Odkąd odkryłem (dzięki Sobmar!), że aby dostać się do Nowego Jorku wcale nie potrzebuję łamać 1:21, a wystarczy 1:23, zupełnie spadł ze mnie ciężar tego startu. Choć Półmaraton Gdańsk miał być najważniejszą dla mnie imprezą tej jesieni, to zrozumiałem, że jego waga bierze się nie z wyniku jaki chcę osiągnąć, a tego, co ten wynik ma mi dać – ma być biletem do zrealizowania kolejnego marzenia i pobiegnięcia maratonu w Nowym Jorku. A właściwie to kilku marzeń, bo sam maraton to tylko część planów na pobyt w USA. Te zawody to droga, a nie cel sam w sobie.

O tym, co przygotowali mi na sobotę pĄpkinsi już czytaliście, ale to był dopiero początek. W trakcie makaronowej gościny u Państwa Suchych Szosów, Błażej rzucił nagle „Chodźcie, pokażę Wam jeden filmik”. Pomyślałem, że chodzi zapewne o jakiś śmieszny filmik jakich w internecie wiele. Jakże się myliłem…

KLIKNIJ TUTAJ, BY OBEJRZEĆ FILMIK

Oglądając to spociłem się, miałem ciary na plecach, łzy w oczach i bolały mnie policzki od śmiania się. Jakbym się nie starał, to nie jestem w stanie opisać uczuć, jakie to we mnie wywołało. Ile pracy włożono w to, by okazać mi wsparcie! NIE-SA-MO-WI-TE! Ludziska, jesteście fantastyczni. Nawet dziś brak mi słów, by Wam podziękować…

A dla fanów muzycznej twórczości Łukasza, nowy (hmmm, w sumie starego nie było) hymn Smashing Pąpkins jest do pobrania od Wybieganego:)

3… 2… 1… START!

Gdy stanąłem na linii startu, po spokoju ducha z ostatnich dni nie było nawet śladu. Wsparcie biegowych przyjaciół sprawiło, że… poczułem presję. Wiedziałem, że siedzą w domach przy komputerach i będą obserwować każdy pomiar czasu, trzymać kciuki aż do czerwoności i duchowo wspierać mnie w wysiłku. Pojawiająca się gdzieś w głowie opcja „byle złamać 1:23” zniknęła. Czułem, że jestem im winien walkę do samego końca. Że dam z siebie wszystko i jeszcze trochę. Albo i dwa trocha, bo wynik gorszy niż 1:20:59 będzie dla nich zawodem.

Zdecydowałem się ruszyć z zającami na 1:20. „Jak odpadnę na 15 km to trudno”. Nie chodziło bynajmniej tylko o trzymanie tempa, bo z tym sobie radzę, ale przede wszystkim o wiatr. Długi odcinek Aleją Grunwaldzką prowadził pod wiatr, samodzielna walka z nim kosztowałaby mnie za dużo sił, a Półmaraton Gdańsk to nie tak duża i nie tak mocno obsadzona impreza jak np. Półmaraton Warszawski i istniało duże ryzyko, że będę po prostu biegł sam, bo nie znajdę kogoś sensownego do współpracy. Wolałem więc pobiec szybciej z grupą, niż wolniej samemu, nawet kosztem odpadnięcia po jakimś czasie. Liczyłem, że ewentualny samotny bieg w drugiej części, z wiatrem w plecy i z boku będzie po prostu łatwiejszy i jakoś dowiozę wynik do mety.

Ale pierwszego kilometra w 3:37 (przy planowanym tempie 3:47) to się nie spodziewałem. Po kilkuset metrach miałem nadzieję, że średnie tempo poniżej 3:35 to błąd mojego GPS-a, ale znacznik kilometra bezlitośnie obnażył początkowe szaleństwo: 3:37. Z grupy pojawiły się głosy „Ej, za szybko!”. Panowie zwalniali, przyśpieszali, szarpali i w efekcie po dwóch kilometrach mieliśmy już kilkanaście sekund zapasu! Niestety, cechą dobrego zająca jest nie tylko dobiec na dany wynik, ale i pobiec zgodnie z zakładaną taktyką, a założenie było takie, że biegniemy cały półmaraton równo. Kilometr za szybko o 10 sekund to masakra, szczególnie na samym początku. Jak to mówią  „Nie polecam tego allegrowicza”.

Przede mną było więc 19 km ciężkiej walki, a ja już dawno pożegnałem sie ze strefą względnego komfortu. W zasadzie jak się zastanowić, to chyba tylko 500 metrów przebiegłem w komforcie. Potem było już tylko ciężko, coraz ciężej.

Miałem wrażenie, że podobne odczucia miało kilka innych osób, m.in. znany mi z zimowego obozu biegowego Mateusz, który sapał i dyszał podobnie jak ja. Choć po paru kilometrach tempo się unormowało (wreszcie zające byli zającami), to wiedziałem, że za błąd z początku będę musiał zapłacić. Zawsze zaczynam spokojniej, ewentualne przyśpieszenie pozostawiając na końcówkę, teraz najszybciej przebiegłem pierwszy kilometr. Bieg na 1:20 miał być biegiem na granicy moich możliwości, a może tuż ponad nią. Tu nie było marginesu błędu. Jeśli błąd został popełniony na początku, to musiało się skończyć źle.

„A gdybym był młotkowym…”

Z drugiej strony, gdybym wolniej pobiegł początek, to walczyłbym sam z wiatrem i też wyniku by nie było. Trudno teraz gdybać jaka była najlepsza taktyka na ten bieg. Nasza grupa liczyła prawie 20 osób, a przed nią i za nią było praktycznie pusto. Biegłem cały czas schowany za innymi i czułem, że ratuje mi to tyłek. Lecz zwalniając przed punktem odżywczym na 10 km (żel plus woda) czułem, że to koniec walki o 1:20. Międzyczas był wprawdzie bardzo dobry (do idealnego brakowało ledwie kilku sekund), ale ja nie miałem już sił na przyśpieszenie za punktem. Pomiędzy tabliczkami „10 km” i „11 km” grupa odjechała mi na kilkanaście metrów i było pozamiatane.

W głowie pojawiły się wówczas standardowe myśli „Po co mi to?”, „Nigdy więcej!” i tym podobne. Wizja jedenastego listopada i ataku na życiówkę na 10 km napawała mnie szczerym obrzydzeniem. Marzyłem o spokojnym truchtaniu i stukilometrowej wycieczce rowerowej, a nie napieprzaniu poza strefą komfortu.

Na trasie byłem sam. Wspomniany przed chwilą Mateusz odpadł w podobnym czasie co ja, ale miał mniej sił i został jeszcze dalej za mną, parę innych osób też musiało zwolnić. Tak naprawdę to właśnie wtedy rozpoczął się właściwy bieg. Te 10-11 kilometrów do mety miało pokazać, ile jestem tak naprawdę wart. W głowie przestawiłem już się z „Walczymy o <1:20” na „Walczymy o <1:21 z jak największym zapasem”.

Gdzie ten Gdańsk?

Z drugiej części trasy pamiętam niewiele. Na pierwszym odcinku były kibicki w różowych bluzach NIE MA NIE MOGĘ, był Sobmar, były ze dwa-trzy charakterystyczne elementy miasta (m.in. Stocznia Gdańska) i grupa z którą biegłem pilnując jednocześnie tempa. Teraz była już tylko walka z własnym ciałem. Nie pamiętam nawet jednego elementu architektonicznego, kibiców nie było wielu, a jak byli to raczej stali, a nie kibicowali. Pod tym względem Warszawa wygrywa o kilka długości. Gdańsku, naucz się kibicować!

Byłem już tak zmęczony, że coraz trudniej przychodziło mi kalkulowanie tempa. Wiedziałem, że na 1:21 muszę biec po 3:50, ale że mam zapas z pierwszej części, to takie tempo utrzymane do mety da mi około 1:20:30. Nie pobiję więc rezultatów Zarzy, Krzyśka Lisaka czy Pawła Krakowiaka z Półmaratonu Warszawskiego, ale nadal to kapitalny wynik, z którego będę dumny. Trzeba więc było napierać.

Próbowałem się motywować podśpiewując w głowie łukaszowe „OOOOOOO OOOOOOO OGIEŃ Z DUPY”, ale bardziej o tym myślałem, niż to śpiewałem. W ultra lub w maratonie takie rzeczy działają. Muzyka w głowie potrafi mnie zmotywować do ciśnięcia ponad możliwości. Intensywność połówki jest już zbyt wysoka, biegnąc ją na maksa po prostu nie jestem w stanie myśleć. Musiałem co kilkanaście sekund spoglądać na zegarek, bo mimowolnie zwalniałem i tempo spadało do 4 min/km. Odczyt tętna w Garminie pokazuje, że od połowy byłem już w okolicach 178-179 uderzeń/min., gdzie głowa nie jest już w stanie działać. Dobrze, że na Garminie nie obserwowałem tętna, bo prawdopodobnie bym się wystraszył. Półtora roku temu biegnąc Półmaraton Warszawski w 1:23:10 miałem średni puls 171 uderzeń, teraz było to 177!

Samotność długodystansowca

W pewnym momencie zauważyłem, że jestem kompletnie sam. Rozpadająca się grupka 1:20 była kilkadziesiąt metrów przede mną, za mną też nie było nikogo. „W Warszawie to można sobie biegać”, pomyślałem. W tym roku w przedziale 1:20-1:21 ukończyło Półmaraton Warszawski 48 osób, a w Gdańsku – siedem. To robi ogromną różnicę. Nawet się nie obejrzysz, a tempo siada. Żeby je nadrobić trzeba potem szarpać, a nawet kilkadziesiąt metrów w tempie 3:30 to już wysiłek wyciskający z organizmu ostatki.

Na ostatniej piątce byłem już tak zmęczony, że lekkie podbiegi mnie przerażały. Wiedziałem, że na jednym z wiaduktów pod koniec czekać będą dziewczyny, ale nie wiedziałem na którym. Jeden, drugi i nic. Wbijam się na kolejny, mam poczucie, że wykrzesuję z siebie już naprawdę resztki sił i widzę…. widzę kogoś na szczycie. Podskakuje, macha rękoma i krzyczy! I ten ktoś ma pĄkoszulkę na sobie! To Ewa!!! Ależ mi to sił dodało, ależ mnie ciarki przeszły po plecach! Po wszystkim Ewa powiedziała, że słaniałem się na nogach. O ile można mówić o słanianiu się na nogach gdy biegnie się około 4 minut na kilometr, to mam poczucie, że tak było. Ledwie przybiłem piątkę z Ewą, a po prawej stronie dojrzałem NKŚ i Izę z różowym transparentem „OOOOOOO OOOOOOO OGIEŃ Z DUPY”. Próba uśmiechu, przybita piątka i walczę dalej. Mimo wsparcia dziewczyn, to właśnie tam zaliczyłem najwolniejszy wg Endomondo kilometr – w 3:59. A bez nich byłoby pewnie z 4:10.

Do mety dwa kilometry, powinienem przyśpieszyć, ale w tamtej chwili ledwie było mnie stać na to, by nie zwolnić. Pamiętam tabliczkę „20 km” – byłem już tuż przy hali na której jest meta, a to jeszcze tak cholernie daleko, bo trzeba ją obiec! „Do końca tylko niecałe trzy kółka na Agrykoli” – tłumaczę sobie. Ale to nie takie proste. Staram się nie spoglądać na zegarek zbyt często, bo wydaje mi się wówczas, że czas płynie wolniej. Zakręt w prawo, jeszcze jedna Agrykola… Oglądam się za siebie, nikogo nie ma, nie będę musiał ścigać się na finiszu, ufff. Jest już tabliczka „21 km”, ale nadal nie widać mety! Jest jednak wejście do hali, skręcam i JEST!

Te ostatnie sto metrów po dywanie były jedynym odcinkiem tego biegu (poza spotkaniem dziewczyn na wiadukcie) gdzie szczerze i naprawdę się radowałem. Piątki z kibicami, podskoki, machanie rękoma, krzyk i pĄpki na linii mety.

1:20:35

Przez to straciłem oczywiście parę sekund, ale nie czułem potrzeby sprintu do mety, bo 1:20:28 czy 1:20:35 są tak samo świetnymi wynikami. To były piękne chwile, na wspomnienie których mimowolnie się dziś uśmiecham. Ta radość z realizacji marzenia to efekt ciężkiej pracy, którą włożyłem w przygotowanie do tego startu. Nie było łatwo po zakończeniu sezonu triathlonowego zmusić się do mocnego biegania, lecz znałem cel i wiedziałem co chce osiągnąć. To pomagało wstawać przed świtem na trening progowy lub trzaskać kilometrówki poniżej 3:30.

No pewnie, że fajnie byłoby złamać to 1:20, wszak 1:19 na początku wygląda o niebo lepiej niż 1:20. Ale to tylko wygląd. Celem było zdobyć kwalifikację na nowojorski maraton i złamać 1:21. Oba cele zostały zrealizowane z przytupem. Mogę dziś gdybać co by było gdybym zaczął spokojniej (tak jak zwykle). Postawiłem jednak wszystko na jedną kartę, zaryzykowałem i… no właśnie. Nie mogę powiedzieć przecież, że na tym straciłem. Wybrałem taką, a nie inną taktykę i dziś nie żałuję.

O kochanych pĄpkinsach wspominałem już na początku. Oprócz Błażeja biegł jeszcze Waldek (jego relacja TUTAJ). „Było nas trzech, w każdym z nas inna krew” – każdy z nas miał inny cel, ale zrobił wynik marzeń, grupa była skromna, ale bardzo mocna:) Z takiej ekipy można być dumnym. Ale w Gdańsku spotkało mnie więcej wyrazów sympatii. Podczas biegu kilku współbiegaczy krzyknęło „Dawaj Krasus do tego Nowego Jorku” – nie zapamiętałem imion ani numerów startowych, ale było to bardzo miłe. Na mecie spotkałem jednego ze zwycięzców zabawy „Biegiem po Piwo”, do którego browarki dotarły akurat w piątek przed półmaratonem, mam nadzieję, że smakowały!:)

W końcu udało się też osobiście poznać Marcina, który nie tylko dołączył do nas na popółmaratońskim morsowaniu (to był świetny pomysł!), ale i… totalnie mnie zaskoczył prezentem;) Podarował mi bowiem kijek do robienie samojebek! Choć kiedyś byłem sceptycznie nastawiony do takich rozwiązań, to już po niedzieli muszę przyznać, że to świetna rzecz, która pozwala zrobić o wiele lepsze zdjęcia:) Dzięki Marcin, kijek przyda się bez dwóch zdań!

Trójmiejska gościnność :)
Trójmiejska gościnność :)
Nie wiem jakim cudem na telefonie nie mam zdjęcia z Waldkiem:(
Nie wiem jakim cudem na telefonie nie mam zdjęcia z Waldkiem:(

Półmaraton Gdańsk by Krasus

Statystyki
Czas netto 1:20:35 (brutto 1:20:36);
Miejsce 42/3275 startujących – 1,3% (3250 sklasyfikowanych);
Kolejne 5-kilometrówki wg oficjalnych wyników: 19:04, 18:52, 19:01, 19:23 (ostatnie 1,1 km w 4:15)
(UWAGA: moim zdaniem nie są to poprawne odczyty, bo maty nie było rozłożone równo).

Sprzęt i wyposażenie
buty New Balance Fresh Foam Zante;
skarpety SHUT UP LEGS;
spodenki NewLine Imotion 2 Layer Shorts;
koszulka Smashing Pąpkins NewLine Base Cool Tee;
rękawki Halfworn w czachy;
pasek na numer Compressport;
Garmin 910 XT;
Na trasie zjadłem żel TORQ i kawałek banana.

12 KOMENTARZY

  1. Fantastyczny wynik i chylę czoła pełen podziwu! Czy Ty tam z takim czasem przypadkiem jakiegoś pudła w swojje kategorii wiekowej (dziadków) nie zaliczyłeś?

    I dobrze czytać, że nawet u Ojca Krasusa na połówce pojawia się myśl, że to wszystko nie ma sensu. Nie czuję się teraz taki najgorszy :)

    Jeszcze raz – brawo!

    • Kuba, moim zdaniem chwile zwątpienia zdarzają się wszystkim. Trzeba wtedy umieć odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie: czy to chwila zwątpienia, czy może po prostu tego nie lubię? Jeśli ktoś nie lubi sportu, to lepiej niech sobie odpuści zapieprzanie poza strefą komfortu:)

  2. Taaakaa walka! Naprawdę podziwiam, za upór, za siłę, za to, że cel nie zniknął Ci sprzed oczu! Biegłam razem z Tobą na treningu, sprawdzałam czas. Piękne to było, co zrobiłeś. A doping był królewski, po prostu nie do podrobienia, ale jak najbardziej zasłużony! Wszystkim ojcom Twojego sukcesu gratuluję, a najbardziej Tobie, rzecz jasna, że się nie ugiąłeś!

  3. Jesteś kolejną osobą wspominającą o tym zającu – ja wyprzedziłem go dopiero po 1km, który pobiegłem w 3:37

    Co do wiatru to naprawdę nie wiało, można było spokojnie napierać samemu. 14km/h to nie wiatr przecież.. Ja zawsze napieram samemu, dzięki temu nie muszę dostosowywać tempa do szybszego lub wolniejszego.

    A utrzymywanie tempa trzeba wyćwiczyć na treningach, narzekanie, że w Warszawie na czas 1:20-21 biegnie 48 osób, a w Gdańsku 7 to chyba żart. Pobij życiówkę świadomie i w pełni, niech wynik zależy od Ciebie, a nie ilości startujących.

    Pozdrawiam:)

    • Ależ! Poranny Biegaczu, w żadnym wypadku nie narzekam na to, że 7 osób było w tym przedziale. Stwierdzam fakt po prostu. Wszak gdy ma się kogoś, biegnie się po prostu łatwiej. Tym bardziej zadowolony jestem z tego, że w trudniejszej imprezie zrobiłem życiówkę!:)
      Jeśli chodzi o wiatr, to nie wiem, może to kwestia indywidualnych odczuć? Dla mnie 14-15 km/h to już wiatr, łącznie z prędkością biegu daje to 30 km/h – całkiem nieźle. Ale masz oczywiście rację, że trzeba napierać, a nie marudzić.
      Gratuluję wyniku, mam nadzieję za rok też biegać tak szybko:)
      Pozdrówka!

  4. Rzeczywiście zając mocno ruszył ze startu – dla tempowców masakra. Miałem się go trzymać, ale szybko zrewidowałem plan i początek zrobiłem swoim tempem. Doszedłem Was na 4km, mniej więcej na początku Grunwaldzkiej. Też mi na tym zależało, bo tam było pod wiatr. Szczerze? Nie stawiałem na to, że tak długo się utrzymasz ;) Ciężko rzeźbiłeś te kilometry. Do szczytu ostatniego wiaduktu dobiegło nas, oprócz zająca, czterech, dwóch wcześniej oderwało się do przodu. Nie będę na niego narzekać, bo na trasie szedł równo. 2-3s różnicy na poszczególnych kilometrach. Początek ostry, ale sam sobie wtedy poradziłem. Mogłeś się mnie trzymać ;)

Skomentuj Lukszar Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here