Przez lata nie bywałem na „Warszawskim Iten”. Kilometrówki biegałem na asfalcie niedaleko domu, blisko miałem też 200-metrowy stadionik przy szkole, więc 200-tki czy 400-tki robiłem tam. Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz trafiłem na tartan pod Mostem Łazienkowskim, ale wszystko zmieniło się ostatniego lata, gdy zacząłem biegać z Belą. Teraz nie wyobrażam sobie przygotowań do zawodów bez zalewania potem tartanu Agrykoli.

Uwielbiam tam trenować. Szczególnie w środę, bo wtedy jest tam najwięcej znajomych. Nawet gdy trening robię nie na samym stadionie, a w jego pobliżu (kanałek lub podbieg), wpadam na jedno-dwa spokojne kółka poprzybijać piątki.

Tej zimy wyrobiłem sobie na stadionie własny rytuał treningowy. Najpierw, zakutany jeszcze w kurtkę by nie zmarznąć, truchtam wokół boiska. To powitanie. Piątka z ekipą Trinergy, z FMW Runnersami, Obozami Biegowymi, Danym, Bartkiem i Kaśką i kto tam tylko jeszcze będzie. W środowe wieczoro-popołudnie na stadionie są tłumy biegaczy. Jest się z kim witać. Czasami truchtam pod prąd (zewnętrznym torem, luz), wtedy można spotkać więcej osób.

Totalnie początkujący truchtacze, ostrzy szybkobiegacze, ładne dziewczyny, fajne chłopaki, czasem można trafić nawet na prosa jakiegoś. Trenerzy, pseudotrenerzy (tych też nie brakuje!), grupy większe i mniejsze, a także samotnicy.

Czasem sam, czasem w towarzystwie / fot. Ola Belowska
Czasem sam, czasem w towarzystwie / fot. Ola Belowska

Z jednym tylko piąteczka lub „Cześć!”, „Cześć!”, z innymi chwilę się pogada.

– Co dziś biegasz?
– Tysiączki poniżej 3:25.

Znacie teorię, że jak plan na trening ogłosisz publicznie, to opcja odpuszczenia nie istnieje? To działa, po takiej wymianie zdań nie ma odpuszczania. Jeszcze tylko dogrzanie kilkoma przebieżkami i można zdejmować kurtkę.

Ruszam.

Pierwszy z sześciu interwałów (6x1000m z 2’ przerwą to mój ulubiony trening pod biegi na 5 i 10 km) zawsze jest trudny, bo organizm nie wie jeszcze, jaki wpierdol go czeka i próbuje się bronić. Dobra rozgrzewka ułatwia to zadanie, ale dla zdrowia i bezpieczeństwa zwykle zaczynam 2-3 sekundy wolniej.

Drugi i trzeci interwał lubię najbardziej. Poziom zmęczenia jest już duży (intensywność VO2max to jednak solidne bieganie), ale jeszcze do zniesienia, choć już na jego granicy. Pierwsze 200 metrów biegnę wręcz swobodnie.

Tempo 3:25 to 41 sekund na każdą dwusetkę. Biegając na stadionie jestem w stanie robić to bez patrzenia na zegarek, normalnie tempomat w dupie mi się wyrobił! Biegnę na intensywność, organizm ją zna i wskazania tempa w zegarku są zbędne. Kontrolnie spoglądam co 200 metrów na czas okrążenia, ale odczyty są zawsze bliskie ideału. 0:41, 1:21, 2:02, 2:43, 3:23 – tak biegałem wczoraj.

Czwarty i piąty odcinek to crème de la crème dnia. Już po 300-400 metrach jest naprawdę ciężko. To właśnie dla tych chwil przyjeżdżam w środy na Agrykolę. Gdy Bela Jr. krzyknął mi wczoraj „Dawaj Krasus!” w najtrudniejszym momencie, myśl o odpuszczeniu natychmiast zniknęła. Surowy wzrok Agi i Olka Senków też nie pozwala na rezygnację.

Ostatni tysiączek, robiony na największym zmęczeniu, powinien być mordęgą. Dla ciała jest, ale głowa wie już, że się uda. Dodatkowy zastrzyk adrenaliny wydobywa dodatkowe pokłady energii, mięśnie spinają się jeszcze ten jeden raz, ostatnia prosta, ostatnie kroki i koniec. Udało się, kolejny krok ku realizacji celów wykonany. Czasem potrzebuję na chwilę usiąść, czasem od razu truchtam, by pomóc mięśniom i reszcie wrócić do równowagi.

Można zrobić roztruchtanie, które w moim rytuale łączy się z pożegnaniem. Z kim się człowiek na początku przywitał, teraz się żegna. Do następnej środy!

5 KOMENTARZY

    • Normalnie zrobiłbym w czwartek rano lekkie 30-40 min. biegu regeneracyjnego, w piątek bez biegania, a w sobotę długie wybieganie albo BC2. A pomiędzy oczywiście pływanie i rower:D Ja mam dość dobrą regenerację, szybko organizm mi wraca do sił i mogę zapieprzać dalej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here