Czwarte miejsce – najgorsze dla sportowca, który ma ambicje. Tak blisko podium! Zaledwie dwie minuty. DWIE MINUTY, na dystansie 45 kilometrów to naprawdę niewiele. Analizując sobie w domu mapę i swój przebieg znalazłem co najmniej pięć sytuacji, w których mogłem oszczędzić te parę minut. Ale wiadomo – można sobie gdybać, a tak naprawdę nie ma to dziś żadnego znaczenia. Rok temu na ostatnich kilometrach Ełckiej Zmarzliny awansowałem z czwartego na drugie miejsce, tym razem nie udało się wbić na podium, taki jest sport. Pierwszy (Krzysiek Lisak) i drugi (Michał Jędroszkowiak) zawodnik byli poza zasięgiem, ale z trzecim (Marcin Hippner) mogłem już powalczyć. Z drugiej strony, cztery kolejne osoby dotarły na metę 16 minut po mnie, więc jedna większa wtopa i byłbym ósmy. Nie ma co gdybać, za trzy tygodnie Śnieżne Konwalie, kolejna świetna impreza i choć obsada znów jest bardzo mocna, to obiecuję walczyć do końca:)

Mimo dużego niedosytu związanego z czwartym miejscem, pod względem sportowym muszę przyznać, że mam powody do zadowolenia. Zrobiłem 46 km ze średnim tempem 5:59, w tym ze dwa razy ślamazarnie przedzierałem się przez krzaczory. Kilka drobnych błędów się zdarzyło, ale fakt jest taki, że od ponad roku na orientację startuję bardzo rzadko (dwa razy w 2015 r.), a umiejętność pracy z mapą jest bardzo ulotna i wymaga regularności. Trasę pokonałem w 4:36 lub 4:37 (w wynikach jest 4:39, bo nie uwzględniono tego, że ruszyliśmy o 9:02:32, a nie o 9:00:00), acz trzeba zaznaczyć, że do 50 kilometrów jej trochę zabrakło, mi Garmin wskazał około 46-46,5 km (przypadkiem zatrzymałem go na jakieś dwie albo trzy minuty, nie znam więc swojego dokładnego czasu), tym którzy nawigowali najbardziej na skróty naliczyło nawet 44 km.

Ełcka Zmarzlina to od zawsze impreza szybka i raczej łatwa. Nie inaczej było w 2016 r. Pasowało mi to pod względem treningowym, bo starty w PMNO na dystansie 50 km to dla mnie dobre treningi do ultra. ZUK już za dwa miesiące, trzeba więc cisnąć i nie ma zmiłuj. W Ełku mogłem solidnie pobiegać w terenie i to jest fajne. Szkoda jednak, że wiele wariantów było jednoznacznych, nie brakowało też kilkukilometrowych prostych przelotów. Na mapie zaznaczono 18 punktów kontrolnych, kilka zostało jednak ustawionych błędnie i np. na PK9 straciłem przez to jakieś 9-10 minut. Organizator zdał sobie sprawę z błędu i próbował go naprawić, ale ja pechowo wybiegłem z lasu tak, że wskazówek prowadzących do lampionu nie zauważyłem. Bywa.

Wystartowaliśmy jak zwykle w tłumie i przez pierwszych kilka kilometrów nie mogłem wstrzelić się w mapę. Do PK1 dobiegłem po prostu za kimś, a za mną kolejni itd. – jak to zawsze na początku. Nadszedł jednak moment, że trzeba było zacząć nawigować i przedzierać się na czoło stawki. Do drugiego punktu można było pobiec leśnymi przecinkami – ot w prawo, w lewo, rach-ciach i już. Nikt na tym świecie nie wie, dlaczego postanowiłem polecieć skrótem przez las. Gęsty las. Taki, że ciężko było iść, o bieganiu nie wspominając. A za mną polazło ładnych parę osób;) Wtopa numer jeden zaliczona!

Poza tłocznymi pierwszymi kilometrami, całość przebiegłem sam. Biegowo czułem się świetnie (a miałem pewne obawy, bo przecież podczas górskiego NBR Campu zrobiłem 60 km po górach, a było to ledwie kilka dni temu!), biegłem równo, spokojnie poniżej 5 min/km tam gdzie była przebieżność terenu. Nie było szarpania, nie pojawił się kryzys, regularnie jadłem i piłem, nie zdarzyło się nic epickiego, trudno relację napisać;) Doganiałem rywali i wyprzedzałem ich. Kilka razy mijałem się z Łosiem i Ramolem z Morenka Team. Co udało mi się ich wyprzedzić, to robiłem małą wtopę, traciłem minutę czy dwie i znów byłem za nimi. I tak ze cztery razy. Ostatni raz pożegnaliśmy się pomiędzy PK10 i 11, potem uścisnęliśmy sobie ręce dopiero na mecie, dotarli kwadrans po mnie.

No właśnie, na mecie…

„To tam poznaję tłumy niesamowitych ludzi” napisałem kilka dni temu w poście o Przystanku Woodstock. Ten w 2005 roku był jednym z najlepszych. Zielonego pojęcia nie mam jak to się stało, że spędziłem go ze świetną grupą ludzi z południa Polski. Bawiliśmy się przednio, ale potem kontaktu nie było. Minęło 11 lat i…

– Siema, pamiętasz skąd się znamy?
– Twarz znajoma, ale ni chu-chu nie przykleję do miejsca…
– Przystanek Woodstock!
– O k…, staaaaary!

Spotkać na biegu na orientację kogoś, z kim poprzednio widziało się 11 lat temu na drugim końcu polski podczas festiwalu rockowego, takie rzeczy nie zdarzają się każdego dnia. W ogóle takie dni jak sobota w Ełku się nie zdarzają.

O co chodzi z tytułem tego posta zrozumie tylko dwadzieścia kilka osób, które późnym wieczorem wylądowały w pokoju 312 ełckiego internatu. Próbowałem Wam to opisać, ale się nie da. Czasem w życiu trafiają się sytuacje, których opowiedzieć nie są w stanie nawet najsprawniejsze pióra pod słońcem. Chwile, w których nagromadzenie pozytywnych emocji jest tak ogromne, że żadne słowa tego nie oddadzą. Znacie to uczucie, gdy bolą policzki od śmiechu? Znacie radosny ból gardła zdartego od śpiewania takich hitów jak „Jedwab”, „Nie płacz Ewka” czy „Jolka, Jolka”? Dodajcie kilku fantastycznych człowieków, których tam poznałem. Zmieszajcie to wszystko, wstrząśnijcie i wypijcie. To najlepszy narkotyk jaki można sobie wyobrazić. W sobotę naćpałem się tak, że na haju będę chodził tydzień.

Stats&hints Ełcka Zmarzlina, trasa TP50
Wynik: czas 4:36; 4/166 miejsce w klasyfikacji open;
Dla zainteresowanych szczegóły na Endomondo KLIKU-KLIKU.

Warunki pogodowe: od -3 do -5 stopni Celsjusza. Niewielki wiatr, brak opadów w trakcie, chmury.

Warunki terenowe: ziemia zmrożona, kilka centymetrów śniegu. Większość trasy po lasach, kilka kilometrów po asfalcie.

Sprzęt/ubranie:
buty Inov-8 Terraclaw 250 (do kupienia w Natural Born Runners);
stuptuty krótkie Inov-8 (do kupienia w Natural Born Runners);
bokserki Brubeck Fitness BX10380 (do kupienia w Natural Born Runners);
leginsy Newline Base Winter Tights (do kupienia Natural Born Runners);
koszulka z merynosa Icebreaker;
pĄkoszulka Newline Base Cool Tee (do kupienia w Natural Born Runners);
plecak do biegania Quechua Trail 10 Team (moja recenzja);
buffka NIE MA NIE MOGĘ na głowie;
buffka ObozyBiegowe.pl na szyi;
rękawice polarowe;
ciepłe skarpety od Banku Pocztowego;);
Garmin 910 XT;
kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie:
1,2 litra rozpuszczonego w wodzie Vitargo, zostało ok. 200 ml.
Zjadłem:
jeden baton energetyczny Chia Charge
dwa żele energetyczne Honey Stinger (do kupienia w Natural Born Runners)

Do mety dotarłem najedzony i bez poczucia pragnienia.

5 KOMENTARZY

  1. Dobrze kojarzę, że z jednego krańca Polski na drugi Ciebie wywiało ?:) Swoją drogą ciekawe, czy zdarzył się przypadek w biegach na orientacje, że ktoś pobiegł w krzaki za potrzebą a reszta za nim, myśląc, że to dobry skrót ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here