Gdy byłem kilkunastoletnim gówniarzem to było fajnie. W poważaniu człowiek miał wówczas kurs franka, wojnę w Iraku i kolejne rządy Waldka, który się nie boi. Liczyło się boisko pod blokiem, korkotrampki, piłka i grupa kumpli z osiedla. Budziłem się rano z uśmiechem na twarzy, bo wiedziałem, że przede mną kolejny piękny dzień życia. Ostatnio żyję trochę jak taki dwunastolatek. Budzę się, myślę sobie o tym, jak ciężki trening czeka mnie na crossficie, albo ile mam kilometrów dziś do przebiegnięcia i pyszczek mi się cieszy.

Jak ja się tym sportem teraz jaram! Ludzie kochani, mam taką zajawkę na treningi, że muszę się powstrzymywać, bo bym się przetrenował! Z bananem od ucha do ucha wstaję rano, cisnę ile fabryka dała, a czasem gdy trzeba – truchtam pomaleńku. Po prostu robię to co kocham i chce mi się zapieprzać. Motywacji mam tyle, że mógłbym kilkunastu sportowców nią obdarzyć, a jeszcze i ja trenowałbym z zapałem:) Otaczają mnie fantastyczni ludzie, masę dobrej energii ciągnę od MKona, Suchego i całej reszty olsztyńsko-NEGUsowskiej ferajny, z pĄpkinsami szerzymy różową ideę na lewo i prawo, a o wsparciu NKŚ to chyba Wam wspominać nie muszę.

Odpoczynek najważniejszy

Po dwutygodniowym odpoczynku po Półmaratonie Gdańskim wszedłem na obroty i przekroczyłem dwanaście godzin treningu w tygodniu. Teraz dołączam długie wybiegania i docelowo będzie to średnio około trzynastu godzin. Tak jak pisałem jakiś czas temu zrezygnowałem z obowiązkowego jednego dnia wolnego w każdym tygodniu. Zamiast tego robię regeneracyjne biegi – truchtam po 5:30-5:40 przez 30 albo 40 minut i mam poczucie, że taki trening przyśpiesza mi regenerację. Tego się będę trzymał.

W ogóle czuję, że ścieżka na której jestem, jest tą odpowiednią, najlepszą dla mnie. Jeszcze nigdy nie trenowałem tak dużo i tak ciężko jak teraz. A jednocześnie czuję się dobrze. To, że ogarniam sobie to sam i tak dobrze dogaduję się z moim organizmem, daje mi przeogromną frajdę. Mocno i zróżnicowanie się bodźcuję, ciągle cośtam w mięśniach czuję, ale nie przekraczam żadnych granic. Ciało działa jak doskonale naoliwiona machina, chucham na nie i dmucham, robię wszystko, by ta maszyna się nie zacięła.

 

Nie tylko treningi

Od dwóch miesięcy jestem na „pudełkowym” jedzeniu. Każdego ranka około 5:30 pod drzwiami ląduje paczka „dla Marcina”, a w niej pięć dań. Najpierw próbowałem Pomelo Food Company, a po miesiącu przeniosłem sie do Jedzenie Zdrowy Catering ze względu na większą elastyczność tego drugiego w kwestii potraw. Więcej o tym będzie w jednym z kolejnych postów na blogasku. W tym czasie zrzuciłem dwa kilo tłuszczu, świetnie się czuję, dobrze wyglądam i nie mam problemów żołądkowych – jest naprawdę OK:)

Tej zimy mocno postawiłem na trening uzupełniający. Dwie godziny w tygodniu spędzam w crossfitowym boksie, gdzie – cytując mojego kochanego Cz. – pizgam żelastwem. Mam parę przemyśleń na temat crossfitu, o tym też w najbliższym czasie będzie post (w głowie już go mam, trzeba tylko przelać na klawiaturę:)). Nic mnie jeszcze tak nie nauczyło pokory jak pierwsze miesiące na crossficie. Absolutnie warto, choć to dość droga zabawa.

No i ta najważniejsza ścieżka – pływania, rowerowania i biegania. Dwa-trzy treningi pływackie, dwa-trzy rowerowe i cztery-pięć biegowych – tak wygląda standardowy tydzień (plus dwa crossfity oraz trochę ćwiczeń w domu). Wróciłem też do regularnego odwiedzania Mateusza „twardego łokcia” Chajęckiego. Nic mi nie jest, ale prewencja jest najlepszym sposobem na kontuzje. Godzina miziania przez Mateusza sprawia, że mięśnie lepiej się regenerują i mam nadzieję, że wszelkie nieprawidłowości zostaną udupione w zalążku.

Próbne starty biegowe, które sobie regularnie aplikuję, pokazują, że biegowa forma też idzie w dobrą stronę. W związku z planami ultra (Zimowy Ultramaraton Karkonoski -> Madeira Island Ultra Trail -> Bieg Rzeźnika) potrzebna jest mi siła i bieganie terenowe. Mam więc zaplanowanych kilka wyjazdów w góry, cisnę wykroki i przysiady, coraz częściej zaiwaniam też na podbiegach. Podczas świątecznego wybiegania z Agą i Rafałem znalazłem niedaleko domu teściów kilometrowy podbieg o średnim nachyleniu 3-4 proc., przyda się:) Zamierzam też wrócić do regularnego romansowania z górką w Parku Moczydło.

Co najważniejsze, to w tym wszystkim udaje mi się pilnować tak zwanego sport-work-life balance. Ostatnio sporo chodzimy do kina, udało się zaliczyć kilka świetnych koncertów, nie pamiętam też, bym dobremu kumplowi odmówił wyjścia na piwo. Sport jest fajny i bardzo ważny, ale są też rzeczy ważniejsze. Czasem boli, gdy ktoś z zewnątrz, nie mający o rzeczywistości zielonego pojęcia, ocenia i wysnuwa błędne wnioski. Próbuję puszczać to mimo uszu, ale zdarzają się sytuacje, w których solidnie idzie w pięty i to naprawdę przykre.

#dobropowraca

„PZU Półmaraton Warszawski – witamy na liście startowej! Twój numer startowy to: 23011” – takiego niespodziewanego maila w Wigilię dostałem od Fundacji Maratonu Warszawskiego. Jarek dorzucił pięć dych do mojej charytatywnej zbiórki na rzecz Fundacji Synapsis i przekroczyłem 300 zł, co oznacza, że mam już pakiet startowy na PMW! A przecież jeszcze nie wrzucałem info o tym na biegowego Fejsbuka, jeszcze nie powiedziałem Wam, co zrobię gdy zbiórka przekroczy trzy tysiaki (jest w głowie pomysł, ale potrzebuję podjąć kilka ustaleń;)). Czad po prostu. Dzięki Jarku!

To nie do opisania, jak ogromną radość daje propagowanie wymyślonego przez MKona hasła #dobropowraca. To NIESAMOWITE jakie rzeczy ludzie wyczyniają. Nat rzuca na Fejsie coś o tym, że ma plecak z Ironmana z Barcelony. A mój poznański już taki podarty, że wstyd z nim chodzić na basen… No to piszę od niechcenia „#kupięplecakIM”. „Wpłać na Nidzicki Fundusz Lokalny i plecak jest Twój”. Wpłaciłem i… mam plecak! Przepiękny, praktyczny i… no wiecie, motywujący do pracy, bo który triathlonista nie marzy o ukończeniu pełnego Ironmana? Takich akcji, że ktoś coś daje innej osobie w zamian za to, że ta wpłaci kasiorę na cel charytatywnych jest masa. Dzieje się. Ludzie chcą pomagać i to jest piękne.

Od paru dni zbieram też kasę dla Fundacji Rodzin Adopcyjnych pod hasłem Zakończmy 2015 z przytupem! (dla Fundacji Rodzin Adopcyjnych), gdzie oprócz tego, że można pomóc potrzebującym, to jeszcze fajne nagrody są do wyrwania. W ciągu paru dni zebraliśmy 560 złotych, ODJAZDOWO! Jak się uda przekroczyć dwa tysiące, to zagram Wam kolędę na flecie, co Wy na to?;)

6 KOMENTARZY

  1. Mam dużo mniej treningów, ale czuję że też jestem w ogromnym gazie. Forma życia AD 2016 wydaje się być w zasięgu ręki. Robię takie rzeczy, które jeszcze na początku tego roku wydawały mi się kosmicznie. Jestem tak zmotywowany jak nigdy nie byłem. Niech moc będzie z nami.

  2. No no, miło się o tym wszystkim czyta. Naprawdę aplikujesz sobie niezłą dawkę treningu ale wszystko jest tu fajnie zbilansowane. Urzekł mnie manewr z gotowym jedzeniem, sprytne to i cwane:) zdrowa dieta i zaoszczędzony czas w jednym. Mądrze pomyślane.

    13h tygodniowo i przynajmniej jeden trening dziennie to już pomału granice amatorskiego sportu i z pewnością wyniki w nadchodzącym sezonie będą solidne (coś czuję, że ostro ponakurwiasz na zawodach:). Ale jak dla mnie to ten etap, na którym właśnie jesteś to takie spełnienie. Wszak (moim zdaniem) chodzi o to aby gonić króliczka, a Twoja gonitwa wygląda bardzo imponująco.

    Na nadchodzący rok można życzyć tylko wytrwania:)

    • @Bartek, bo paru latach trochę już sam siebie znam i wiem, że różnicowanie treningów, mocne bodźce i dobra regeneracja – to u mnie się sprawdza. No i to jedzonko w pudełkach – będzie wkrótce post na blogu, bo sporo przemyśleń mam i chętnie bym Wam o nich opowiedział:)

      Co do amatorów i prosów, to mi jeszcze sporo brakuje, acz mówi się, że ambitni amatorzy od zawodowców różnią się tym, że muszą pracować. Łączenie wszystkiego (praca, sport, życie prywatne) to ultrawyzwanie i trzeba się nieźle nagimnastykować. Ale dajemy radę!

      I pięknie mówisz o tym króliczku. Chodzi o gonienie właśnie! To trochę tak jak z piękną kobietą. Ubrana w seksowną bieliznę lub małą czarną wygląda bardziej seksownie niż naga;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here