„Przesadziliśmy…” wysapał M. gdy na 200 metrów przed końcem zaplanowanej trasy kolarskiej zatrzymało nas czerwone światło. Miał rację. To miały być dwie godziny spokojnego kręcenia w tlenie. I było. No, przez 40 kilometrów, w górnej granicy tlenu. Ale skoro mogliśmy prowadzić konwersację, to nie było za mocno. Średnia moc z pięciokilometrówek nie przekraczała nadto 210 watów, a prędkość 33-34 km/h.

Trzy kolejne piątki to już 220 watów i lekko więcej, prędkość około 35 km/h. To już nie strefa tlenowa, ale jeszcze względny komfort. Wyjechaliśmy z Czosnowa i myśl o tym, że po skończeniu treningu czeka na nas wizyta w Maku, zaczęła nam chyba powoli wyłączać mózgi. 12. piątka zaliczona ze średnią 37 km/h na mocy 246W, a to była rozgrzewka. Ostatnie 5 km zrobiliśmy z mocą 278W i średnią ponad 38.

Tak, przesadziliśmy. Ale jak było fajnie! „Nareszcie czuć, że jedziemy!”, rzucił M. gdy prędkościomierz wskazywał już ponad 40 km/h. Był prawdziwy kolarski flow, pot zalewający oczy i solidnie przedmuchane mięśnie. To właśnie jeden z plusów trenowania z kumplem. Niby nie było rywalizacji, nie ścigaliśmy się, ale po zakończeniu nie mogliśmy dojść do tego, który z nas przyśpieszał. „A właśnie, że Ty.”

Tak często słyszymy (bądź czytamy) o samotności długodystansowca. Szczególnie często pojawia się to w kontekście biegania. Cóż, jakbym się uczciwie przyjrzał, to jest to tylko częściowo prawda. A w tym roku to właściwie… nieprawda.

Nie byłoby 1:18:41 w Półmaratonie Warszawskim (relacja), gdyby nie mocne treningi z B. i Dż. No nie byłoby, za jasną cholerę! 1:20 bym złamał, ale czy 1:19? Nie sądzę. Dobry partner do trudnych treningów tempowych to największy skarb jaki biegacz może sobie wymarzyć. To nie może być byle kto. Kluczowy jest podobny poziom biegowy, ale warto też, by był to człowiek, z którym chcesz się męczyć i spędzać czas.

Dlaczego warto biegać z kimś?

Po pierwsze, taki partner motywuje do wyjścia z domu. No przecież kumpla się nie wystawia do wiatru. Oj pamiętam jeden ciągły jaki z B. robiliśmy. Pizgało złem niemożebnie już jak wychodziłem na dwór. W czasie treningu mieliśmy wiatr, deszcz, deszcz ze śniegiem i śnieg. Ale zrobiliśmy. Nigdy w życiu nie wyszedłbym sam na trening w takich warunkach.

Po drugie, taki partner motywuje do ciśnięcia. Te ciągłe w trzecim zakresie, albo progowe biegane ramię w ramię. Gdy nie tylko krok równacie, ale nawet oddech. Te odcinki gdy przez pięć czy dziesięć minut nikt nic nie mówi. Słychać tylko sapanie, a w końcu jeden z Was rzuca „K…rwa, jeszcze kilometr.”. Tegoroczne przygotowania do PMW wspominam naprawdę z ogromną przyjemnością. Wspólny bieg ułatwia trzymanie tempa i dodaje sił do walki. Nie jeden raz padło „To jeszcze kilometr” albo „Końcówkę mocniej”. A czasami, tak jak w niedzielę na rowerze, nawet nic nie pada, po prostu samo się przyśpiesza. Jest jakoś tak, że i satysfakcja z dobrego treningu zrobionego we dwójkę jest jakby podwójna.

Po trzecie, z takim partnerem, to i pościgać się można! Och, bawiliśmy się w tym roku w Falenicy walcząc o tytuł najszybszego pĄpkinsa! Och, przepiękna była to walka i choć ją przegrałem z kretesem, to dała mi wiele radości. Cały czas też trwają przetasowania w rankingu najszybszych pĄpkinsów, gdzie obecnie na 10 i 21,1 km prowadzi B., a na 42,2 km – Dż. Nie wiem, kiedy uda mi się na któryś ze szczytów wcisnąć, ale będę o to walczył, choć wiem, że podpoznański B. ostro się poci sapiąc mi prosto w kark.

Bo najważniejsi są ludzie

Jedno to jednak sportowy wymiar wspólnych treningów. Dla mnie jednak najfajniejszą wspólną jednostką treningową są spokojne wybiegania. Tutaj „wymagania” co do partnera nie są już takie wyśrubowane, bo podczas weekendowych wybiegań w Kampinosie bardziej chodziło o dobre towarzystwo i zabawę, niż szybkie bieganie. Oj, zdarzała się zadyszka spowodowana śmiechem, zdarzało się nam zgubić na szlaku, no i powstał hasztag #JanuszeKampinosu;)

W ostatnich miesiącach biegałem z wieloma osobami i zawsze czerpałem z tego wielką przyjemność. Bo czy tlen pobiegnę po 4:40, 5:20 czy 5:40, to nie ma aż tak wielkiego znaczenia, warto biegać czasem wolniej. A możliwość poplotkowania z Hanią, zrobienia przebieżek z Rakietą, czy potruchtania z rodzonym bratem jest przecież bezcenna.

Chrzańcie całe to (jakże popularne!) gadanie o samotności długodystansowca i biegajcie z ludźmi. Prawda jest taka, że w tym roku jakieś 75 proc. czasu biegania spędziłem z kimś. Wystarczy się rozejrzeć i poszukać, chętni na wspólny trening zawsze się znajdą.

4 KOMENTARZY

  1. Haha, właśnie mi ten temat chodził po głowie bo mam takie same przemyslenia i chciałam o tym napisać, a tu masz …. temat już zajęty i to przez Krasusa – nikt by już nie przeczytał, albo co gorsza o plagiat by posądzili ;-)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here