Wczoraj przypomniałem sobie, dlaczego ciężkie treningi biegowe robię zwykle rano, ewentualnie po południu. Po takim sześć razy kilometr w tempie poniżej 3:30 z dwuminutową przerwą mój organizm potrzebuje ładnych kilku godzin by dojść do siebie. Ze względu na upał niedzielne interwały przeciągnąłem najdłużej jak się dało, z treningu wróciłem chwilę przed 22. Plan był taki, by trochę ochłonąć, zjeść coś, wziąć prysznic i oddać się w objęcia Morfeusza. I wszystko szło zgodnie z planem do chwili położenia się.

Gorąc nadal doskwiera, a organizm oddaje to, co mu zafundowałem wcześniej. Jest mi gorąco, ale jednocześnie… zimno w stopy. Leżę więc z zawiniętymi w kołdrę stopami, a pot ze mnie leci. NKŚ obok dawno już śpi, ale jej miarowy oddech nijak mi nie pomaga. Moje serducho, przy tętnie spoczynkowym około 37 bpm, wali z dwa razy szybciej, na dodatek odczuwam wyraźnie wyższe ciśnienie. Po ciężkim treningu to normalne i nie zwracałbym na to uwagi, gdyby nie fakt, że naprawdę chcę usnąć, bo budzik ustawiony na 6:01 (poniedziałkowy basen nie wybacza!).

Normalnie mam taki rytuał, że leżę na brzuchu przez kilka minut rozciągając niejako całe ciało, potem się zwijam w pozycję embrionalną z jaśkiem pod głową i śpię na boku. Niestety, tego wieczoru każda inna pozycja niż „na wznak” oznaczała zalewanie się potem.

Leżę więc dalej i, choć udaje mi się zamknąć oczy, to o zaśnięciu nie ma mowy. Nie sprawdza się sposób „nie ruszaj się przez 15 minut to na pewno zaśniesz” i czas płynie. Raz kiedyś muszę się napić, bo w gardle suszy po upalnym dniu. Pociągam kilka łyków z bidonu i wracam do próby odpłynięcia. Bez efektu. Po jakimś czasie próbuję czegoś innego: odwracam się o 180 stopni i kładę głową tam, gdzie są nogi, bo to bliżej okna i była szansa na odrobinę świeżego powietrza.

Powietrza wiele więcej nie ma, ale po kolejnych długich minutach, w końcu udaje mi się zasnąć. Nie trwa to jednak długo, bo… budzi mnie potrzeba wysikania się. O 1:45 schodzę się załatwić, a wracając z łazienki wpadam na chwilę do kuchni. Kojarzycie takie obrazki jak to ktoś stoi w ciemnym pomieszczeniu, a jedynym źródłem światła jest otwarta lodówka, w której buszuje delikwent? No właśnie byłem takim delikwentem. Wyciągam kawałek pysznej kiełbasy słoikowej, zawijam go żółtym serem i… po tej mikro przekąsce wreszcie idę sensownie spać. Nie ma jak kęs dobrej kiełby ze słoika od mamy!

A Wy potraficie usnąć zaraz po treningu? Mi się to nigdy nie udało.

7 KOMENTARZY

  1. No właśnie ja treningi tylko wieczorem. Za cholere nie umiem rano. Mój organizm masakrycznie wolno się budzi. I w ogóle żeby się rozkręcić potrzebuje dużo czasu. Poza tym potrzebuję mieć wolną głowę, nic nie musieć. A to mam tylko wieczorem.
    Z zasypianiem nie mam problemów. Czasami w wannie zasypiam :)

  2. Rano choć bym nie wiem jak się starał, żaden trening jakościowy mi nie wyjdzie , co najwyżej spokojne człapanie. Więc ja z reguły dość póznym popołudniem :) a spać i tak zwykle nie chodzę zbyt wcześnie, gdyż mając w domu wulkan energii w postaci cudownego 5-latka po prostu się nie da :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here