempie 3:30, gdzie usłyszałem tylko „ale ja nigdy tak szybko nie biegłem!”. Jak powiedziało Endo – ja też nie, bo zrobiłem tam życiówkę na jedną milę;)

Wyobrażacie to sobie? Podczas górskiego triathlonu biec najszybciej w życiu na półtora kilometra? Lecieliśmy tam jak wariaci, sadząc długie susy niczym strusie jakieś w Australii. Idealne nachylenie tej drogi sprawia, że nie trzeba ani hamować ani jakoś bardzo cisnąć do przodu. Wystarczy po prostu przebierać nogami. Poddać się grawitacji i patrzeć pod nogi, by nie zaliczyć gleby, a rzeczywistość obok tylko przemyka. Na tym odcinku „zalogowałem się” do biegu, jak to mawia BO. Złapałem flow, radość z biegu i wzmocniłem swoją wiarę w dobry wynik. Byłem ósmy, a dziewiąty zawodnik szybko zniknął za plecami, choć z T2 wyszedł raptem półtorej minuty później.

Po tym krejzolskim zbiegu nastąpiła chwila uspokojenia i delikatnego podbiegu asfaltem po to, by dostać się na podejście na Przełęcz Karkonoską. Prawie 4 km ze średnim (!) nachyleniem ponad 11 proc. MA-SA-KRA. sMentor twierdzi, że można (i trzeba!) całość podbiec, bez przechodzenia do marszu. Ruszyliśmy więc biegiem, ale bardziej strome odcinki (gdy nachylenie przekraczało 20 proc. – jak oni wylali tam asfalt?!) szybko torpedowały nasze oczekiwania. Było więc galloway’owo. Biegniemy tak długo aż powiem „nie mogę” i wtedy przechodzimy do marszu na 30-40 kroków. Do znaku szlaku, albo do skały, albo do drzewa. No chyba, że na moje „nie mogę!” Jędruś odkrzyknął „NIE MA NIE MOGĘ!”, wtedy w biegu robiłem kilka kolejnych kroków. Albo nawet kilkanaście.

Jędrek podpowiadał która ścieżka będzie wygodna do biegu, karmił, poił, mówił, że od Słonecznika będzie już łatwiej, wskazywał kolejne szczyty w chmurach i zachwycał się bajecznymi widokami na prawo i lewo. I ja, choć oczy zalewały mi hektolitry potu, raz kiedyś pozwoliłem sobie zapuścić wzrok w bok, gdzie po kres jego zasięgu rozciągały się zapierające dech w sercu krajobrazy. Ależ miałem ochotę zwolnić. Położyć się na trawie jak podczas naszego pĄwyjazdu w Bieszczady, popatrzeć na góry i pomarzyć.

I razu pewnego, gdy już na końcu języka miałem „Ej, zatrzymajmy się, popatrzmy na góry, przecież nikt nas nie goni!”, na horyzoncie, przed nami, pojawił się on. Rywal. Zmęczenie jakby lekko ustąpiło, nawet powiewy karkonoskiego wiatru zdawały się być słabsze, a może wręcz trochę w plecy? Przetaczające się w oddali przez Śnieżkę kłęby chmur pytająco spojrzały na mnie ze słowami „podejmiesz wyzwanie?”.

Podjąłem. Choć powiedzieliśmy sobie „Spokojnie, i tak go dogonimy”, to oczywiście, że od razu przyśpieszyłem. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Kiedy ja wyprzedzałem jakichś turystów, pod buta wyskoczył mi jakiś wredny kawałek skały. Potknąłem się, zrobiłem przewrót przez prawy bok haratając sobie lekko dłonie o kamulce i wylądowałem dupą w rowku z wodą idącym obok skalistej ścieżki.

Pół sekundy zajęło Jędrkowi zapytanie czy wszystko OK, podanie mi ręki i podniesienie mnie. Od razu ruszyliśmy do biegu. Takie właśnie powinno być wsparcie na trasie! Choć było ono zmęczone, to w chwilach kryzysu było najlepszym możliwym. Gdy chciałem stanąć, mówiło „biegnij”, jak mantrę powtarzało „nie ma nie mogę!”, a gdy na ostatnim kilometrze nie miało sił, powiedziało po prostu „Ciśnij, nie oglądaj się na mnie”. Jędrek, dzięki. Gdyby nie Ty, nie udałoby się.

Bez dwóch zdań nie udałoby się też gdyby nie NKŚ. Milion razy mógłbym Jej powiedzieć „Dziękuję”, a i tak nie wyraziłbym swojej wdzięczności dostatecznie. Za oczekiwanie na mnie na mecie. Kurde, przecież na tej Śnieżce piździło jak diabli. Nie miała pojęcia jak nam idzie, więc stała tam i czekała cały czas, aż z góry zobaczyła jak przy Domu Śląskim robię sobie tradycyjną fotę z Garnkiem Mocy i ruszam na ostatnie podejście – ponad 200 metrów w górę na sam szczyt Śnieżki. #takażona, mawiają.

Za całą logistyczną pomoc – prowadzenie auta gdy myśmy pili piwo po zawodach, za przygotowanie kolacji, śniadania, makaronu, kanapek, bananów, dźwiganie ubrania na metę i co tylko jeszcze. Za podanie butów na dobieg do T1 zaraz po wyjściu z wody, pomoc w zdjęciu pianki, ogarnięcie całego T1, podanie banana w połowie trasy kolarskiej i zaopiekowanie się Zuzą w T2. Dziękuję Kochanie.

No i za tę wspaniałą informację, że z wody wyszedłem na 19. miejscu! Szybkie spojrzenie na zegarek i 35:17 – to jest wielki sukces, efekt mojej ciężkiej pracy w grupie z Trinergy. Co więcej, całe 2 km (Garmin zmierzył 1940 metrów) płynęło mi się komfortowo. Choć malutkie to zawody, to start był dla mnie trochę tłoczny. Chciałem być po środku, by złapać nogi mocne, a wpakowałem się w kilkuosobową miniprallkę. Po stu metrach udało się trochę uporządkować, ale wtedy strata do mocnej grupy wynosiła już z 20-30 metrów. Dupa, nie dogonię już. Usadowiłem się więc obok Michała Dukaczewskiego, którego poznałem po pięknym WONSIE MOCY wyróżniającym się nawet w wodzie Jeziora Leśniańskiego i kontemplowałem niesamowite warunki w jakich przyszło nam pływać. Nie czułem deszczu, nie przeszkadzało mi zimno (było około 5-7 stopni Celsjusza), podziwiałem Zamek Czocha spoglądający na nas z wysokiej skały i wypatrywałem łodzi, do której mamy dopłynąć.

Po nawrotce uznałem, że można przyśpieszyć i zacząłem prowadzić małą grupkę. To dopiero dowcipne – ja ciągnący innych na pływaniu, prowadzący małą grupkę! Piekło zamarzło, moi drodzy.. ;) Przyśpieszyłem nieco w końcówce, urwałem się i z grupki wyszedłem z wody jako pierwszy, choć w wynikach jest inaczej. A to dlatego, że miast pędzić od razu do T1 obrałem taktykę MKona i zdjąłem piankę na brzegu i dopiero potem po stromych schodach potruchtałem na górę. W efekcie mam w wynikach 23 miejsce po wodzie i czas nie 35:17 jak sam sobie zmierzyłem w chwili wyjścia z wody, a 36:11. Z wody wyszedłem 19., do T1 dotarłem 23., ale wybiegłem ze strefy zmian na 18. miejscu, tuż za moim miłym kolegą Irkiem. Dokładnie tak samo było rok temu, tylko wtedy byliśmy obaj znacznie niżej w klasyfikacji.

Irka dogoniłem dość szybko na rowerze, ale potem on odstawił mnie i w sumie na trasie wyprzedzaliśmy się jeszcze kilka razy. Ostatecznie wyprzedziłem go i kilku innych kolegów w końcówce, na którą dzięki podpowiedziom sMentora (jedz, jedz, jedz na podjazdach!) miałem siły. Po 80 km górskiej trasy stanęło przed nami 6,5 km podjazdu, na którym wspinamy się prawie 450 metrów.

Ten podjazd śni mi się po nocach. Nie ma tam wielkiego ruchu samochodowego. Kręcisz cały czas praktycznie w lesie. Jest totalna cisza, słyszysz tylko swoje dyszenie, słyszysz jak ścięgna skrzypią z wysiłku, a mięśnie krzyczą o odpoczynek. Słyszysz kurwy rzucane przez innych zawodników, którzy prześwitują Ci między drzewami niczym promienie wschodzącego słońca w Bieszczadach. Kilka razy masz ochotę zejść z roweru i po prostu dalej z nim pójść zamiast jechać. Zaczynasz rozmawiać z drzewami przy drodze. Żalisz im się na swój los. Że po co to, że ja pierdolę. Że boli. Że to bez sensu.

Na Garminie wyświetlałem sobie wysokość, bo wiedziałem, że koniec jest kawałek ponad poziomem 800 metrów. Metry przesuwały się zdecydowanie zbyt wolno, pot lał się ze mnie zbyt szybko (rano padało i piździło jak diabli, byłem więc ubrany dość ciepło), a siły nie dodawało nawet śpiewanie sobie „You Give Love A Bad Name” Bon Jovi.

Po zejściu z roweru miałem problem z utrzymaniem się na nogach, uda odmówiły mi posłuszeństwa i nogi mi się ugięły. Zacząłem się poważnie zastanawiać, jak ja teraz przebiegnę 21 km pod górę. Ale jak upewniłem się, że jestem ósmy, zmęczenie zniknęło! Pękałem z dumy, bo finalny podjazd pokonałem w 28 minut, o cztery minuty szybciej niż rok temu. To się nazywa poprawa! Udało się w tym czasie wyprzedzić cztery osoby i awansować na ósme miejsce. Łącznie rower poprawiłem z 03:31:48 na 03:17:47. Jestem swoim wynikiem na tym etapie absolutnie zachwycony, choć oczywiście nadal widzę miejsce do poprawy:)

Podobnie jak w całych zawodach zresztą. Do dopracowania jest T1, wciąż więcej mogę z siebie wycisnąć na pływaniu i na biegu. Za rok podbiegnę cały ten asfalt na Przełęcz Karkonoską. Przebiegnę i koniec! Bo to chyba jasne, że za rok zamierzam znów tu wystartować. Niesamowita impreza, z niepowtarzalnym klimatem. Polecam wszystkim, którzy chcą poznać swoje granice i je przekroczyć.

I taki sobie cel wyznaczyłem: 6:10.

Finalnie zawody ukończyłem na siódmym miejscu z czasem 06:22:20. W stosunku do ubiegłego roku poprawiłem się o 37 minut. Najwięcej ugrałem na pływaniu, lecz rok temu było ono sporo za długie (przepłynąłem 2,5 km zamiast 1,9 km), więc trudno je porównać. Radość z podciągnięcia roweru o 14 minut i biegu o prawie 8 minut jest ogromna. Cel „złamanie 6:30” został zrealizowany z okładem. Na dodatek przegrałem z szóstką naprawdę mocnych zawodników, którzy życiówki triathlonowe mają dużo lepsze niż ja.

ROZWIĄZANIE KĄKURSU
Pod postem zapowiadającym tę historię ogłosiłem konkursik na wytypowanie mojej maksymalnej prędkości. Endomondo pokazało 57,1 km/h, co niektórzy zdążyli już to wyśmiać. Tak, przyznaję, bałem się i hamowałem na zjazdach. Szczególnie po tym jak jeden z kolegów paręnaście metrów przede mną zaliczył spektakularną glebę. Kiedyś nauczę się tych zjazdów to zobaczycie, i to 70 km/h się rozpędzę! A tymczasem gratuluję Pawłowi, który typował na blogu 55,8 km/h. Pomyliłeś się tylko o 1,3 km/h, super! Odezwij się proszę na FB lub maila:)

Podoba Ci się ten wpis? Nie bądź sknera, PODZIEL SIĘ! Udostępnij:)

16 KOMENTARZY

  1. 6:10 wymyślił. Jeszcze mnie pewnie na saporta będzie namawiał. I wbiec na Karkonoską…? Do reszty Cię powaliło, Krasusie.

    I cóż ja mogę na to powiedzieć? To dla mnie zaszczyt, że mogłem być Twoim wsparciem. Ale na wynik zapracowałeś przecież, ciężko trenując przez cały rok. Przewagę zrobiłeś na pływaniu i rowerze. Ja tylko miałem podczas biegu zadbać, żeby tego nie spieprzyć . I chyba się udało ;-)

  2. Cóż ja mogę napisać? Uwielbiam czytać Twoje relacje, ale trudno je komentować. :) Po prostu się wzruszam i jestem tam z Tobą na moment. Wspaniały support na biegu i rewelacyjny w pozostałych strefach. Żonę masz jedną na milion. Wspaniała! Wielkie gratulacje, bo wynik super i jeszcze od razu te pĄpasy! Już po nich widać, że masz zapas na na następny rok. ;)

  3. Ładnie musiało furczeć w wodzie, skoro aż wonsy zgubiłeś! To niesamowite, jak ciągle podwyższasz poprzeczkę i ciągle ją przeskakujesz! Za rok będzie 6:08. A za dwa złamiesz szóstkę! GRA-TU-LA-CJE!!!

  4. Wbrew powszechnej opinii asfaltu się nie wylewa. Tzn. sam asfalt to może i dało by się wylać, ale to co po czym jeździmy, względnie biegamy, to MMA, czyli masa mineralno-asfaltowa. Asfalt jest w niej spoiwem, tak jak cement jest spoiwem w betonie (de facto MMA jest tez określana jako beton asfaltowy). Tak więc MMA się układa, a nie wylewa. A jeszcze dokładniej to się ją rozściela (maszyną zwaną rozściełaczem) a następnie zagęszcza (walcem, jak się łatwo domyślić).
    A teraz czas na małe zwierzenie. Od czasów, gdy pracowałem w laboratorium drogowym, mam takie małe zboczenie. Uwielbiam zapach świeżej masy mineralno-asfaltowej! :-D

    Byłbym zapomniał. Gratulacje! Daliście czadu!

    • Bartek.. UWIELBIAM CIĘ <3 To najpiękniejszy komentarz jaki ever miałem!:) Dzięki, faktycznie tak przecież jest, o czym nawet ja wiedziałem, bo przy okazji budowy obwodnic Warszawy monitorowałem temat i sam o rozściełaczach czytałem. Nadal jednak nie wiem, jak taki rozściełacz mógł tam jeździć, tam jest do 22% nachylenia!

Pozostaw odpowiedź Jędrzej Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here