Pierwszy start w tri sezonie to zwykle swego rodzaju rozpoznanie. Ma pokazać, w którym miejscu jesteśmy, nad czym trzeba jeszcze popracować i czy obrana ścieżka treningowa ma sens. W tym roku takim przetarciem dla mnie miała być olimpijka w Olsztynie jeszcze w maju, jednak ze startu tego zrezygnowałem, a pierwszymi zawodami został ekstremalny Triathlon Karkonoski, czyli połówka ajronmena z metą na Śnieżce. Góry, o tak, to mój żywioł, to coś co naprawdę kocham. Tym razem było bardzo ekstremalnie, bo część zawodników została mocno poturbowana przez grad, mi udało się dotrzeć przed burzą na metę i schować się w Domu Śląskim.

W Karkonoszmanie startowałem już dwa razy (do poczytania relacja z 2014 i relacja z 2015), uwielbiam klimat tej imprezy i ludzi, którzy się na niej pojawiają. O tym, że lubię jak jest trudno dobrze wiecie, a urok trasy Triathlonu Karkonoskiego powala na kolana – chętnie wystartowałem więc i trzeci raz i myślę sobie, że nie ostatni. Mam jednak nadzieję, że był to ostatni raz, gdy wystartowałem z takim podejściem jak w tym roku.

Ubiegłoroczny wynik (siódme miejsce open) w połączeniu z wysoką formą biegową tej wiosny rozbudzoną jeszcze przez Bieg Rzeźnika (relacja do przeczytania) sprawił, że w Karkonosze jechałem z nadziejami. Wierzyłem, że poprawię czasy na wszystkich etapach i da mi to jeszcze lepsze miejsce na mecie niż rok temu, na FB wprost zadeklarowałem, że zamierzam walczyć o czołową piątkę. Analiza listy startowej pokazała, że pomysł ten nie jest oderwany od rzeczywistości, acz będzie wymagał wspięcia się na wyżyny.

W sumie to dobrze, że w to uwierzyłem, bo rzeczywistość wymierzyła mi siarczysty policzek i przypomniała, że pokora w tym sporcie jest bardzo ważna. Tak naprawdę zadowolony jestem tylko z etapu pływackiego i drugiej strefy zmian. Pierwsza strefa zmian była w moim wykonaniu żenująca, rower dobry, ale daleki od ideału, a bieg rozczarowujący.

PŁYWANIE: czas 34:23, czas do wyjścia z wody 33:55, msc 28/75

Pływanie było dla mnie sporą zagadką. Na basenie zrobiłem niewielkie postępy, ale na treningu Trinergy w wodach otwartych czułem się jak ryba w wodzie. Trenowanie pływania za kimś czy w kilka osób przyniosło efekty w Leśnej, gdzie w klimatycznym jeziorze położonym u stóp Zamku Czocha rozegrano etap pływacki. Dla mnie to najpiękniejsza trasa pływacka na świecie, spokojne wody Jeziora Leśniańskiego i majestatycznie wznoszący się nad nimi zamek robią piorunujące wrażenie. Na samym zamku jest też pierwsza strefa zmian i biuro zawodów. To trzeba zobaczyć, serio.

To trasa pływacka z góry. Powalająca. Fot. f-time, Tomasz 'fuzer' Dobosz
To trasa pływacka z góry. Powalająca. Fot. f-time, Tomasz ‚fuzer’ Dobosz

Po paruset metrach pływu udało mi się zalogować w czyichś nogach i koncentrując się na technice, płynąłem swoje. Przy nawrotce spojrzałem na zegarek, który pokazał niecałe 17 minut, a ja czułem się komfortowo. W drodze powrotnej popełniłem lekki nawigacyjny błąd, przez co zgubiłem nogi, nadłożyłem kawałek i musiałem płynąć sam. Zegarek zmierzył równe 2 tys. metrów, a gdy wychodziłem z wody zobaczyłem czas 33:55. To o dwie minuty lepiej niż rok temu, na dodatek czułem się naprawdę dobrze, już się nie mogę doczekać kolejnych startów, które (mam nadzieję!) potwierdzą wzrost pływackiej formy.

T1: czas 3:52, msc 33/74

Bałem się, że na etapie rowerowym będzie mi zimno, postanowiłem więc zainwestować kilka sekund w ubranie koszulki kolarskiej z długim rękawem. Aha, kilka sekund. Nie przewidziałem, że włożenie mokrych rąk w nią będzie tak cholernie trudne, szamotałem się prawie dwie minuty, aż inni zawodnicy się śmiali, a finalnie okazało się, że koszulka nie była potrzebna. Zapomnijmy proszę o tym etapie zawodów.

Mr. Żenua w akcji. To trwało z półtorej-dwie minuty! / fot. Marysia
Mr. Żenua w akcji. To trwało z półtorej-dwie minuty! / fot. Marysia

ROWER: czas 3:14:17, msc 12/74

W górach nie ma cudów. Najlepiej radzą sobie ci, co potrafią na rowerze jeździć. Jeśli ktoś, tak jak ja, robi w portki na widok 60 km/h na liczniku i hamuje przed każdym trudniejszym zakrętem, to nie ma szans na dobry wynik na górskiej trasie. Koniec i kropka. Z radością przyjąłem podjazdy pokonywane na 260-280 watach, ale moje zjazdy były co najwyżej średnie. Łącznie z tym, że raz przestrzeliłem skręt – za późno zauważyłem, że trzeba pojechać w lewo i pojechałem prosto, gdzie na szczęście był asfalt. Poszła szybka zawrotka i nadłożyłem nie więcej niż 100-150 metrów, ale co się nakląłem, to moje.

Założyłem sobie, że zacznę spokojnie i docisnę w drugiej części trasy i to się w miarę udało. Na początku wyprzedziło mnie kilka osób, potem przez wiele kilometrów tasowałem się z Michałem Dukaczewskim, ale w końcu udało mi się mu uciec, a odgryzłem się też wszystkim innym wyprzedzacom poza Mariuszem Jurkiewiczem, który łącznie pojechał o 11 min. szybciej ode mnie. Zgodnie z założeniami futrowałem się ile wlezie (podczas 3:14 etapu rowerowego zjadłem 900 kcal i wypiłem 1,2l izotonika zmieszanego z BCAA) na podjazdach, te cisnąłem dość mocno, pod górkę nie wyprzedził mnie nikt. No i zostawiłem siły na finalny podjazd do Karpacza, pokonując go w niemal równe 30 min., o 1:30 szybciej niż rok temu.

Łączny czas roweru 3:14:17 był o 3,5 min. lepszy niż przed rokiem, byłem więc zadowolony. Ale potem poznałem wyniki kolegów i zadowolenie zniknęło jak ręką odjął. Okazało się bowiem, że nie tylko ja robię postępy, inni też i to jeszcze większe. Wielki szacun dla Emila el Kapitano Wydartego, który zmęczony obozem w Tatrach wsadził mi 10 minut, czego już na biegu nie odrobiłem. Twister, którego chciałbym w końcu kiedyś dogonić, pojechał równe trzy godziny – strata niemal kwadransa to przepaść. Jasne, że należy się mierzyć głównie ze sobą, ale od tego mamy kumpli, by się z nimi porównywać i ścigać. No, z niektórymi to próbować ścigać;)

T2: Czas 1:01, msc 1/67

Szybko i sprawnie, tak powinno być. Najlepszy czas w stawce, nie będę więc narzekał. Trzeba jednak przyznać, że strefa zmian w Triathlonie Karkonoskim jest niesprawiedliwa – jedni mieli do pokonania więcej metrów niż drudzy. Ja byłem wśród tych drugich i miałem łatwiej.

BIEG: Czas 2:18:33, msc 7/67

Poprawiona technika biegania po górach, więcej siły na podbiegach i świetne wyniki na ZUK-u oraz Biegu Rzeźnika – były podstawy do tego, by liczyć na dobry wynik na tym etapie. Miałem doganiać i wyprzedzać. I choć pobiegłem o ponad 4 min. szybciej niż rok temu, to wiem, że stać mnie na więcej. Widać to m.in. po tętnie, ale także po wynikach innych. Darek Dąbrowski wykręcił piękny czas 2:10:50 i to w taki wynik chciałbym mierzyć. Szumnie zapowiadałem podbiegnięcie asfaltu na Przełęcz Karkonoską, ale kilka razy przeszedłem do marszu. Znów lekcja pokory. Moja głowa nie była chętna do długotrwałego przebywania poza strefą komfortu, a bolący od Rzeźnika prawy pośladek dokuczał coraz mocniej.

Oczywiście dziś żałuję, że nie zmusiłem się do większego wysiłku, poziom zmęczenia w poniedziałek też pokazał, że mogłem zrobić więcej. Niby nie był to dla mnie start o najwyższym priorytecie (tego lata będzie to połówka w Wolsztynie), ale powinienem był zmęczyć się bardziej. To w górach lubię przecież najbardziej biegać, to tam czuję się najlepiej i najmocniej. Triathlon Karkonoski utarł mi nosa i przypomniał, że bez pożegnania strefy komfortu na długo sukcesów się nie osiąga. Jasne, sapałem i dyszałem na tej trasie, zdjęcie zrobione przez Marysię pod Śnieżką pokazuje, że byłem zmęczony, ale znam siebie i wiem, że mogę więcej.

To w sumie chyba dobrze, że u progu sezonu triathlonowego dostałem taki pstryczek w nochal. Przede mną Bydgoszcz Triathlon, a w sierpniu mocna seria Mrągowo-Wolsztyn-Chodzież, gdzie środkowy start na połówce będzie najważniejszym w tym sezonie. Do tego czasu do zrobienia mam wiele ciężkich treningów, będzie więc zapieprzane.

O ile pozwoli na to pośladek, bo niestety ból, który pierwszy raz pojawił się na Biegu Rzeźnika i w ten lub inny sposób dręczył mnie przez ostatnie tygodnie, powrócił w Karkonoszach. Wiedząc, że to nic poważnego, zdecydowałem się kontynuować zawody, ale mam nadzieję, że w końcu się go pozbędę i więcej nie będzie wkurzał.

Zostać bohaterem internetowego mema - bezcenne! / fot. f-time, pomysł el Kapitano
Zostać bohaterem internetowego mema – bezcenne! / fot. f-time, pomysł el Kapitano
A Bormanek przyjechał specjalnie po to, by przebiec ze mną kilkadziesiąt metrów <3 / fot. f-time / pomysł mema Błażko
A Bormanek przyjechał specjalnie po to, by przebiec ze mną kilkadziesiąt metrów <3 / fot. f-time / pomysł mema Błażko

Na medal, jak zwykle, spisał się support. Gosia i Jędrek byli niezawodni, aż głupio mi było, że na etapie rowerowym nie skorzystałem z pomocy, ale nie chciałem tracić cennych sekund. Skoro miałem picie i niczego mi nie brakowało, to zdecydowałem się nie zatrzymywać, krzyknąłem tylko legendarne „Wszystko maaaam!” (buziaki dla BO!). Na biegu Jędrula podholował mnie kilka kilometrów, dzięki czemu udało nam się na dobre zgubić depczącego mi po piętach od początku tego etapu Bartka Danka i spokojnie dotrzeć do mety na ósmym miejscu. U progu Śnieżki, wiedząc, że ani z tyłu, ani z przodu nikogo blisko nie ma, zluzowałem już i nawet po drodze zatrzymałem się na dłuższą chwilę, by pogadać ze schodzącym Darkiem, który po epickim finiszu zajął ex-aequo trzecie miejsce z Twisterem.

Na dodatek na trasie pojawił się Borman, który przyjechał tam tylko po to, by pobiec ze mną kilkadziesiąt metrów pod Śnieżkę i pogadać godzinę. Wzrusz totalny. Tacy ludzie sprawiają, że chce się zapieprzać. Głupio mi tylko było, a Borman do dziś mi to wypomina, że na mecie marudziłem i miałem skwaszoną minę narzekając na wynik. W tym roku wychodzą mi starty A (Półmaraton Warszawski, Bieg Rzeźnika), ale te mniej ważne nie do końca. W sumie to chyba dobrze, odwrotnie to dopiero byłaby porażka.

Wnioski z Triathlonu Karkonoskiego

1) Warto pływać – przyłożyłem się do pływania w ostatnich tygodniach i są efekty.
2) Trzeba jeździć po górach – proste, prawda? Ostatni raz przed III Karkonoszmanem jeździłem po górach rok temu, podczas jego drugiej edycji.
3) Sprawdzić trzeba wszystko – nawet zakładanie koszulki kolarskiej na mokre ciało.
4) Trzeba zapierdalać dalej.

III Triathlon Karkonoski, czas łączny 6:12:06, msc 8/75.

Jadłem żele Honey Stinger i batony Miodowy Kłos. Piłem Isostara zmieszanego z BCAA marki ALE.

Lekko nie było ;) / fot. f-time
Lekko nie było ;) / fot. f-time
Piękny medal:) / fot. Avalanche Sklep Górski
Piękny medal:) / fot. Avalanche Sklep Górski

11 KOMENTARZY

  1. Hehe, bardzo trzeźwa analiza sytuacji i wnioskowanie ;-) Gratulacje ogromne bo mimo że jesteś średnio zadowolony to czasy przecież poprawiłeś i znalazłeś się czubie stawki (8-me miejsce to chyba czub, no nie?). No i przede wszystkim to impreza dla twardzieli, więc jesteś twardzielem :) który na bank dał tam z siebie bardzo dużo, nawet jeśli nie maxa. A co z tym mieszaniem IZO z BCAA? – widzisz różnicę w stosunku do picia czystego IZO? jeśli tak to jaką?

    • Dziękuję. Wiesz Ava jak to jest, apetyt rośnie w miarę jedzenia, człowiek zaczyna mierzyć coraz wyżej, chce być coraz lepszy itd.
      Jeśli chodzi o mieszankę to… szczerze? Nie wiem. Nie mam warunków laboratoryjnych, by porównać. są tacy co mówią, że BCAA pomaga, więc nie szkodzi dosypać. Mam cytrynowy, pasuje więc z akowym Isostarem, mieszanka jest dla mnie dość smaczna. A czy działa? Nie wiem, ale wierzę, że tak :)

  2. „Powodzenie nie trwa wiecznie, a porażka nie jest katastrofą” mawiał W. Churchill, a lekcje pokory najczęściej są ważniejsze niż małe zwycięstwa. Trzymam kciuki za Wolsztyn.

    • Ależ mądry cytat. Ja doskonale wiem, wszak znasz moje ulubione słowa Michaela Jordana, prawda? Do Wolsztyna jeszcze dużo pracy, motywacja wzrosła, będzie zapierdzielane!:)

  3. A mi się wydaje, że za bardzo patrzysz na innych zamiast skupić się na sobie i cieszyć się (tak cieszyć!) z własnych sukcesów. Tamten to, ten tamto. Rower w swoim odczuciu pojechałeś dobrze… zanim nie spojrzałeś na wyniki innych. Czas lepszy niż rok temu, ale gorszy od Kapitana, jestem do niczego. Nie fiksuj tak! :) Siostra, więcej luzu w dupie (pośladku), mniej oglądania dookoła oraz chorobliwej i krzywdzącej psychicznie rywalizacji z innymi.
    (co nie znaczy, że siódmy mogłeś być, mryg)

    • Grażynko, Grażynko, Grażynko… I kto to mówi?
      Sama wiesz jak jest. Cały czas ścigamy się sami ze sobą (to najważniejsze!). Ale nie zawsze chodzi o poprawienie swojego wyniku. Chodzi o danie z siebie tyle, ile chcieliśmy. Wolę nie zrobić życiówki, a mieć poczucie, że dałem z siebie prawdziwego maksa, niż – tak jak po Karko – dać tylko 100% (zapewne rozumiesz co mam na myśli) i czuć niedosyt mimo życiówki.
      Dodatkowo jest kolejny aspekt – a mianowicie walka o miejsce. To nie Półmaraton Warszawski, gdzie zajęcie 60 czy 83 miejsca nie robi tak dużej różnicy. Owszem, fajnie jest być tak wysoko w PMW, ale liczyłem na piątkę. Zły jestem na siebie, że nie przepracowałem zimy na rowerze tak jak Ty na przykład, bo powinienem. Ale sama wiesz, jaka ta moja zima była, więc w sumie mogę sobie jojczyć, a i tak źle nie jest, prawda?:)

  4. Ty, a ten poślad to jesteś pewien, że nic poważnego? Nic poza nim w tej nodze nie czujesz? (w sensie inaczej niż normalnie)

    • Nie, niby nic więcej. Byłem dziś u fizjo i powiedział, że raczej nic poważnego i na razie mogę robić swoje. Zobaczymy, jak w tydzień nie przejdzie, to będę walczył dalej. Trzeba uważać, bo juniorem to już nie jestem… ;)

  5. Co tu napisać poza….GRATKI – wielkie i ogromne !! To jest absolutny czad ! Niezależnie od twego lekkiego malkontenctwa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here