Piątkowe wciry na crossficie dały mi nie tylko ogrom radości i satysfakcji, ale i zakwasy jakich świat nie widział. Biceps, triceps, piersiowy, pośladki, dwugłowy uda, czworogłowy uda i przywodziciele uda. Kij z bicepsem i piersiowym, ale uda i pośladki do biegania to bardzo się przydają. Oj, bardzo… W niedzielę rano z niemałym wysiłkiem wstałem z łóżka, jedyną nadzieją była dla mnie rozgrzewka i rozruszanie obolałych mięśni. pĄpkinsowy rozruch wlał w moje serce trochę nadziei. Czułem moc w nogach, ale każdy krok sprawiał ból, zadanie na dziś miało więc polegać na wytrzymaniu tego bólu. Postanowiłem nie zmieniać planu i na Żoliborskim Biegu Mikołajkowym atakować 36 minut. Jak spadać, to z wysokiego konia!

Zaczęło się naprawdę nieźle

Pierwszy kilometr w 3:33. To nie szaleństwo i głupota, tylko wykorzystanie silnego wiatru w plecy i realizacja strategii. Potem już pod wiatr, spokojniej, jak najczęściej wykorzystując czyjeś plecy dla ochrony przed wiatrem. Na połowie dystansu miałem na stoperze 18:10, tętno w okolicy 180 uderzeń na minutę, a przed sobą cztery kilometry z wiatrem plus finisz pod wiatr. Teoretycznie było naprawdę dobrze, nawet gdybym nie wytrzymał tempa, powinienem skończyć w okolicy 36:30, czyli z nową życiówką i zrealizowaniem planu minimum. Biegłem wówczas na 20.-21. miejscu, razem z drugą dziewczyną. Tylko że teoria i praktyka to się często lubią rozjeżdżać. No i mi się rozjeżdżały coraz bardziej…

Już kawałek za nawrotką ból mięśni ud stawał się naprawdę upierdliwy. Z każdym krokiem – bardziej upierdliwy. Szósty-siódmy kilometr to najtrudniejszy odcinek biegu na 10 km. To czas, w którym na dobre żegnamy jakąkolwiek strefę komfortu. O płynnym oddechu dawno już nie ma mowy. Sapię, dyszę, charczę, pluję i smarkam – ach, ta biegowa higiena! Coraz silniejszy ból mięśni podsuwa mi pod nos myśli o odpuszczeniu. Zejście z trasy jest bez sensu, bo do mety i tak muszę dotrzeć, ale gdyby tak choćby zwolnić…?

Nie tak miało być…

Walczę. W myślach śpiewam legendarne „Oooooo, oooooo, ogień z dupy!” (o co chodzi? Zobacz!), przywołuję wszelkie motywacyjne słowa jakie przychodzą mi do głowy, ale diabeł siedzący na ramieniu coraz bardziej się rozpycha. I na nic „NIE MA NIE MOGĘ” na koszulce. Na nic moja dusza wojownika. Ja, fighter jakich mało, człowiek, który nigdy nie odpuszcza, propagator idei „NIE MA NIE MOGĘ”, zatrzymuję się. Nie zwalniam, po prostu staję. Idę kilka metrów. Jest mi tak dobrze. Mięśnie nie bolą. Gratuluję sam sobie super decyzji, po czym dochodzę do wniosku, że za bardzo nie ma sobie czego gratulować… Wyprzedza mnie kilka osób, ruszam do truchtu. Liczę, że zaraz obok pojawi się Kamil albo Piotrek, którzy byli niedaleko za mną i pobiegniemy dalej razem. Ale póki co, nie ma nikogo znajomego.

„A drużyna?” pyta nieobecny dotąd aniołek na drugim ramieniu. Przecież jest coś takiego jak klasyfikacja drużynowa, nie na darmo zatrudniliśmy do ekipy męża Agi. Nie po to Kargolek prowadzi Kasię Rakietę na 43 minuty, Marcin ciśnie w pĄkoszulce, a Zbyszek zaiwania z wózkiem. Jaki przykład chcę im dać odpuszczając? Co powie NKŚ czekająca na 9 kilometrze? Co powiem MKonowi, który stanie zapewne dziś na pudle? Ania wybrała się na Żoli by nas wspierać. I co? Mam dotruchtać do mety?

Po 300 metrach ruszam do biegu. Widząc tabliczkę 8 km mam jeszcze myśl, że gdybym do mety dobiegł w tempie 3:30, to zrobię życiówkę. Ale skąd niby miałbym to 3:30 wziąć? Na więcej niż 3:45 mnie już nie stać. Strefa dyskomfortu jest już dziś nie dla mnie. To niestety działa tak, że gdy raz posmakuje się ulgi jaką jest zwolnienie, to potem wrócić do zapieprzania już jest ekstremalnie trudno. Do mety docieram na 25. miejscu open i 9. w kategorii M30. Przed linią mety jeszcze pięć pĄpasów i mogę zatrzymać stoper: 37:31.

Przegrałeś. I jak Ci z tym, Krasusie?

Wstyd mi. Jestem zły i jest mi wstyd. W moim życiu sportowca sytuacje, w których się poddałem nie zdarzały się często. Tak naprawdę odpuściłem tylko raz – na Półmaratonie Warszawskim 2015, ale tam przegrałem z kontuzją. Żoliborski Bieg Mikołajkowy miał być wprawdzie startem treningowym, kolejnym etapem przygotowań, ale ten trening miał być mocny, taki na życiówkę. Po dobrej piątce z ubiegłego tygodnia (17:37) wiedziałem, że stać mnie na sporą poprawę wyniku z wiosny (37:02). Przy szybkiej trasie powinno udać się coś w okolicach 36 minut, 36:30 to był cel minimum.

Nie udało się, przegrałem z samym sobą. I to nie z wydolnością, przygotowaniem, siłą mięśni czy czymś innym. O nie. Forma biegowa jest, idę w dobrym kierunku! To głowa nie wytrzymała strefy dyskomfortu, w której biegnie się mocną dychę. To nie była przegrana z kontuzją. Tu nie było przekraczania granic. Nie było mroczków przed oczami i „ómierania” na trasie. To był ból mięśni, z którym powinienem był sobie poradzić. Na te brakujące kilkanaście minut zepchnąć go w czeluście umysłu i pobiec te brakujące 3,8 km w tempie poniżej 3:40. Co z tego, że jestem w dobrej formie biegowo, skoro psychicznie dziś przegrałem? Nie po to ciężko pracujemy na treningach, by potem odpuszczać na zawodach.

Nie miałbym do siebie żalu, gdybym po tym kryzysie podniósł się i pobiegł dalej w swoim tempie 3:36. Patrząc na to, z jakimi czasami dobiegli ludzie, którzy mnie wyprzedzili, spokojnie bym ich dogonił i jeszcze skończył w TOP20. No i z życiówką. Ale nie, zabrakło mi psychicznej siły, by po raz drugi wedrzeć się do strefy dyskomfortu. Złapać się tam zębami i pazurami i cisnąć. Muszę dobrze zapamiętać to uczucie jakie siedzi teraz w mojej głowie. Muszę zapisać sobie tę relację w ulubionych i czytać przed kolejnymi startami. Po to żebym wiedział, jak źle mi jest z tym, że odpuściłem. Żebym nigdy więcej nie pozwolił temu diabełkowi mną rządzić. Żebym potrafił go stłamsić i wyrzucić. Im szybciej się biega, tym trudniej jest poprawiać swoje wyniki, tym życiówki okupione są większą ilością czasu spędzonego poza strefą komfortu. I z tym trzeba się pogodzić.

Zanim zjedziecie tu w komentarzach moje samokrytyczne podejście, przypomnijcie sobie proszę słowa Błażeja. „Jeśli mówię, że zjebałem dany start, to zjebałem i nie bardzo rozumiem, czemu ktoś usiłuje mi wmówić, że jednak odniosłem sukces. Zaprzeczę, to zaraz okazuje się, że jestem rozkapryszonym marudą, który chce zbyt wiele.” Całość do przeczytania na blogu Sucha Szosa, naprawdę warto.

Jest dokładnie tak. Zjebałem ten start.

Stats&hints XX Żoliborski Bieg Mikołajkowy
Wynik: czas 37:31; 24/727 miejsce w klasyfikacji open (9/199 w M30);
Dla zainteresowanych szczegóły na Endomondo KLIKU-KLIKU.

Warunki pogodowe: 9 stopni Celsjusza, słonecznie, silny wiatr z południa (ok. 25 mk/h).

Trasa: płaska, z kilkoma zakrętami o 90 stopni, jedną nawrotką o 180 stopni i jednym krótkim, ale ostrym podbiegiem. Nawierzchnia w większości asfalt/chodnik, trochę ubitej ścieżki.

Sprzęt/ubranie:
pĄkoszulka Newline Base Cool Tee (do kupienia w Natural Born Runners);
leginsy Newline Imotion Knee Tight 3/4;
buty Adidas adiZero Adios Boost 2 (przeczytaj recenzję);
rękawki Halfworn w czachy (kup na stronie Halfworn);
skarpetki Shut up Legs!;
Garmin 910 XT.

19 KOMENTARZY

  1. Napisałbym, że spoko, nie martw się i następnym razem będzie lepiej. Ale tak pociesza się słabiaków, więc napiszę tak: zjebałeś na maksa! Weź się w garść, ale niech ten bieg na zawsze zostanie w Twojej głowie, żebyś więcej nie zjebywał!

    • Dzięki. Właśnie o to chodzi. Chcę to zapamiętać. Jak zaliczać takie wtopy, to na zawodach bez priorytetu, prawda? By się nauczyć i potem, na kluczowych startach, się nie poddawać!

  2. Nie odniosłeś sukcesu, zjebałeś, ale to był trening. Trzymam się tego, a pora na życiówkę przyjdzie szybciej niż zdążysz zauważyć. ;) No i beret ćwiczyć. Stójki jakieś na pewno pomogą! Czołem! :)
    PS Nie uważam jak Luke, że pozytywnie pociesza się słabiaków. Na każdego działa coś innego. ;) Kurde, mieliśmy nie robić z siebie herosów, herosi też na tarczy czasem wracają, nie? Zatem nie ma co się biczować, tylko dalej pracować! Do przodu i w górę, chciałoby się zacytować przewodnie hasło bloga koleżanki z pĄekipy! :)

  3. A moim zdaniem dobrze zrobiłeś, pewnych rzeczy się nie przeskoczy, jak coś boli, to się nie da biec. Jedynie bez sensu założyłeś bieg na maksa z takim obolałym ciałem.

    • To trochę taki test siebie. Start był z niskim priorytetem, więc… „A, kij tam, sprawdzę jak to jest”. Zastanowiłem się, czy mogę sobie zrobić krzywdę i wyszło, że nie. Wszak DOMS to nie kontuzja przecież.

  4. Nie będę pocieszać, ale spytam z ciekawości – skąd wziąłeś takie przeliczenie czasów z piątki na dychę? Tak mi się na oko wydawało zbyt optymistyczne i jak wpisałam do kalkulatora na bieganie.pl, to czas na dyszkę wychodzi 36:50. A na półmaraton 1:21:32, czyli tu się chyba zgadza :)

    • Magda, to dość proste. City Trail był trasą leśną. Korzenie, nierówności, etc. Uważam, że na asfalcie pobiegłbym 5 km jeszcze szybciej. A kalkulatory to tylko kalkulatory – wiesz, jakieś wskazówki… :)

      • Wiem, wiem, mimo wszystko 36:30 wydaje mi się do osiągnięcia, ale zejście poniżej 36 to nie – i mówię to jako doświadczony statystyk ;)

        Czytam, czytam, akcje charytatywne wspieram, ale że mało ostatnio biegam, to i pisać nie ma o czym :)

        • Obowiązkowo musisz zacząć biegać średnio i zacząć się pojawiać na wspólnych wybieganiach. Brakuje Ciebie!

          Co zaś do biegu, to te 18:10 na półmetku dobrze mnie nastroiło. Poza tym bólem mięśni czułem się naprawdę nieźle. Faktycznie 36:00 to przesada, ale 36:10-20 – do wzięcia:)

  5. Mocna siła i potem chęć pobicia życiówki na 10 km., przyznam że brak Ci pokory dla ćwiczeń siłowych i tego jak one wpływają na bieg. Nie na daremno w każdych mądrych książkach jest napisane by w tygodniu startowym nie robić siły a szczególnie na dolne partie.
    Następnym razem polecam odpuścić albo siłkę albo myśli o życiówce i pobiec słabiej czytaj treningowo.( wynik i tak zacny, pozdrawiam)

    • Łukasz, nie planowałem tak tego. Z crossfitem jest tak, że o tym, jaki trening będzie danego dnia, dowiadujemy się wieczorem dnia poprzedniego. To był najcięższy trening ever, stąd taki efekt. Gdyby Żoli był dla mnie ważnym startem (miał najniższy priorytet, co u mnie oznacza, że traktuję go jak normalny trening weekendowy, bez żadnego odpoczynku), to bym się przed nim oszczędzał. Wyszło jak wyszło, jedziemy dalej. Mam poczucie, że treningowo idę w dobrą stronę, to najważniejsze.

    • Hehe, dobre, dobre!;) Nie kwękam o wynik, kij z nim. To zatrzymanie się mnie zabolało. Wiesz, chodzi o to, by tego nie powtórzyć. Ale mam nauczkę, zapamiętam. 31.12.2015 biegnę kolejną dychę, zobaczymy co nogi pokażą!

  6. Im wcześniej taka porażka/lekcja tym lepiej. Kiedyś bardzo chciałem polecieć dychę poniżej 40min, ale chcieć a móc to dwie różne rzeczy. Przesadziłem z tempem, na 5km miałem kilka sekund straty, po 6 mnie odcięło. Pierwszy i jedyny raz zszedłem z trasy, nie ukończyłem. Pamiętam ten moment do dziś. Nauczyłem się dwóch rzeczy:
    1. Nigdy więcej się nie poddam i nie zejdę z trasy, nawet jeśli mam się doczołgać do mety (no chyba że kontuzja kompletnie mnie wykluczy)
    2. Biegne na tyle na ile mogę a nie na ile chcę. Cisnę na maksa, ale cel nigdy nie jest oderwany od rzeczywistości. A do tego 95% moich startów to negativ split, nawet tych na 5km, tak jest lepiej, mądrzej i przyjemniej :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here