Kilkanaście ciężkich kilometrów w nogach. Głównie pod górkę, więc nie da się tego nie czuć. Prawie cały czas w chmurze, mgle czy jakkolwiek by to coś dookoła nazwać. Od Hali Szrenickiej właściwie w samotności. Interakcje z wyprzedzanymi zawodnikami ograniczają się do „Ja pier…, ale warunki.”. Powoli pnę się w górę – nie tylko karkonoskich szczytów, lecz także klasyfikacji generalnej III Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego. Na Hali Szrenickiej jestem mniej więcej 40., przy Odrodzeniu już 24., a w Domu Śląskim – 15. Czasem nucę w głowie, czasem podśpiewuję szeptem, ale gdy na jakąś minutę, może dwie przez chmury jakimś cudem przebija się słońce, uwalniam z siebie tę energię. To jest ten moment i to miejsce, gdy nic innego się nie liczy. Czas robi stop, świat wstrzymuje oddech, biegnę z rozpostartymi rękoma i śpiewam na całe gardło, ciesząc się w głos z tego, że żyję. Że mogę doświadczać takich chwil jak ta.

Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry
wszyscy razem spotkamy się.
Mimo świata, który
kocha i rani nas dzień w dzień,
gdzieś na szczycie góry
wszyscy razem spotkamy się.

Pomny ubiegłorocznych doświadczeń zacząłem zachowawczo. Biegłem, gdy się dało, szedłem, gdy ludzie przede mną szli. Na trudnym odcinku do Hali Szrenickiej wyprzedziłem raptem kilka osób. Nie było sensu się podpalać, bo poza wydeptaną przez poprzedników ścieżką był głównie głęboki i kopny śnieg, w którym łatwo było sobie zajechać mięśnie. A mimo to na Hali zameldowałem się 12 minut szybciej niż rok temu.

Przed punktem kontrolnym dogoniłem Kuertiego, co było dla mnie niespodzianką, bo spodziewałem się, że będzie z przodu. Przyznaję, że przy samym punkcie odżywczym zabawiłem sporo dłużej niż planowałem – pierwotnie chciałem z punktów uciekać jak najszybciej. Ale energia jaką tam chłonąłem była warta każdej sekundy. Tych kilka chwil dało mi niebywałego kopa energetycznego. Kolejnych kilka kilometrów pod górkę pokonałem na skrzydłach, wyprzedzając na tym odcinku około dziesięciu osób.

Się porobiło, czeka to też nas,
Ziemia coraz więcej pragnie ciała ludzkich mas,
Nikt nam nie powiedział, jak długo będziemy żyć,
do jakich rozmiarów ciągnęła się będzie życia nić.

Jeśli czegoś żałuję w związku z ZUK-iem, to tego, że… w ogóle się odbywa. Gdyby Tomek Kowalski żył, nie byłoby tego biegu. Nie przeżyłbym jednego z najbardziej niesamowitych dni swojego życia, ale miałbym szansę poznać wyjątkowego człowieka. Żałuję, że tak późno „wkręciłem się” w środowisko; zanim jego znajomi stali się moimi znajomymi, Tomka już nie ma. Choć gdy pojedzie się na ZUK-a, to człowiek ma wrażenie, że on jednak wciąż jest. Mam nadzieję, że czeka na nas tam, na szczycie góry.

Ileż to razy pisałem, że warto żyć z całych sił. Że warto łapać takie dni jak sobota pełnymi garściami, ładować się pozytywną energią wspaniałych ludzi i zbierać te doświadczenia, by mieć potem po co budzić się o szarym poranku. Każdy ma jakiegoś bzika. Moim jest sport, a najlepsze, co mi on daje, to fantastyczni ludzie. Ci ludzie warci byli tego, by stać na deptaku w Karpaczu kilka godzin i czekać na nich, mimo nasilającego się głodu. Bo czy naprawdę obiad był ważniejszy od bycia tym, który wręczy im medal i jako pierwszy uściska na mecie?

Nikt nam nie powiedział, kiedy mamy się pożegnać,
i ile mamy czekać, aby znowu się pojednać,
ramię w ramię nawzajem siebie wspierać,
rodzimy się, by żyć, żyjemy, by umierać.

Do dziesiątego miejsca straciłem dwie minuty. Na dystansie ultra, przy wysiłku trwającym sześć i pół godziny, to niewiele. Ot, może niepotrzebnie robiłem pĄpki przed fotografem na trasie? Może trzeba było przeć do przodu samemu, gdy B. mówił z grymasem na twarzy, że go brzuch boli, a ja się oglądałem, czy jest parę metrów za mną? Zaiwaniać bez zatrzymywania się na Okraju? Albo nie stać tak długo oczarowany na Hali Szrenickiej?

A guzik prawda. Chwila, gdy dobiegając do stoku narciarskiego pod Okrajem, zobaczyłem z daleka różową czapkę Radka, była esencją sportowych przyjaźni, jakie mam dzięki Smashing Pąpkins. To jest ultra, a nie maraton. Tu nie jesteś w stanie obliczyć, że biegnąc tempem 4:15, będziesz na 30. kilometrze o 12:37, i ustawić sobie tam wsparcia. Radziu stał i stał na tym mrozie, bo było możliwe, że dotrę na miejsce godzinę wcześniej, a może pół godziny później. Czekał i własnym ciałem ogrzewał colę, by nas nią poczęstować.

– Ja uwielbiam go, a on tu jest i tańczy dla mnie – zaśpiewałem z daleka na widok pĄczapy. A Radek zatańczył. Ze łzami wzruszenia w oczach padłem na kolana, by mu się pokłonić, bo na to w pełni zasłużył. Był jednym z dobrych aniołów, które tego dnia pomogły nam zmierzyć się z tą wymagającą trasą.

Zresztą nie tylko on zasłużył na ten pokłon. To był przeokrutnie trudny bieg, warunki zimowe dały nam solidnie w kość. Były miejsca, gdy niełatwo było iść, o biegu nawet nie myślałem. Zastanawiałem się, czy turlanie lub czołganie się nie byłoby bardziej efektywne. Ale myśmy napierali, byli cały czas w ruchu. Gdy było mi już bardzo zimno, podkręcałem tempo i się dogrzewałem. A wolontariusze godzinami stali w miejscu.

Cisnę od Szrenicy do Odrodzenia, ciężko jest jak diabli, widoczność nie przekracza ośmiu metrów i nagle słychać: „Dawaj, dawaj, świetnie Ci idzie!”. Stoi taki ktoś, zakutany w co się da, i zagrzewa biegaczy do walki. I jeszcze Tomek, który obiecał na Okraju buziaka i colę – i choć buziaka zastąpiło przybicie piątki, to i tak był moim megamotywatorem. W sumie to chyba nawet i lepiej, bo choć Tomka znam od ponad 20 lat i jest spoko gościem, to całusy od ładnych dziewczyn są jednak fajniejsze niż te od kumpli;)

Na każdym punkcie odżywczym wolontariusze pomagali jak mogli: wystarczyło się zbliżyć, a w wyciągniętych rękach była już herbata, woda, izotonik, czekolada, owoce i wafelek. Aż mi się głupio zrobiło, gdy w Domu Śląskim chłopak zaproponował, że on obierze mi kawałek banana, bo skostniałymi od mrozu dłońmi szło mi to opornie. Kapelusze z głów przed każdą osobą, która tam była dla nas. Owacja na stojąco dla grupy wolontariuszy podczas wieczornego zakończenia imprezy była w pełni zasłużona. I jeszcze osobiste podziękowanie dla współbiegacza Gazzy, który za Szrenicą pomógł mi założyć kurtkę. Wiało tak, że mi rękaw uciekał i nie mogłem sobie poradzić. Dzięki, chłopie!

Aniele śmierci, proszę, powiedz mi,
czemu w stosunku do nas jesteś obojętny,
najlepsze są dla Ciebie młode ofiary,
nigdy nic Ci nie zrobiły, a traktujesz je jak psy.
Zobacz! Ile miłości w każdym człowieku,
nie jeden by chciał przeżyć choć pół wieku,
i nie jednemu od wielu lat najbliższych ziomów brak,
ciężko pogodzić się z tym, ale mimo tego ja i tak.

Mimo ekstremalnie trudnych warunków pokonałem tegoroczny ZUK z radością w sercu. Bez jednego nawet małego kryzysu, bez myśli: „Nie chcę, schodzę z trasy, pierdolę to!”. Rzucałem przekleństwami, narzekałem na śnieg uciekający spod nóg, ścięgna aż trzeszczały z wysiłku, zagryzałem zęby, gdy przy szalonym zbiegu z Budnik pasmo bolało jak diabli, i miałem ochotę się rozryczeć, gdy za kolejnym zakrętem podejścia na Śnieżkę nadal nie było widać szczytu. Ale chciałem, podobało mi się to i z niezachwianą determinacją i muzyką w sercu przez 6 godzin 30 minut i 50 sekund brnąłem do przodu.

Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry
wszyscy razem spotkamy się.
Mimo świata, który
kocha i rani nas dzień w dzień,
gdzieś na szczycie góry,
wszyscy razem spotkamy się.

To był bardzo wyczerpujący bieg. Odjeżdżający spod nóg śnieg sprawdził moją stabilizację, wyczerpujące podejścia i podbiegi zrobiły test wytrenowania mięśni, a arcytrudne warunki pogodowe zweryfikowały siłę psychiki. Jednak dzięki wspaniałym ludziom dookoła miałem taki zapas motywacji, takie pokłady energii, że ani przez chwilę nie wątpiłem w to, że będzie dobrze. Kiedy było najtrudniej, dobrze poustawiana głowa potrafiła zmusić resztę ciała do wysiłku. Z kieszeni wyciągałem dobrego anioła z Hali Szrenickiej albo wizualizowałem sobie wręczanie medalu na mecie – i problemy znikały.

Gdzieś daleko i bardzo wysoko,
gdzie zwykły śmiertelnik nie stąpa tam nogą,
gdzie spokój, harmonia i natury zew,
gdzie słychać szum drzew i ptaków śpiew.
Wschód słońca pada na twarz,
wypełnia Twą duszę, którą ciągle masz,
wydaje się Tobie, że te uczucie już znasz,
ale ono wcale nie jest Ci znane.

Gdy za 20 lat pojadę z synem w Karkonosze, zabiorę go na Śnieżkę i powiem mu: „W 2016 roku Twój stary był tutaj. Cierpiał z wujaszkiem Belą niemożebne katusze na tym podejściu, klął, na czym świat stoi, nic nie widział, powieka na lewym oku mu zlodowaciała, lekko odmroził sobie dłonie, ze trzy razy się na tych paruset metrach wypieprzył, ale w tamtej chwili i w tamtym miejscu był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.”. Bo to taka chora szczęśliwość jest. Szczęśliwość popaprańców, których nikt normalny nie jest w stanie zrozumieć. Lecz nam to zupełnie nie przeszkadza.

Chociaż było pisane i pisane też jest nam
tak, że wszyscy się spotkamy, więc nie będziesz już sam,
spotkasz ludzi, których tak bardzo kochałeś,
choć lata nie widziałeś, nadal kochać nie przestałeś.
Teraz leżysz na plecach, spoglądasz na błękitne niebo,
serce dotyka serca, nie ma szczęścia, nie ma pecha,
nikt się nie złości, nikt nie docieka.
Człowiek obok człowieka z nurtem płyną jak rzeka,
połączeni w jedną całość na samym szczycie góry (Mekka).

Ostatnia prosta..:) / fot. BikeLIFE
Ostatnia prosta..:) / fot. BikeLIFE

Wiem już, że nic się nie zmieni. Ukończę Zimowy Ultramaraton Karkonoski 2016 na 13. miejscu, dokładnie tym samym co rok temu, choć obsada jest tym razem mocniejsza. Sami wymiatacze przede mną, kilkoro za mną, a w arcytrudnych warunkach pobiegłem szybciej niż w 2015, nie doświadczając przy tym nawet jednego kryzysu. Dobrze przepracowana zima i wybiegane w Tatrach z Obozami Biegowymi kilometry przyniosły oczekiwane efekty, a sensownie zaplanowana i zrealizowana strategia pozwoliła przetrwać ciężkie warunki.

Jeszcze tylko szalony zbieg po stoku narciarskim i na początku deptaku zauważam Iskę. Nie śpieszy mi się, więc możemy chwilę pogadać, kawałek truchtamy razem i zmierzam do mety. Ostatnia prosta. Jest głośno, jest masa ludzi, jest tak pięknie. Chcę przybić piątkę z każdym kibicem, wycałować dziewczynę wręczającą medale, krzyczeć, tańczyć i skakać z radości. Bardzo staram się zapamiętać tę chwilę jak najmocniej i odłożyć na półce o nazwie „Gdy jest mi bardzo źle” – po to, by móc do niej wrócić kiedyś w trudnej chwili życia.

Jestem tego pewny,w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry
wszyscy razem spotkamy się.
Mimo świata, który (który)
kocha i rani nas dzień w dzień,
gdzieś na szczycie góry (szczycie góry)
wszyscy razem spotkamy się.

14 sekund po przekroczeniu linii mety. / fot. Ultra Lovers
14 sekund po przekroczeniu linii mety. / fot. Ultra Lovers

Stats&hints III Zimowy Ultramaraton Karkonoski

Wynik: czas 6:30:50; 13/320 miejsce w klasyfikacji open.

Zapis trasy w Endomondo: kliku-kliku.

Warunki pogodowe: Około zera stopni Celsjusza na dole, kilka stopni na minusie na górze. Wiatr dokuczający na górze, od pewnego momentu śnieg. Cały czas chmury, miejscami gęsta mgła, praktycznie brak słońca.

Sprzęt i ubranie:
buty Inov-8 Terraclaw 250 (do kupienia w Natural Born Runners);
stuptuty krótkie Inov-8 (do kupienia w Natural Born Runners);
bokserki Brubeck Fitness BX10380 (do kupienia w Natural Born Runners);
leginsy Newline Base Winter Tights (do kupienia w Natural Born Runners);
koszulka z merynosa Icebreaker 250;
urodzinowa pĄkoszulka Newline Base Cool Tee (do kupienia w Natural Born Runners);
kurtka wiatrówka Windpack Jacket NewLine (do kupienia w Natural Born Runners) – kurtkę założyłem za Szrenicą, a zdjąłem na Okraju;
skarpety no name, ale fajne, bo ciepłe i kolorowe;)
rękawiczki polarowe 4F;
plecak do biegania Adidas Terrex Speed Backpack;
buffka NIE MA NIE MOGĘ na głowie;
Garmin 910 XT.

Jedzenie/picie:
Wypiłem litr izotonika Isostar (plus na punktach herbata, woda, cola);
Zjadłem:
baton energetyczny Chia Charge (do kupienia w Natural Born Runners);
baton energetyczny BeHarmony;
żel Honey Stinger (do kupienia w Natural Born Runners);
Na punktach banany, pomarańcze, czekolada, wafelki.

36 KOMENTARZY

  1. CZEKAŁAM NA TO. Czekałam na to, żeby się poryczeć osiemdziesiąty ósmy raz od soboty. Dzięki Ci! Opis plastyczny działający na wyobraźnie.

  2. Relacja pierwsza klasa :) Biegłem w zeszłym roku ZUKa i nazwałem go drogą z Jakuszyc przez piekło do Karpacza ale w tym roku to nawet „PIEKŁO BY ZAMARZŁO” takie były EXTREMALNE waruny.
    WIELKI SZACUN I UKŁONY :)

    • Oj tak, teraz było trudniej niż rok temu.. Ale z bagażem doświadczenia i mocniejszymi nogami udało mi się wynik poprawić, super zadowolony z tego jestem:)

  3. Rewelacyjna relacja i ogromne gratulacje za wytrwałość i świetną lokatę na mecie! Była w Was moc drodzy Zawodnicy!

  4. Przepraszam, że tyle musiałeś na mnie czekać o głodzie ;) Ale moment, jak Was Wszystkich zobaczyłam, jak założyłeś mi medal był piękny. Dziękuję. I poprawię się w przyszłości. Jeszcze raz gratulacje. Jesteś megamotywujący. I relacja jest przepiękna. Tylko teraz myślę wciąż, że ja się za mało postarałam na trasie.

    • Asia, przepraszać? No weź się:P
      A trasę każdy pokonuje wg swojej własnej chęci i intensywności. Ja też mogłem szybciej, poza łydkami nie mam przecież nawet zakwasików. Ale czy wtedy byłoby to tak piękne przeżycie? Sam nie wiem. Niewiele straciłem do TOP10, ale nic a nic nie pluję sobie w brodę i nie żałuję. Ty też nie miej takich myśli:)

  5. No to pojechałeś, u mnie też przy czytaniu łzy w oczach i ciarki oraz włosy dęba między łokciem a nadgarstkiem :) Dla takich biegów warto żyć, dla takich imprez z takimi ludźmi warto się męczyć cały dzień. I jeszcze raz dzięki za dekorację na mecie. Jak zobaczyłam, że zamiast miłej anonimowej wolontariuszki Ty tam stoisz z medalem dla mnie, to pomyślałam że to jest totalny czad i coś zupełnie wyjątkowego i fantastycznego. Ten moment był szczególny i dołożył się do całej euforii jaka mnie ogarnęła na mecie.
    No i przede wszystkim wielkie gratulacje – powtórzenie czasu z zeszłego roku w takich warunkach to nie lada wyczyn, który pokazuje, jak ciężko i skutecznie pracowałeś na efekty. Chylę czoła bo tam byłam, znam warunki i 6,5 godzin jest dla mnie czasem kosmicznym.

  6. Epicko poszłeś :)
    Ciary i … mega szacun
    My w tym czasie dreptaliśmy Śnieżną Panterę w podobnych warunkach. Czyli każdy ma to na co zapracował
    SIŁA Z SERCA :)

  7. rycze jak bobr! te emocje, takie prawdziwe , jedyne w swoim rodzaju, ten bol i lzy tylko ktos kto przezywa takie rzeczy sam jest w stanie zrozumiec ile w tym piekna i sily. Jestem fanka <3

  8. Dla takich ludzi mógłbym tam stać ze dwie doby :) Cały czas mam rogala na twarzy, gdy przypominają mi się pąpkinsowe sceny z mety. Chociaż nie biegłem, to było dla mnie jedno z najważniejszych doświadczeń w życiu. Ci ludzie…. Masakra.

  9. GRATULACJE!
    Czytam drugi raz i drugi raz ryczę. Zresztą od soboty generalnie jakaś taka bardziej płaczliwa się zrobiłam ;) Ależ było pięknie! Na trasie i poza nią! Czy Ty zdajesz sobie w ogóle sprawę jak bardzo motywujesz? Dziękuję :)

    • A czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak Wy motywujecie? Że gdyby nie SP, to nie byłoby Krasusa takiego?:) Dziękuję i… do zobaczenia kolejnego Oby szybko!

  10. Oddałeś tak cudownie klimat tego biegu, że łzy same lecą a i zimno się robi gdzieś na plecach… Ogromne gratulacje!

  11. Super relacja, bardzo plastyczna :) – nie biegłem ale tereny znam.

    Nie przesuwają Ci się te stuptupy ? Ja ostatnio biegałem w nich z Rocklitami i notorycznie te gumki przesuwały mi się za pietę przez co śnieg wpadał do buta, wrr :(

    • Na zbiegach czasem się przesuwają:/ Ale podejrzałem u kumpla, że związał sobie gumki, skracając je i trzymały mu się lepiej. Muszę kiedyś spróbować tego patentu.

  12. Jak się czyta Twoją relację to serce wali jak szalone…raz są łzy w oczach, raz uśmiech i podziw… Uczucia pomieszane jakie tylko są dostępne! Dzięki Krasus za to że epicko biegasz, a do tego potrafisz o tym tak cudnie pisać :D

    I oczywiście GRATULACJE! :D :D

Pozostaw odpowiedź Joasia Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here