Niektórzy sportowcy-amatorzy mają problem z osiąganymi postępami. Chcieliby realizować coraz bardziej ambitne i wymierne cele, ale ni chu-chu, nic z tego nie wychodzi. Kombinują jak koń pod górkę: szykując się do złamania 50 min. na 10 km szukają wymyślnych planów treningowych, wybierają jak najlepszego trenera i gdy tylko wypadnie z planu jeden trening, to załamują ręce jakoby świat się walił.

Spotykamy takich na treningach i zawodach. W uszach często słuchawki, na Fejsie słit foteczki z pełnym uśmiechem, a na plecach nie widać śladu potu. Czysta rekreacja! Potem wynik na mecie jest jaki jest i następuje poszukiwanie winnego. Plan treningowy do bani, pogoda była fatalna, trener słaby, a przede wszystkim to wina tego, że trzy tygodnie temu zamiast 8,5 km przebiegłem tylko 7. O, to na pewno to!

A tymczasem wystarczy spojrzeć na delikwenta (lub delikwentkę, bo płeć nie robi tu różnicy, a wydaje mi się wręcz, że z dziewczynami bywa tak wręcz częściej). Na trasie biegów wygląda dokładnie tak samo jak na treningu – twarz zmęczeniem nieskalana! Często cechą charakterystyczną takich osób jest jeszcze sprint na ostatnich 100-200 metrach. To niebywałe, ale w każdym prawie biegu znajdą się osoby, które kończą dychę 20-30 minut po zwycięzcy, ale tempo finiszu mają do niego podobne. Ostatnie 100 metrów biegną nawet dwa razy szybciej niż cały dystans, co przekłada się na czas lepszy o 5 lub 7 sekund i zakłamaną opowieść o tym, że „Przecież dałam z siebie wszystko!”. Owszem, na ostatnich 100 metrach.

Osoby takie nie potrafią (a raczej nie wiedzą, że potrafią) opuścić swojej strefy komfortu. Na początku samo spokojne truchtanie będzie generowało progres, ale po jakimś czasie trzeba się przemóc i trochę zmęczyć. Organizm potrzebuje nowych bodźców treningowych, a ich nie dostaje. Postępy robi się poza strefą komfortu – to milion razy powtarzany frazes, ale niektórzy nadal go nie stosują. I nie ma tu znaczenia, czy kilometrowe interwały „szybko” pobiegniesz po 4:20 czy 4:23. Jeden i drugi trening będzie dobry jeśli faktycznie będzie to dla Ciebie „szybko” i poza strefą komfortu. Tu nie możesz się dobrze czuć, masz się zmęczyć, idealnie byłoby zaplanować go tak, by wszystkie odcinki pobiec równo, a na końcu paść na pysk.

Ale nie chodzi o to, by na każdym treningu się zarzynać i osiągać HRmax – to świetna droga do kontuzji. Trzeba zmusić się do przekroczenia bariery zmęczenia. Endorfinki-srinki. Jasne, że sport powinien sprawiać radość, ale sport to w dużej mierze pot, zmęczenie, kwas mlekowy i ból mięśni. Nie bój się go, on Cię nie zabije, a wzmocni (tym razem to frazes prawdziwy;)). Miejsce na pozytywne emocje i uczucia jest potem na kanapie, z pucharem z zawodów czy podczas spokojnego wybiegania z kumplami.

Rozwój sportowy odbywa się poprzez uszkadzanie mięśni, które odbudowują się mocniejsze. Ale żeby je uszkodzić, trzeba trochę pocierpieć na treningach i na zawodach dać z siebie wszystko na całej trasie, a nie tylko na ostatnich 100 metrach. Owszem, uśmiechnięte zdjęcia z linii mety są dużo fajniejsze niż takie, na których wygląda się jak zombie. Ale chcąc przełamywać swoje granice, musisz wejść do strefy zombie. Jeśli tego nie lubisz, po prostu nie stawiaj sobie ambitnych celów i skup się na rekreacji.

Nie, nie mam nic przeciwko rekreacyjnemu uprawianiu sportu. Wręcz przeciwnie, uważam, że to najzdrowsza jego forma. Biegając wolno i na niskim tętnie wzmacniamy układ kostno-mięśniowy oraz serducho. Ale nie można jednocześnie tak biegać i osiągać sukcesów. To se ne da.

FAJNY WPIS, NIE? NIE BĄDŹ ŻYŁA, PODZIEL SIĘ, UDOSTĘPNIJ!

16 KOMENTARZY

  1. Zawsze jak robię trening to mam wrażenie że wszyscy wokół mnie tacy świeży, pachnący, ani kropelki potu, a tylko ja jestem zziajana i na skraju zawału. Dzisiaj moja twarz była purpurowa i gdyby były jakieś chmury na niebie to bym pomyślała że to deszcz (tak mi kapało z ryja) a inni co? No jajco… Ile można dreptać w tempie konwersacyjnym? Że im się to nie nudzi ;) Walić strefę komfortu! Mięśnie mają palić!

  2. Dobry post!

    Po czym, między innymi, poznać, że ktoś nie wychodzi ze strefy komfortu? Kiedy dziwnie na Ciebie patrzy kiedy mówisz, że 10km biegnie się ciężej od półmaratonu a 5km to w ogóle masakra.

  3. Dokładnie tak! Ale jak wyjść ze strefy komfortu nie wchodząc do strefy kontuzji… ? Jak na razie namiętnie zgłębiam tę tajemną dla mnie wiedzę, próbując być jednocześnie wymagająca i wyrozumiała dla samej siebie. To se da?

    • Magda, to trudna sztuka, najważniejsze jest w niej słuchać siebie i nauczyć się odróżniać ból od BÓLU. Ten drugi prowadzi do kontuzji, pierwszy jest oznaką progresu.. ;)

  4. Jasne że prawda, tylko ostatnie zdanie niefortunne – że nie da się tak osiągać sukcesów. No bo sukces nie musi koniecznie oznaczać konkretnego wyniku. Dla wielu osób sukcesem jest to że są zdrowi (nie mają kontuzji) a nie złamanie iluś tam minut na konkretnym dystansie. Dla takich osób spokojne bieganie jest super.
    A dla reszty czyli tzw. „ścigaczy” to nie ma wyjścia – bez pracy nie ma kołaczy :)

    • To prawda. Każdy inaczej określa sukces i sam sobie wyznacza, co nim jest. Dla kogoś ukończenie biegu na 10 km jest sukcesem i to można osiągnąć po prostu spokojnie w tlenie biegając.

  5. O, to to, to to, to to. Nie po szybkości na finiszu poznasz czy ktoś dał z siebie wszystko. Już prędzej po minie (nieskromnie przywołam tu moją minę autorską „jak rzygać to z dobrym wynikiem”). Ktoś kiedys powiedział, że w bieganiu nie ma nic przyjemnego. Przyjemnie jest „po”.

    A tak w ogóle, co Cię naszło na taki temat?

    • O tak, mina! Ona robi różnicę:) Owszem, bieganie może być przyjemne, pod warunkiem, że ktoś lubi smród potu i ból mięśni:) Ja tam lubię!

      Co mnie naszło? Ot po prostu, obserwacja świata. Dawno ją już poczyniłem, ale kolejka postów do napisania jest tak długa… ;)

  6. Spodobało mi się określenie „strefa zombie”. Jak wykonuję jakieś trudne ćwiczenie i już czuję że już nie mogę myślę sobie „no weź, no wejdź w strefę zombie” i wytrzymuję jeszcze trochę. Moje mięśnie są Ci wdzięczne!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here