Ileż to już zawodów było takich, że na finiszu udało mi się pocisnąć i coś ugrać. Ełcka Zmarzlina z ubiegłego roku, ostatni Nawigator, czy Złoto dla Zuchwałych w 2013 r. Zacząłem już chyba być rozpoznawalny z tego, że potrafię docisnąć w końcówce. Czymś trzeba w końcu nadrabiać te nawigacyjne wtopy, haha. Nie inaczej było na tegorocznych Śnieżnych Konwaliach, które odbyły się gdzieś w okolicach Zielonej Góry.

O ostatnich kilometrach

Żegnając się z Kwitem po raz ostatni na 48. kilometrze wiedziałem, że jesteśmy wysoko. Że może biegnę po trzecie miejsce, może po piąte, ale nie gorzej niż siódme. Siły w nogach były, więc sobie leciałem drogą wzdłuż kanału komfortowym na tę chwilę tempem 4:40-4:50. Dobiegam do mostku, gdzie następuje skręt na półtorakilometrową ostatnią prostą i…

– Cześć Marcin! Ostatnia prosta przed nami, co? – zagaduje nadbiegający z prawej Piotrek.
– O nie, a mamy się ścigać? – odpowiadam pół żartem, pół serio.
– Ja nie, biegnę spokojnie.
– No dobra, to do zobaczenia na mecie.

I oglądając się co parę metrów, czy na pewno mnie nie goni, pobiegłem. Motywacja zza pleców oczywiście zadziałała i kilometr wpadł w 4:26, ale nie było epickiej walki. Jeszcze tylko przeskoczyć płotek (zawsze parę metrów bliżej niż obiegać szkołę;)) i meta! „Gratulacje, jesteś trzeci!” słyszę od jednego z organizatorów. Niby wiedziałem, że jestem w czołówce, ale ta informacja tak mnie zaskoczyła, że zapomniałem zrobić pĄpki, co oczywiście zostało mi potem wypomniane! Cóż za niedopuszczalne faux pas.

O sukcesie

Przede mną znalazło się tylko dwóch ludzi z kosmosu, Mariusz Plesiński (czas 4:54) i Michał Jędroszkowiak (czas 5:04). O tym, jaka różnica byłą tego dnia między nimi a resztą (zresztą, zwykle tak jest:P), niech świadczy fakt, że 47 minut za mną (jako trzeci tyle straciłem do drugiego Michała) był siedemnasty zawodnik.

Śnieżne Konwalie to prestiżowe, świetnie zorganizowane i mocno obsadzone zawody. Podium na nich to dla mnie ogromny sukces. Udało mi się zrewanżować Marcinowi Hippnerowi za przegrane trzy tygodni temu o dwie minuty pudło w Ełku, no i – co pod kątem wiosennych planów ultra cieszy najbardziej – nie miałem żadnych problemów biegowych na trasie. Od początku do końca była siła na bieg, gdyby trzeba było na ostatnich kilometrach się jednak ścigać, to był zapas, by pocisnąć. 51,6 km w 5:50 na niełatwej (34 punkty kontrolne, sporo przewyższeń, ciekawa praca z mapą) trasie to kapitalny wynik. Dzień po czułem się już na tyle dobrze, by zrobić lekkie rozbieganie.

O drużynie RR

Większość trasy pokonałem z Kwitem, organizatorem Mazurskich Tropów (kolejna świetna impreza). Przez 20 albo trochę więcej kilometrów pędził z nami jeszcze Słoiczek, ale coś miauczał, że go nóżka boli i go zostawiliśmy w krzaczorach. Współpraca z chłopakami to był ideał. Miałem kilka momentów, gdy moja głowa miała dość. W 100 proc. pokładałem wtedy w nich zaufanie i nie zawiodłem się. Kilkakrotnie mieliśmy inny pomysł na wariant, ale wtedy minuta dyskusji pomagała dojść do porozumienia. Staraliśmy się nie marnować czasu na pierdoły, jedyny postój był po to, by wyciągnąć kolec z palca u stopy.

Gdy na naszej drodze pojawił się kanalik, szybko wypatrzyliśmy dwa drzewa, po których dało się go przejść, wiele razy cięliśmy po lesie, na większość punktów namierzaliśmy się dobrze lub bardzo dobrze, a przed jednym sporym błędem ustrzegł nas Sebastian (DZIĘKI!), który biegnąc trasę w przeciwnym kierunku spotkał nas akurat w momencie, gdy zaczynaliśmy ładować się na wielką górkę. Nie tę, co trzeba. I powiedział nam to, choć przecież nie musiał, bo rywalizowaliśmy z nim. Tak jest właśnie na PMNO.

Współpraca układała się nam idealnie. Pod koniec Kwito trochę już kwękał, że zmęczony i parę razy go zmusiłem do biegu, a w końcu po 42,2 km się rozstaliśmy. Zgodnie z niepisaną zasadą, że współpraca współpracą, ale jak ktoś już nie daje rady, to zostawiamy go w rowie wilkom na pożarcie, tak właśnie zrobiłem. Na chwilę, bo zaraz dotarłem do bagienka. Pokręciłem się minutę szukając jako-tako bezpiecznego przejścia, dobiegł Kwito i po prostu po bagienku przeleciał jak sarenka. Ojtam, jedna stopa mokra, da się z tym żyć. Znów się rozstaliśmy i… znów spotkaliśmy – przed ostatnim punktem, przed którym się totalnie zakałapućkałem. I znów nastąpiło rozstanie, ale to już wiecie ze wstępu.

O reszcie super człowieków

Wiecie, co robiłem w 2003 roku? Tak, byłem studentem. Nie, nie biegałem maratonów ani ultra i pewnie nie wiedziałem też do końca, czym jest triathlon. Byłem też dziennikarzem sportowym. No dobrze, próbowałem być. Takim małym, początkującym, internetowym. Los pozwolił mi spotkać parę ciekawych osób, dzięki czemu trafiłem do redakcji piłkarskiego portalu Goal.pl. Z częścią tych ludzi znałem się osobiście, z częścią tylko przez maila i Gadu-Gadu. Paru chłopaków spotkałem potem przy różnych okazjach, był jednak jeden, którego przez te kilkanaście lat spotkać się nie udało – Marcin zwany Maaarcinem. Kilka razy byliśmy prawie-prawie, ale jakoś nigdy nie pykło. Od pewnego czasu Marcin dumnie reprezentuje pĄdrużynę (zresztą jak połowa ówczesnej redakcji:)) i w końcu…

Po prostu przyjechał na metę Śnieżnych Konwalii. 40 minut drogi w jedną stronę. Chciało mu się wziąć aparat, przyjechać, zrobić kilka zdjęć, pogadać godzinę i pojechał do domu. Petarda. Ludzie w pĄdrużynie są jednak NIE-SA-MO-WI-CI!

I Borman się na chwilę pojawił. Nie dość, że zrobił zajeładne pucharki i medale (luknijcie na jego Magiczny Las), to jeszcze wpadł na start i choć nie pobiegł (Ty Misiak wiesz, że ja wciąż wierzę, że jeszcze kiedyś gdzieś razem wystartujemy, prawda?), to zobaczenie jego pultasków sprawiło mi ogromną nieopisywalną radość.

I jeszcze jeden człowiek zasłużył tu na kilka zdań, choć w przeciwieństwie do poprzedników, jest dla mnie póki co anonimowy. Wylatując z ostatniego punktu kontrolnego chciałem zobaczyć co mam w komórce, bo mi pikały powiadomienia różne (pozdro dla tych, co pikali z kciukami!). Rękawiczka w zęby i biegnąc przez las czytam, co napisali. Chowam telefon, wylatuję na drogę, łapię tempo i lecę jak kuna rowem! I nagle BANG! Na lewej ręce mam rękawiczkę, a prawa biegnie naga. Spytacie jak to naga? No kurde, nagusieńka jak ten Jezusek w Betlejem. Jak dwa miecze pod Grunwaldem, jak Sasha Gray w pracy!

Ostatnie co pamiętam, to że miałem ją w zębach, a tu teraz w zębach jedynie muchy od prędkości, gdzieś się jeszcze jakaś wolniejsza jaskółka zaplątała. Rzut oka za siebie. Rękawiczki nie ma, no i kurde oka też nie mam, bo wyrzuciłem. No to wracam się te kilka metrów, bo 4 km bez oka to kiepsko się biegnie. Ale po rękawiczkę nie będę się przecież wracał buk lub sosna wie ileset metrów, skoro może walczę o pudło? Trudno, może jakaś dobra dusza znajdzie, podniesie i zabierze do bazy.

I znalazła. I podniosła. I zabrała. Przypadkiem zobaczyłem swoją rękawiczkę koło siedzącego w bazie gościa. Chłopie, wiesz, że #dobropowraca? Odezwij się proszę do mnie (kontakty znajdziesz np. tu), mam coś dla Ciebie:)

Stats&hints Śnieżne Konwalie, trasa TP50
Wynik: czas 5:51; 3/96 miejsce w klasyfikacji open;
Dla zainteresowanych szczegóły na Endomondo KLIKU-KLIKU oraz zapis śladów paru innych zawodników w serwisie ŚledźGPS.

Warunki pogodowe: ciepło (8-10 stopni Celsjusza) i wietrznie. Brak opadów w trakcie, chmury.

Warunki terenowe: dość sucho, brak śniegu, dosłownie w kilku miejscach kawałki cienkiego lodu. Prawie cała trasa po lasach.

Sprzęt/ubranie:
buty Inov-8 Terraclaw 250 (do kupienia w Natural Born Runners);
stuptuty krótkie Inov-8 (do kupienia w Natural Born Runners);
bokserki Brubeck Fitness BX10380 (do kupienia w Natural Born Runners);
spodnie Dobsom R90 (do kupienia w Natural Born Runners);
koszulka z merynosa z Decathlonu;
koszulka Newline Base Cool Tee (do kupienia w Natural Born Runners);
kurtka wiatrówka Windpack Jacket NewLine (do kupienia w Natural Born Runners);
skarpety Inov-8 Race Ultra Mid (do kupienia w Natural Born Runners);
plecak do biegania Quechua Trail 10 Team (moja recenzja);
buffka NIE MA NIE MOGĘ na głowie;
Garmin 910 XT;
kompas Silva Ranger.

Jedzenie/picie:
2 litry napoju Isopower zostało ok. 300 ml.
Zjadłem:
dwa batony energetyczne Chia Charge (do kupienia w Natural Born Runners);
pół batona Zmiany-Zmiany Aloha;
żel energetyczny ALE zielone jabłuszko (serdeczna matko, JAKIE TO NIEDOBRE!);

Do mety dotarłem najedzony i bez poczucia pragnienia.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ