Z jednej strony chciałbym, by trwało to w nieskończoność, bo radość sprawia taką, że cały czas mam banana na twarzy. Z drugiej zaś, solidnie czuję trudy dnia i w szacuję, ile jeszcze minut do końca. Gdybym był w grupie ryzyka ze skurczami, zapewne już rozciągałbym łydki gdzieś z boku. Ale kij tam z mięśniami. Większe obawy mam o stopy. Nie dość, że znów będę musiał prać buty (drugi raz w tym miesiącu, ech…), to jeszcze zastanawiam się, czy kolor fioletu przybrały dwa paznokcie, czy może trzy.

Nie odpuszczam. Mięśnie rytmicznie pracują, skurcz i rozkurcz, skurcz i rozkurcz, skurcz i rozkurcz. Jak dobrze, że mam niezłą stabilizację i core, bo parę razy byłem już bliski zaliczenia niezłej gleby, ale udało się uratować. Do końca jeszcze może osiem, może dziesięć minut. Chyba wycisnąłbym z siebie jeszcze energii na 20-30 minut zabawy, ale z drugiej strony czuję trochę ulgę, bo wreszcie będzie można odpocząć.

A to był naprawdę ciężki dzień. Nie w każdą sobotę jest tak, że wstajesz o 6:30, biegniesz 37 kilometrów po lesie, wygrywasz zawody na orientację, a potem wsiadasz w samochód i jedziesz kilka godzin przez Polskę po to, by prawie dwie godziny skakać pod sceną na koncercie ukochanej od niemal 20 lat Pidżamy Porno. Muszę przyznać, że na początku zupełnie nie planowałem pogo-szaleństwa, chciałem sobie spokojnie postać z tyłu z kontuzjowaną Anią i Łukaszem, ale gdy tylko rozbrzmiały pierwsze takty „Co za dzień” (a było to jakieś 4 min. po rozpoczęciu koncertu, bo był to drugi zagrany utwór), to po prostu nie wytrzymałem.

W ciągu kilku sekund znalazłem się pod sceną kameralnego olsztyńskiego klubu Nowy Andergrant i rozpoczęło się szaleństwo jak za dawnych lat. Znów czułem jakbym miał 19 lat i choć obuwie na nogach inne niż przed laty (wyjściowe New Balance nie ochroniły stóp przed zadeptaniem tak jak glany), to w tamtej chwili, pod tamtą sceną, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Koncert trwał niemal dwie godziny, spod sceny wyszedłem (spocony nie mniej niż po porannych zawodach) po kończącym imprezę „Pasażerze”. W międzyczasie Grabaż (nadal nie umie śpiewać, ale co z tego?;)) i spółka konkretnie dali czadu.

Ale wróćmy do poranka. Zapisani na trasę TP25 jechaliśmy na X Nawigatora z Marcinem Kargolem i Pawłem Choińskim zająć całe podium. Fakty są bowiem takie, że krótkie trasy to zwykle dodatek dla początkujących, którzy nie odważą się jeszcze na start na dystansie 50 km. Czasem jakiś harpagan wystartuje tam w ramach treningu, ale zwykle tacy jak my takie zawody wygrywają. Ruszyliśmy w czołówce i, mimo małego błędu tu czy tam, po jednej trzeciej trasy byliśmy pierwsi, a na leśnych przecinkach nikogo z tyłu nie było widać. Wystarczyło nie popełnić wielkich jak stodoła buraków.

Z fajnie umieszczonego na ambonie punktu 19 ruszamy jak dziki w żołędzie. Pełen gaz i mało ważne, że droga na mapie jest, a w rzeczywistości musimy przedzierać się przez las. Ciśniemy ostro. Odbijamy w kierunku kolejnego punktu określonego jako „skrzyżowanie ścieżek leśnych”. Mija 10 minut i nic. Mija 15 i nadal nic. Szukamy. Tracimy orientację i kręcimy się jak smród po gaciach. Spotykamy kilka osób, słyszymy „tam i w lewo”. „Tam” jest jednak dość nieokreślonym bytem w świecie biegów na orientację. Szukamy polany, przy której wg mapy powinien być punkt, ale znajdujemy same polany, przy których punktu nie ma. Nie mamy pojęcia gdzie się znajdujemy i gdy jesteśmy bliscy wyjścia z lasu (dodatkowo jakiś kilometr) tylko po to, by się namierzyć, kilkadziesiąt metrów od siebie słyszymy śmiechy. O, to grupka truchtających, którzy stoją przy doskonale widocznym z naszego miejsca punkcie. Ręce opadają. Stajemy się obiektem (całkiem słusznych) drwin grupki. Poziom wkurwu osiąga 120 punktów na 100 możliwych.

Od tej chwili ciśniemy jak w transie. Trzymam tempo niewiele ponad 4:00, Paweł kawałek za mną, ale Marcinek powoli odpada. Po jakimś czasie jestem już sam. Raczej wybieram drogi lekko dookoła, byle tylko móc szybko biec. Wolę nadłożyć 100 metrów niż przedzierać się przez błotniste pole albo gęsty las. Niedaleko przedostatniego punktu (PK8) zbiegam się z dwóch stron drogi z Tomkiem Pryjmą. Nie wiem, kto wyłączył mi wówczas mózg, ale… zamiast pobiec (tak jak Tomek) na punkt, pobiegłem tam, skąd do miejsca spotkania dotarł Tomek. Nie wiem, nie pytajcie, nie umiem dziś tego wyjaśnić. Pięć minut w plecy.

Ale zapieprzam dalej. Ostatni punkt kontrolny zapowiada się łatwo, „samotne drzewo” trudno będzie przeoczyć. Wiem, że Tomek jest kilka minut przede mną, więc zmuszam się do intensywnego biegu. Po jakimś czasie z daleka widzę jego czerwoną kurtkę i jeszcze przyśpieszam. Mierzę stratę. 450 metrów, 370 metrów, 300 metrów. W błocie przy punkcie widzę tylko jedne ludzkie ślady (i jedne psie – Tomek biegnie z Weroniką), wygląda więc na to, że jestem drugi i walczę o wygraną! Strata topnieje dosłownie w oczach. Wg Garmina, kolejne kilometry pokonywałem w 4:44, 4:10 i 4:12. Doganiam zdziwionego rywala („Byłem przekonany, że już dawno jesteście na mecie!”), chwilę biegniemy razem, po czym żegnam się, przyśpieszam i wpadam na metę z minutową przewagą.

Drugie pudło w drugim starcie na orientację w tym roku:)

Rzeczywiście wygrałem, do domu wracam z największym pucharem jaki mam, ale powodów do dumy to mi brakuje. Taki Nawigator to nie Półmaraton Warszawski, gdzie miejsce w pierwszej setce jest wielkim sukcesem. Gdybym nie wygrał na tym krótkim dystansie, to byłoby ze mną naprawdę kiepsko, na 50-tce powinienem być drugi za Krzyśkiem Lisakiem. Jestem zadowolony z tego, że po tych głupich błędach się ogarnąłem i potrafiłem naprawdę szybko biegać. Choć była to z założenia trasa 25-kilometrowa, to nikomu nie wyszło chyba mniej niż 33-34 km, ja naklepałem prawie 37. Zwycięzców się nie sądzi, ale uważam, że trasę tę powinienem zrobić w 3, a nie 3,5 godziny.

Był to zaledwie drugi mój start z mapą w tym roku. Najpierw na Ełckiej Zmarzlinie zająłem drugie miejsce (wspomnienia: kliku-kliku), teraz wygrałem Nawigatora. W obu przypadkach cisnąłem do końca i było warto, bo dało mi to dobre miejsce.

Stats&hints X Nawigator, trasa TP25
Wynik: czas 3:31:45; 1/39 miejsce w klasyfikacji open
Dla zainteresowanych szczegóły na Endomondo KLIKU-KLIKU.

Warunki pogodowe: od 3-5 stopni Celsjusza. Niewielki wiatr, lekkie opady w trakcie, chmury.

Sprzęt/ubranie:
buty Inov-8 Terraclaw 250 (do kupienia w Natural Born Runners);
stuptuty krótkie Inov-8 (do kupienia w Natural Born Runners);
leginsy Newline (do kupienia Natural Born Runners);
koszulka Newline Imotion Shirt z długim rękawem;
pĄkoszulka Newline Base Cool Tee (do kupienia w Natural Born Runners);
czapka z daszkiem Adidas Climalite
rękawice Adidas Climaheat
pas z bidonami Salomon XR Energy
skarpetki Shut up Legs!
Garmin 910 XT
kompas Silva Ranger

Jedzenie/picie:
300 ml wody w bidonikach, 1 baton energetyczny Chia Charge (pół zjedzone przed startem, pół w trakcie), dwa żele Torq. Do mety dotarłem najedzony i bez poczucia pragnienia.

1 KOMENTARZ

Skomentuj Grzegorz Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here