Nie biegam. W ogóle! Choć miałem taki pomysł, to nie wypożyczyłem roweru szosowego. Spędzam czas w wodzie, ale tylko się pluskam i bawię z falami, przepłynąłem może z 30 metrów przez tydzień. Odpuściłem nawet deskę, pompki i przysiady. Przed wyjazdem sprawdziłem, czy w hotelu mają siłownię, ale teraz wchodzę do niej tylko po to, by dostać się do sauny. Mówiąc wprost: zaatakował mną leń i poddałem mu się z największą rozkoszą. Ciekawostką jest, że aktualnie, przy leżąco-spacerowym trybie życia, śpię po osiem-dziewięć godzin na dobę. Normalnie wystarcza siedem.

Obijam się i była to w pełni świadoma decyzja, której konsekwencją jest to, że 11.11. nie zrobię nowej życiówki na 10 km. 2015 r. zakończę więc z terenowym 37:02 z marca (chyba, że w grudniu coś się znajdzie). Trochę mi szkoda. Ale tylko trochę:) Bo czy to życiówki są w życiu sportowca amatora najważniejsze? Ależ nie, najważniejsza jest frajda z uprawiania sportu! Swoje się w tym roku już nauprawiałem, frajdy było co nie miara, pora na krótki, ale za to intensywny wypoczynek.

Siedzę więc na tarasie, słucham szumu fal przebijającego się przez dźwięki Pearl Jam z głośnika (jeden z fajniejszych naszych zakupów ever to przenośny głośnik JBL, polecam na każde wakacje jeśli komuś trudno żyć bez muzyki:)), popijam kolejną dziś lampkę czerwonego wina (piwo mają tu niestety paskudne) i bardzo namawiam i Was do tego, by czasem olać codzienność i odpocząć. Dzięki temu udało mi się też dokończyć rozdział do kolejnej książki, której będę współautorem:)

Pierwotny plan był właściwie taki, by po Półmaratonie Gdańsk wyluzować tylko kilka dni, a potem zrobić parę mocnych szybkich treningów po to, by wykorzystując przygotowanie do połówki, 11.11. pobiec dychę poniżej 36 minut. Ale odpoczywanie w Trójmieście tak mi się spodobało, że nawet przez myśl nie przeszło mi, by pobiegać. Na wakacje sprzęt biegowy zabrałem, ale już po dotarciu pomyślałem: pójdę biegać gdy mi się zachce. I się nie zachciało. Z tarasu widzę przepiękne góry, ale zamierzam pojechać w nie samochodem i rozkoszować się widokiem, na pohybel planom treningowym. Precz z podbiegami!

Bo tak naprawdę chyba nie o odpoczynek fizyczny tylko psychiczny w moim przypadku chodziło. Nogi były po Gdańsku zmęczone, ale dwa dni spacerów sprawiły, że wszelkie bóle minęły. Zrozumiałem, że to głowa miała dość reżimu treningowego i ciągłego myślenia o kolejnych zadaniach do zrealizowania. Ostatnie, trudne w życiu pozasportowym, miesiące też pozostawiło piętno na czole i taki reset odrywający mnie od wszystkiego był potrzebny. Sam organizm też chyba chciał sobie trochę pofolgować. Normalnie staram się dość zdrowo odżywiać. Jasne, że kocham chipsy i piwo, ale staram się takie rozrywki ograniczać, zdecydowanie częściej piję koktajle warzywno-owocowe niż napar z chmielu. Za to teraz istne szaleństwo. Zaliczyłem dziś kilka porcji lodów i mnóstwo białka w postaci krewetek, muli i innych wyśmienitości wprost z Atlantyku, wszystko to popijając winem.

NKŚ śmieje się, że po powrocie mogę zorganizować konkurs pod tytułem „Ile na urlopie przytył Krasus”;) Żarty żartami, ale ja wiem swoje. Już za parę dni moje lenistwo się skończy i wrócę do ciężkiej pracy, bo plany na 2016 r. są bardzo, bardzo ambitne. Wiosna pod znakiem ultra, tri-lato, a jesienią NYC Marathon. Coś czuję, że to będzie piękny rok:)

Aha, jakieś urywki wakacyjne wrzucam na Instagrama, kogo tam jeszcze nie ma, to serdecznie zapraszam!

3 KOMENTARZY

  1. No właśnie, bo po solidnie przepracowanym sezonie taka laba sportowo-dietetyczna należy Ci się jak psu buda ;-) Enjoy! Wiadomo że jak wrócisz to znów się zabierzesz do roboty jak dzik(i) :D

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here