Ależ kusiło! Ależ korciło, by docisnąć! Złapać szybko rower i pomknąć jak szalony do Trasy Siekierkowskiej, gdzie można się już naprawdę rozpędzić i nawet rowerem miejskim, nawet w stroju teletubisia, mknąć ponad 30 km/h. Wyobrażacie sobie miny wyprzedzanych zawodników? I przechodniów? To by było coś!

Moja dusza ściganta cierpiała katusze, ale umówiliśmy się z Cośką, Marcinem i Łukaszem, że jedziemy etap rowerowy razem, a dane słowo to przecież świętość. Zebraliśmy się więc przy wyjściu z pierwszej strefy zmian, zapozowaliśmy fotoreporterom i dzida. No, z tą dzidą to lekko przesadziłem, bo jak cztery osoby mają razem jechać, to co kawałek komuś coś jest;) A to Królik zgubi marchewkę, a to bloger robi sobie zdjęcia, było więc rekreacyjnie i wesoło do potęgi entej, o to właśnie chodziło! Doskonale na nasze przebrania reagowali wolontariusze, wśród których była m.in. nasza pĄKasia Rakieta – nie mogąc wystartować postanowiła porobić za wolontariuszkę, postawa godna pochwały! Zauważali nas nawet stojący w korku kierowcy, którym zdarzało się zatrąbić.

W połowie etapu rowerowego w moim stroju teletubisia zaczęło być coraz cieplej. Póki co było mi po prostu ciepło, ale na kilku szybszych odcinkach czułem solidny gorąc. Wiedziałem co to znaczy: musiałbym chyba przejść etap biegowy marszem, by się nie utopić w pocie;) I miałem rację. Już po pierwszym kilometrze (tempo coś koło 4:10) czułem się jak w mikrofalówce, masakra! Pierwszą połowę etapu biegowego przebiegłem razem z Remisiem, reakcje ludzi wyprzedzanych przez teletubisia i kermita były ciekawe. Niektórzy wyglądali jakby mieli zwidy i w sumie to chyba im się nie dziwię, inni rzucali tylko tekst „Zobacz, Żaba i Teletubiś nas wyprzedzają”. Wiele osób pytało o czerwoną torebkę i musieli być nieźle zdziwieni, gdy im takową pokazywałem. Nie ma jak uprzejme koleżanki z pracy – jeszcze raz dziękuję Zu za pożyczkę!:) W drugiej połowie trochę zwolniłem, bo bałem się przegrzania i czterolikometrowy etap biegowy ukończyłem w średnim tempie poniżej 4:20 min/km. Przed metą obowiązkowe pĄpki i nareszcie koniec, uffff…!

Ale tak jak dżentelmen na weselu nie zdejmuje krawata i marynarki, tak i Twinky Winky pozostaje w stroju galowym do samego końca imprezy, a trochę jeszcze się działo. Napozowaliśmy się do zdjęć jak nigdy, potem dekoracja zwycięzców, jeszcze kolejne zdjęcia i afterparty z makaronem dla każdego. I jeszcze kilka zdjęć. Druga edycja Guru Triathlonu Warszawskiego była jeszcze bardziej wesoła niż pierwsza (kliku-kliku), a to dzięki strojom, w które się przebraliśmy. Tym razem nie ścigałem się, choć nie ukrywam, że miałem ochotę. Rywalizacja w kategorii „najlepsze przebranie” była jednak nie mniej ciekawa niż walka na trasie, a na pewno śmieszniejsza. Pływanie potraktowałem jako kolejny trening w wodach otwartych 450 metrów w 8:14 bez pianki to dla mnie zaskakująco dobry wynik przy intensywności z jaką płynąłem – „umiarkowanie”, rower był totalną rekreacja, a bieg – byle się nie zagotować;)

5 KOMENTARZY

  1. Krasy,
    Według mojej Żony powinieneś wygrać konkurs na najlepsze przebranie, głównie ze względu na torebkę ;)
    Dla mnie jesteś zwycięzcą!

    • Dziękuję za uznanie! torebka faktycznie gustowna, pożyczona od koleżanki z pracy, na szczęście udało się jej nie zniszczyć (torebki, nie koleżanki – to znaczy koleżanki też nie, tzn udało się nie zniszczyć niczego i nikogo;)).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here