– Jezzzzzzzzzu, Krasus, zwolnij… – usłyszałem tylko za plecami gdy przysprintowałem podczas pierwszego odcinka biegowego. 450 metrów, nawet pobiegnięte szybko (na oko miałem tempo z 3:30), to dla mnie żaden wysiłek, a im szybciej tym przecież lepiej. A była motywacja. Już w poniedziałek wieczorem, gdy Go zobaczyłem, wiedziałem, że to może być On. Mój pierwszy crossfitowy RX, czyli trening crossfitowy zrobiony zgodnie z rozpiską. Bez żadnych ułatwień. Opublikowana na dockowym Fejsie rozpiska wyglądała tak:

Na czas:
450m biegu
45 hand release push up
450m biegu
45 KB swing 24/16 kg
450m biegu
45 box jump
Time cap 20

Trzy razy 450 metrów biegu to pikuś, więc już na pierwszym ruszyłem mocno, zostawiając resztę daleko z tyłu. Jeśli mam mieć skądś zapas czasowy, to właśnie z biegu. Na pĄpasach się niby znam, ale hand release oznacza, że trzeba się położyć na ziemi i unieść na chwilę dłonie. Oj, to już wyższy poziom pĄpowania… Po 20 sztukach zaczęła się mordęga. Coraz częściej robiłem przerwy i czułem jak mnie bolą ramiona. Udało się jednak te 45 uciułać.
Kolejne 450 metrów biegu, znów lecę ostro, ale w porównaniu do ćwiczeń siłowych to właściwie odpoczywam. Przede mną najtrudniejsze wyzwanie tego dnia – 45 amerykańskich swingów 24-kilogramowym kettlem. 20-tką macham już jako-tako, ale 45 sztuk to i tak byłoby nie lada wyzwnaie. Nie mogłem sobie jednak odmówić porwania się na RX, bo rzadko zdarza się trening, bym miał na to szansę. Ustawiłem więc przed sobą 24 kilogramy żelaza.

Nie mam żadnych szans na zrobienie 45 sztuk unbroken (ciągiem, bez przerwy), dzielę więc na serie. Już na początku czuję jak 24 kg zaburzają mi równowagę w momencie przytrzymania kettla w górze. – Trzymaj mocniej spięty brzuch – reprymenda od trenera pomaga. Spinam brzuch i rzeczywiście utrzymanie równowagi jest łatwiejsze. Pierwsza dziesiątka wchodzi.

Kilka sekund przerwy. Rozluźnienie mięśni, magnezja i do roboty. Druga dyszka nie przypomina już pierwszej. Idzie coraz oporniej. Czuję jak niszczę sobie skórę na dłoniach, pilnuję spiętego brzucha i dobrej pracy biodrami, ale lekko nie jest.

Kilka sekund przerwy. Rozluźnienie mięśni, magnezja i do roboty. Jestem w połowie drogi, patrzę na zegar i wiem już, że dam radę. Że ze sporym zapasem zmieszczę się w czasie i będzie pierwszy w crossfitowej „karierze” RX. Trzecia dziesiątka to już męczarnia. Porównując do biegowego życia, bo większość czytelników to biegacze, to coś jak 32-35 kilometr maratonu. Za daleko jeszcze do mety, by o niej myśleć, a narastające zmęczenie mocno daje się we znaki. 30 sztuk za mną. Dwie trzecie zadania wykonane!

Kilka sekund przerwy. Rozluźnienie mięśni, magnezja i do roboty. Ostatnie 15 sztuk rozkładam na dziewięć i sześć. Ta dziewiątka to najtrudniejszy etap. Wciąż nie widać mety, skóra dłoni ma już dość, czuję mięśnie całego ciała. Swing z kettlem to genialne ćwiczenie, ręcyma i nogyma polecam je KAŻDEMU, tylko warto skupić się na poprawności wykonania, bo można sobie krzywdę zrobić robiąc błędy.

Kilka sekund przerwy. Rozluźnienie mięśni, magnezja i do roboty. Sześć powtórzeń. Czuję się jak na ostatnich kilometrach maratonu, tłumy zaczynają już wiwatować. Ból nie ma już właściwie znaczenia, bo wiesz dobrze, że będzie sukces i tylko on się liczy. Przybijasz piątki z kibicami na trasie i choć pot zalewa twarz, uśmiechasz się, wręcz śmiejesz się w głos. W głowie kalkuluję i wychodzi mi, że przerzuciłem dziś ponad tonę żelastwa (45 sztuk po 24 kg plus rozgrzewka), brzmi całkiem wypaśnie! Rach-ciach, kettle skończone.

Lecę ostatnie 450 metrów biegu. Organizm jest solidnie zmęczony intensywnymi 10 minutami, dopiero po 100-150 metrach udaje mi się złapać rytm. Wpadam z powrotem do budynku, zrzucam koszulkę z długim rękawem (zdrowie to podstawa) i spoglądam na stojącą na moim stanowsku 60-centymetrową drewnianą skrzynię. Mam 45-krotnie wskoczyć na nią obunóż. Niby nic, ale w sobotę biegnę Zimowy Ultramaraton Karkonoski, nie mogę sobie więc zajechać łydek, bo jednak góry są ważniejsze.

Najważniejsze to utrzymać równy rytm wykonywania ćwiczenia od początku do końca (polecam świetny tekst Dock Labu o skalowaniu treningu). Pierwszych 10-15 wskoków to pikuś, ale wiem, że będzie coraz trudniej. Spoglądam na zegar, wskok i zejście zajmują mi niecałe trzy sekundy, co oznacza, że powinienem zmieścić się w 16 minutach z całym treningiem. Fiu fiu. Rozglądam się po sali, większość ludzi wciąż ćwiczy.

Ostatnich kilka box jumpów to już prawdziwy flow znany mi z zawodów biegowych. Nie liczy się zmęczenie, odrobina kwasu mlekowego krzywdy też mi nie zrobi;) Czuję się jak na finiszu Maratonu w Rotterdamie. I choć nikt nie zwraca na to uwagi, to wskakując na skrzynię po raz ostatni, unoszę ręce w geście triumfu. Udało się!

Czas 15:57 jest całkiem niezły, w połowie stawki ćwiczących. Ale najważniejsze będzie RX przy ksywce na tablicy z wynikami. Po kilku miesiącach mniej lub bardziej regularnego chodzenia na treningi, po raz pierwszy udało mi się zrobić WOD-a zgodnie z rozpiską. Bez zmniejszania podnoszonych ciężarów, bez skalowania ćwiczenia gimnastycznego. Od A do Z! Oczywiście, że to korzystny dla mnie zbieg okoliczności, bo trening obejmował ćwiczenia, w których dobrze sobie radzę, ale nic to nie umniejsza mojej satysfakcji.

Kiedyś przyjdzie czas i na RX-y położone dalej poza dzisiejszymi możliwościami. O zaletach crossfitu będzie osobny wpis, ale jedną, wartą poruszenia tutaj, jest możliwość rozwijania się. Właściwie co tydzień-dwa osiąga się kamienie milowe, np. opanowując kolejne ćwiczenie. W niewielu sportach tak jest.

Zdjęcia we wpisie pochodzą z odbywających się w „moim” boksie zawodów VIII DOCK THROWNDOWN, a ich autorem jest Michał Wojcieszek Photography, więcej fotek w albumie na Fejsie Crossfit Dock.

5 KOMENTARZY

  1. A idź Pan w ch… Twój opis machania kettlem skojarzył mi się bardziej z walką na 5ce… :P
    SZACUNEK jak stąd do Kalisza P. i z powrotem! ;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here