W niedzielę Orlen Warsaw Marathon, który w połączeniu z biegiem na 10 km będzie jedną z największych biegowych imprez tego roku w Polsce. Fejsbukowego łola zaleją więc zdjęcia medali, uśmiechniętych mordek biegaczy i… no właśnie, moich ulubionych wymówek dlaczego to się nie udało osiągnąć zakładanego celu, o którym tyle pisano i mówiono przez poprzednie tygodnie czy wręcz miesiące.

Zapraszam do subiektywnego przeglądu moich ulubionych wytłumaczeń.

Wiatr był, wmordęwind całą trasę!

Z czystej ciekawości sobie sprawdziłem statystyki. W ostatnim miesiącu nie było ani jednego dnia, w którym średnia siła wiatru w Warszawie byłaby niższa niż 5 km/h. Było też dziesięć dni, w których wiało 5-10 km/h i pięć z wiatrem ponad 15 km/h. Wniosek taki, że najczęściej wiało kilkanaście kilometrów na godzinę. W Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu wskaźniki te były w ostatnim miesiącu odrobinę lepsze, wiało nieco mniej, ale wiało.

A tymczasem po każdych praktycznie zawodach pojawia się narzekanie na wiatr. Warto przypomnieć z lekcji fizyki, że opór powietrza rośnie z kwadratem prędkości, czyli im szybciej się przemieszczamy, tym z większym oporem trzeba walczyć. Zatem jeśli czołówka biegnie 20 km/h, a Ty 10 km/h, to oni mają czterokrotnie większy problem z wiatrem. A jak ktoś jedzie na rowerze 40 km/h (cztery razy szybciej niż Ty biegniesz), to zmaga się z szesnastokrotnie większym oporem powietrza. Biegnąc w tłumie innych maratończyków 12 km/h (5 min/km) nie tłumacz się wiatrem.

No właśnie, tłum. Ścisła czołówka nie ma tak dobrze, rzadko ktoś chroni zwycięzcę przed wiatrem, a on wygrywa! A tymczasem osoba, która zajęła 3876 miejsce narzeka za wiatr, a przecież cały prawie dystans mogła się chować za plecami innych. Na małych kameralnych biegach jest trochę trudniej, ale też się da. Odpowiednie ustawienie się w grupie biegaczy to też umiejętność, którą warto posiąść. Znaleźć grupę, która biegnie w naszym tempie, współpracować z innymi i korzystać z tego, że ktoś jest obok.

A prawda i tak jest jedna: żyjemy w kraju, w którym wieje wiatr. Szok i niedowierzanie, prawda? Za wyjątkiem pechowych dni, gdy piździ jak za cara, to kilkanaście kilometrów na godzinę jest normą i trzeba to po prostu przyjąć.

źródło: FB Biegam bo mnie ludzkość wqrwia
źródło: FB Biegam bo mnie ludzkość wqrwia

Noga nie podawała

To chyba mój ulubiony powód niezrealizowania celu. Właściwie nie wiadomo co to w ogóle znaczy, wymówka ta mieści w sobie wiele możliwych rozwiązań. Żadne z nich nie jest jednak winą nogi, praktycznie każde to efekt błędów popełnionych przez biegacza. Ale któż by się chciał do błędów przyznawać, nie?

Te błędy to na przykład:

  • niedostateczne przygotowanie – po prostu nie wytrenowaliśmy się dość dobrze do tego biegu i zrzucamy winę na niepodającą nogę. To może być brak realizacji planu treningowego, źle dopasowany plan lub zbyt wysoko zawieszona poprzeczka. Ale co tam, noga nie podawała;
  • zła taktyka – za szybki początek to chyba najczęstszy błąd. No to potem noga nie podaje, bo ją zajechaliśmy na początku;
  • rwanie tempa – szarpane kilometry, sprinty, niepotrzebne przepychanie się między ludźmi, wszystko to jest marnowaniem energii, której potem zabraknie. Prowadzi też do zakwaszania mięśni, co okazuje się zgubne na kolejnym etapie biegu. Ale wina nogi, nie podawała!

Głowa nie dała rady

Głowa faktycznie może nie dać rady przy okazji startu o priorytecie B lub C, bo wtedy wyjście daleko poza strefę komfortu jest trudniejsze, może wręcz być niepożądane. Ale, na Trygława i Swaroga!, nie tego najważniejszego dnia. To dzień, w którym masz być gotowy na prawdziwą wojnę! Szybki jak błyskawica, silny jak tur, a nie miękka faja, która nie wie, czego chce!

Mam wrażenie, że wielu biegaczy, nawet tych z paroletnim doświadczeniem, bagatelizuje przygotowanie mentalne. Wybiegają swoje, są fizycznie gotowi na postawiony przed sobą cel, ale nie mentalnie. Na lodówce od kilku miesięcy wisi plan treningowy, a nad głową pracy zero. Jeśli na dwa dni przed startem nie wiesz, co chcesz pobiec, to nic dziwnego, że potem się nie uda. Głowa potrzebuje przygotować się do tego, co ją czeka. Jeśli jeszcze w piątek myślisz „Może pobiegnę na maksa, a może spokojnie”, to nie będziesz w stanie wydobyć z siebie prawdziwego maksa, choć zrealizowane treningi by na to wskazywały. Warto mieć konkretny cel i pracować na jego realizację na wielu płaszczyznach.

Bardzo polecam lekturę książki „Psychologia dla sportowców”, która rzuca na nasz sport nieco inne spojrzenie – właśnie od strony przygotowania mentalnego. Za wyjątkiem rzadkich zdarzeń losowych, za porażkę głowy odpowiada biegacz, bo nie przygotował się psychicznie dostatecznie dobrze do zawodów. Jasne, że zdarzają się sytuacje nieprzewidziane i tego nie przeskoczymy, ale to naprawdę rzadkość. Poza tym czasem takie życiowe zdarzenie może wpłynąć pozytywnie na wynik, bo pobiegniemy na wkurwie, a adrenalina potrafi wydobyć z człowieka monstrum.

„Muszę więcej pokory w tym moim bieganiu zaznać”, napisał mi B. po tym jak nie powiódł się jego atak na wypasiony półmaratoński czas. Pokora to jedna z cech bardzo przydatnych do tego, by osiągać sukcesy (pamiętajcie, że każdy mierzy sukces swoją miarą, dla jednego będzie to wygranie Półmaratonu Warszawskiego, a dla drugiego ukończenie go w 2:09:59). Przydają się też pewność siebie (nie mylić z zarozumiałością), determinacja, odporność na stres, pracowitość i parę innych.

Problemy z żołądkiem/udem/łydką

Czasami rzeczywiście coś się przytrafi i żołądek zastrajkuje zupełnie nie wiadomo dlaczego. Jednak w zdecydowanej większości przypadków ów strajk wynika z błędów popełnionych przez biegaczy: eksperymenty z jedzeniem, przeżarcie dzień wcześniej, za dużo alkoholu, ciężka kolacja w sobotę – tu można by wymieniać długo.

Bywa też tak, że protest złoży noga. Coś zaboli w mięśniu, kolanie, ścięgnie – możliwości jest wiele. Ale tylko mała część z nich to nieprzewidziane wypadki. Reszta jest pokłosiem braku rozgrzewki, zbyt ambitnego celu, złej taktyki lub błędów popełnionych podczas bezpośredniego przygotowania startowego, czyli w ostatnich tygodniach przed zawodami. Tak, gdy mówimy o najważniejszych startach, to należy mądrze zaplanować ostatnich kilka tygodni. Obniżenie objętości i intensywności treningowej to oczywistość, a mimo tego nie każdy się do tego stosuje.

Kłopoty mogą pojawić się wskutek drobnych urazów sprzed paru tygodni, których nawet nie zauważyliśmy. W sytuacji ekstremalnego obciążenia aparatu ruchu dochodzi o awarii w najsłabszym punkcie. Dlatego warto się rozciągać i rolować, a także chodzić do fizjoterapeuty nie tylko wtedy, gdy coś boli. Prewencja, głupcze!

Osobna bajka to problemy wynikające ze źle dobranych butów lub biegu w niesprawdzonym obuwiu czy skarpetkach. O tym to chyba można by książkę napisać. Sam pobiegłem kiedyś półmaraton w nowych butach, ale na szczęście nic złego się nie stało. Ufff!

Żel mi zaszkodził

To jest fajne. W każdym poradniku znajdziecie apel, by przed startem przetestować w warunkach bojowych to, co będziecie jeść na zawodach. Z jednej strony chodzi o reakcję organizmu, a z drugiej o samą logistykę jedzenia. Jak długo zajmuje mi otwarcie żelu? Czy dam radę wycisnąć go w czasie biegu? Ile czasu potrzebuję na zjedzenie go? Jak bardzo muszę zwolnić, by go zjeść?

Treningowo leciałem

To piękny tekst. Szykujesz się jak Leo na rozdanie Oskarów, zarzucasz Fejsa treningami, zdjęciami sprzed startu i… po tym jak nie pójdzie rzucasz beztrosko „Treningowo leciałem”. Treningowe starty są jak najbardziej OK, ale zmiana kategorii biegu z „Najważniejszy start wiosny” na „Robię trening” w trakcie trwania zawodów jest słaba.

Pojawia się też zrzucanie winy na zająca, Garmina, organizatorów, współbiegaczy, wolontariuszy i kogo tylko jeszcze. Myślę, że każdy z Was spotkał jakieś, podzielcie się swoimi obserwacjami w komentarzach. Z moich wynika, że mało kto potrafi powiedzieć wprost i szczerze: dałem dupy.

23 KOMENTARZY

  1. Jest jeszcze jedno wytłumaczenie – klasyczne i już chyba kultowe: „Mój organizm brzydzi się szybkością” i to załatwia chyba wszystkie niedomówienia. Dziękuję, następny proszę!

  2. Tak. Dałam dupy wczoraj i nie będę nikomu ściemniać, bo „pogoda, noga, bebechy”. Bez sensu uparcie goniłam pacemakerów, bo było tyle ludzi że bałam się, że ich już nie złapię przez co pierwsze kilometry leciałam o ponad 20 sekund za szybko na km. Do 10 km stykło, na 11 km lekko wyłączył mi się prąd pomimo regularnego nawadniania i żeli, później żołądek zastrajkował (żele sprawdzone) i nie chciał przyjmować nic oprócz wody. Po 15 km siadła głowa i obudziła się dopiero na 19 km, a to już po ptakach. 4 miesiące treningów poszły się walić. Łażę jak struta, ale co zrobić? Cisnąć dalej i jak nie ten bieg to kolejny.

  3. Ja lubię sobie powiedzieć, że zjebałem tak po prostu prozaicznie. Zjebałem i tyle, co było przyczyną porażki? Każdą taką porażkę staram się rozłożyć na czynniki pierwsze, dojść do jakiegoś wniosku nauczyć się na własnym błędzie, choć podobno łatwiej uczyć się na swoich.

  4. Ja z kolei najbardziej „podziwiam” tych, którzy stają na linii startu zawodów: zmęczeni, chorzy, z kontuzją, po pracy, przemęczeni, i nic nie trenujący wcześniej. Nosz k….. – po co? Aby później zprdlć jak rajdówki. :-)

  5. Ej Krasus ale na lekcji fizyki to coś nie uważałeś, bo rozumiem, że opór to siła, a jest taki wzór Stokesa, co prawda dla kuli, ale jednoznacznie z niego wynika, że siła oporu jest proporcjonalna do prędkości w pierwszej potędze. Z energią kinetyczną Ci się popierniczyło :P

    • OK poszperałem jeszcze i Stokes działa tylko dla małych prędkości, dla których przepływ powietrza jest regularny, w pozostałych przypadkach rzeczywiście bliżej oporowi być proporcjonalnym do kwadratu prędkości. Spoko!

  6. „Czasami rzeczywiście coś się przytrafi” – mnie zacisnęło w mostku na 26km, dotruchtałam do mety (nie musicie mówić, wiem że źle zrobiłem), ból nie do końca ustąpił więc wizyta u rodzinnego – EKG – „wysokie T w V3 i V4” – skierowanie do kardiologa – jutro wizyta :( Co ja będę robił jak nie będę biegał??

      • Nie jest źle, ale dobrze też nie. Zalecenia zwolnić i monitorować. A ja jakoś nie widzę biegania dla samego biegania, bez zawodów, walki, życiówek.
        Pożyjemy, zobaczymy.
        Za 10 dni półmaraton – pobiegnę towarzysko.

  7. Ja na przykład zjebałam koncertowo połówkę, o czym miałeś szansę się przekonać na własne oczy :P
    Popełniłam wszystkie możliwe błędy. Trochę się na siebie obraziłam za to nawet. Ale już wybaczyłam i mam zamiar się na tych błędach nauczyć. Ale zabolała ta porażka i dlatego jest bardzo wartościową lekcją :)
    Chociaż gdyby nie Różowi, to bym się w otchłań rozpaczy rzuciła :P

  8. Mnie za za to zawsze jakaś impreza wyskoczy. Ostatnio przed zawodami wpadł dawno niewidziany kumpel i „ładowałem węglowodany” do późnych godzin nocnych… Rano małżonka obudziła mnie i kazała ubierać na zawody. Osobiście jedyna chęć do aktywności to było przeżyć ten dzień, ale kobieta się uparła (wyczuwałem, że robi to celowo ;)). Efekt: po odwiezieniu na start (pakiet odebrałem dzień wcześniej),wyszedłem z auta udałem się na strefę startu i… usłyszałem odliczanie do startu. Dystans 10 km, ja po 1 usychałem i modliłem się o tą wodę na 5. Dałem dupy, ale przed biegiem ;)
    Z ciekawszych obserwacji to był pierwszy bieg na którym zupełnie nie poniosłem się emocjom startu i zacząłem bardzo powoli. Rozkręcałem się z każdym kilometrze tak po 8 puściło…

Skomentuj Bartosz Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here